Uwiązani przedmiotami. Już nie?

Mieć mniej, doświadczyć więcej. Powstaje świat konsumpcji, w którym możemy posiąść wiele nie posiadając nic. Korzystanie bez posiadania zmienia rynki, kulturę a przede wszystkim nasze postrzeganie samych siebie.

Uwiązani przedmiotami. Już nie?

Szukaj podcastu Ekonomia Szczęścia  na: Spotify, YouTube, Google Podcasts, Podbean

„Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu.
Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy.
Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.”*
Chuck Palahniuk

W roku 1859 u wybrzeży Walii zatonął statek z 450 osobami na pokładzie. W większości byli to powracający z Australii poszukiwacze złota. Wielu mogło przeżyć. Do brzegu było blisko. Nie zdołali tam dotrzeć bo wskakiwali do wody owinięci pasami wypełnionymi monetami i kruszcem.

Irracjonalne.

Głupia śmierć, której źródłem była potrzeba posiadania.

Podobne rzeczy zdarzają się na co dzień. Każdego roku kilkunastu właścicieli samochodów ginie, gdy próbują powstrzymać złodzieja.

Ale może to się zmieni.

Może obsesja posiadania ustąpi miejsca czemuś innemu? Może posiadanie staje się passe?

Posiadanie mnie opisuje.

W latach 80 XX wieku sformułowano myśl, że człowiek w pewnym zakresie definiuje siebie przez to co posiada. „Jestem jaki jestem”, uzupełnione zostało o stwierdzenie „jestem tym co jest moje”. Zanim się nie zgodzisz, proszę o chwilę refleksji.

Zdobywanie i posiadanie jest formą wyrażania siebie, informowania innych o naszej tożsamości. Poprzez ubrania, meble, samochody i finezyjność betonowego płotu wokół posesji wyświetlamy na zewnątrz projekcję nas samych. Książki, zabawki, smartfony, gajery; dobra luksusowe i rupiecie wysyłają nam i innym wiadomość, o tym gdzie przynależymy i gdzie przynależeć chcemy. Jeszcze długo po naszym odejściu, nasi bliscy będą nas wspominać poprzez przedmioty z nami związane. To ma sens?

Psychologiczne posiadanie - poczucie, że mam, że coś jest moje i mogę tym dysponować to pod wieloma względami coś pożądanego. Posiadając zaspokajam potrzebę sprawowania kontroli i panowania nad środowiskiem. A przy tym, poczucie, że coś jest moje wpływa na mój stosunek do danego dobra; wzmacnia przywiązanie do niego i zwiększa postrzeganą wartość (o czym przekonali się choćby ci, którzy próbowali sprzedać swój używany samochód, albo mieszkanie, w którym spędzili dzieciństwo).

Posiadanie, choć wydaje się być jedynie powierzchowne i łatwe do zmiany, wpływa nie tylko na nasze otoczenie ale też na to co myślimy o sobie. Rzeczy świadczą o tym jacy jesteśmy.

To się jednak zmienia za sprawą młodych. Rola przedmiotów w kształtowaniu mojego „ja” nieco przygasła. W pełnym blasku występują teraz doświadczenia. Młodzi doświadczają i informują o tym świat.

„Mieć” był dobre dla urodzonych w połowie XX wieku boomersów. Millenialsi i pokolenie Z wydają się odrzucać to czym żyli ich rodzice. Nie oznacza to jednak, jak próbuje nam się wmówić, że są mniej konsumpcyjnie nastawieni. Zmieniają jedynie namacalną materialność na ulotność doświadczeń i wspomnienia chwili.

Korzystam choć nie posiadam. Myślenie zakorzenione w poprzednim tysiącleciu sprowadzało się do triady: potrzebuję-kupuję- posiadam. Aby używać muszę posiadać. Tymczasem obserwujemy, że tak jak rewolucja przemysłowa uczyniła chłopów robotnikami, tak internet, komputery i media społecznościowe zmieniają posiadaczy w nieposiadających użytkowników. Dziś ponad połowa populacji świata kupuje, sprzedaje, tworzy i konsumuje dobra poprzez podłączenie się do sieci. To rodzi nowe produkty, usługi  i rynki. Tworzą się też nowe potrzeby i sposoby ich zaspokajania.

Rzeczy stają się dostępne jako usługi.

Powstaje świat konsumpcji, w którym możemy mieć wszystko ale nic nie musimy posiadać.

Pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy: dawniej stojąc w kolejce do kasy nierzadko zdarzało się, że zapuszczając żurawia mogliśmy określić stan cywilny i liczbę dzieci osoby stojącej przed nami. Wystarczyło by otworzyła portfel a w specjalnym okienku pojawiało się zdjęcie, zwykle dzieci lub partnera. Jak wielu z nas nosi dzisiaj zdjęcia w portfelu? W smartfonie owszem. Nawet tysiące. Ale małe, wydrukowane, mające fizyczne właściwości? Podobnie jest z książkami, filmami, piosenkami czy gazetami - zamiast je posiadać, korzystamy z kopii zapisanych w chmurze czy utrwalonych na smartfonie. Technologia sprawia, że zyskujemy wygodę, niski koszt, większą trwałość a w efekcie posiadanie czegoś na własność jest nie tylko niekonieczne ale też niepożądane.

„Mieć” - przestaje być źródłem statusu. U niemowląt urodzonych w wyższych sferach starożytni Majowie przekrzywiali i wypłaszczali czoło, co miało oznaką szlachectwa. W kulturach, w których często brakowało jedzenia, wylewający się fałdami brzuch świadczył o zasobności skarbca. Wyrzeźbionymi mięśniami i brązową opalenizną,  będącymi efektem ciężkiej pracy fizycznej, powszechnie gardzono. Z naszej perspektywy wygląda to paradnie. Po co mieć płaskie czoło i wadę wzroku a przy tymi zawyżony body mass indeks? Toż to nonsens. Podobnie na zapatrywania ludzi z pokolenia „telewizor, meble, mały fiat oto marzeń szczyt”, spogląda coraz większa część młodych.

Młodzi przedefiniowują sukces. Dawniej jego fundamentem i wyrazem było dostrzegalne bogactwo. Rzeczy, dużo rzeczy. Mały sukces to mieszkanie i samochód, większy to dom z ogródkiem i dwa samochody, największy to otwarcie wydać pieniądze na kompletnie nieużyteczną pierdołę, która ma pokazywać, że stać mnie na to.

Dzisiaj status budujemy przez to, co robimy. Ułatwiają nam to media społecznościowe tworząc scenę do odgrywania ludzi pełnych pasji, energii, zaangażowanych i zajętych robieniem fantastycznych rzeczy.

Przechodzimy od ciała stałego do płynnych doświadczeń. Wzgardliwe podejście do posiadania nie sprawia, że millenialsi automatycznie stają się konsumpcyjnymi ascetami. Porzucony materializm kwili cicho gdzieś w rogu komórki, ale przestrzeń wypełnia dążenie by dotknąć, poczuć, posmakować. Posiadanie trwałych dóbr materialnych, zamienia się w posiadanie „płynnych” chwil, do których lubimy wracać we wspomnieniach.

Badania amerykańskich dwudziestokilkulatków pokazują, że doświadczenia stawiane są przed rzeczami. Więcej niż trzech na czterech badanych wolałoby wydać pieniądze by wziąć w czymś udział, niż kupić coś co chcieliby posiadać. W tym kontekście nie jest zaskoczeniem, że w roku poprzedzającym badanie 82% osób brało udział w wydarzeniach na żywo: koncercie, festiwalu, imprezie sportowej, przedstawieniu czy imprezach tematycznych. Ale Millenialisi chcą jeszcze więcej.; 72% z nich chciałoby zwiększyć swoje wydatki na doświadczenia.

Żegnaj materializmie, witaj prawdziwe życie.

(O wyższości doświadczeń nad posiadaniem przeczytaj tutaj: Chcesz być szczęśliwy? Kupuj. Nie posiadaj)

Posiadanie? A co z nim nie tak?

Czemu ostatnio ma taki negatywny wizerunek? Wydaje się, że ludzie młodzi dostrzegli w nim to co wielu starszym umknęło.

  • Adaptacja. Młodzi wydają się uświadamiać sobie, że gdy kupujemy coś nowego powiązany z tym wzrost dobrego samopoczucia utrzymuje się przez zaledwie kilka dni. Czasami, przy mocno sprzyjających wiatrach, może tygodni. A potem efekt świeżości znika. Korzystając z rzeczy jako usługi, wtedy gdy faktycznie ich potrzebujemy, mamy szansę zachować żywotność doświadczeń. Łatwiej nam też dobrać to co chcemy do tego co robimy. Zapowiada się słoneczny weekend? To może pojeżdżę kabrioletem. Wybieram się za miasto ze znajomymi? Weźmy SUV-a, będzie wygodniej.
  • Malejąca wartość. Poza wyjątkami takimi jak wino, whisky czy numizmaty wartość większości rzeczy spada. Nie.  Błąd! Nie spada. Leci na łeb. Sięgnijmy po pierwszy przykład z brzegu: wystarczy rok używania by wartość samochodu zmniejszyła się o 15-30%. Po pięciu latach samochód kosztuje co najwyżej połowę swojej pierwotnej ceny. Im więcej posiadamy, tym więcej tracimy z każdym dniem.
  • W którymś momencie wielu ludzi staje wobec dylematu: wyrzucić czy kupić większa szafę? Mamy tak dużo, że nie mamy gdzie tego mieścić. Dosłownie. Przerost objętości posiadanych rzeczy  w stosunku do posiadanego miejsca widoczny jest choćby w Stanach Zjednoczonych, gdzie rynek przechowywania przynosi 40 miliardów dochodu rocznie a z jego usług korzysta już co dziesiąte amerykańskie gospodarstwo domowe. Młodsze pokolenia, chyba bardziej niż starsze, dostrzegają bezsensowność zapełniania garaży, strychów, piwnic, pawlaczy rzeczami.  Wyraźnym odbiciem w drugą stronę jest choćby trend ku minimalizmowi, i pomysły by ograniczyć liczbę przedmiotów np. do 100 przedmiotów. (Rozejrzałem się wokół: niewiele by mi zostało: komputer i 99 książek.).
  • Na pewno widzieliście hasła w rodzaju „Kto umrze z największa ilością zabawek ten wygrywa”. Ironia zawarta w tym zdaniu skierowuje naszą uwagę, na to, że wszystkie dobra, nawet te najtrwalsze mają w sobie okres przydatności do spożycia: należy użyć przed śmiercią. Jeżeli to czytasz to znaczy, że gdzieś przed Tobą jest jeszcze data odwiedzin kostuchy. Po niej, często niezapowiedzianej, to co uważamy za nasze, za ważne, za określające naszą tożsamość etc. będzie istnieć bez nas. De facto my to dzierżawimy.
  • Posiadanie niesie za sobą obawy, że możemy coś stracić. Straty boimy się bardzo. Kradzież, zgubienie, ale też uszkodzenie, zużycie,  budzą niepokój. To co gromadzimy jest nasycone nami. Człowiek, który traci dobytek w wyniku powodzi czy pożaru, przeżywa traumę, jakby właśnie pogrzebał część swojej tożsamości. To rodzaj śmierci.

(o unikaniu straty czytaj tutaj: Unikanie straty. Dlaczego lepiej nie zgubić 100 złotych niż znaleźć 100 złotych?)

  • W końcu: posiadanie kosztuje; ubezpieczenie, naprawy, przeglądy, stres, raty kredytu; i ogranicza; nawet wyjeżdżając na wakacje i tak ponoszę koszt tego,  co zostawiłem za sobą: mieszkanie, samochód, ubezpieczenie itd.

Czy naprawdę możemy mówić o tym, że ludzie odchodzą od posiadania? Nie, jest zdecydowanie za wcześnie by formułować takie sądy, ale na naszych oczach, każdego dnia, zmienia się definicja bogactwa. Skoro można korzystać, nie taszcząc ze sobą wszystkich negatywnych konsekwencji: od korozji po poczucie przytłoczenia i zakotwiczenia, to po co oszczędzać, po co kupować? Strumień pieniędzy konieczny do codziennego funkcjonowania popłynie nie na spłatę kredytów ale na opłatę za wynajęcie. Zamiast przez 30 lat spłacać raty, mogę przez 30 lat mieszkać w różnych częściach świata. A co potem? Się zobaczy.