„Cześć, co u Ciebie?
„Po staremu, ciągle w biegu, ciągle zajęty”

Znacie to?

Też zauważyliście, że znika nasze swojskie jak kiełbasa „lepiej nie pytaj”. Rzadziej też pojawia się amerykańskie, wertykalno-kciukowe, „I am fine, thanks”. Nie mówiąc o tym, że nie pamiętam by ktoś zapytany: „Jak się masz?”,  powiedział coś w rodzaju: „ostatnio mam mniej pracy”, „fajnie, mam dla siebie sporo czasu ”

Co to to nie!

Wszyscy jesteśmy zajęci, zawaleni robotą, miażdżeni obowiązkami, dociśnięci terminami… ważni.

Ale po kolei.

Konsumowanie na pokaz jest już passe

Często robimy coś na pokaz. Staramy się, choć częściowo, kontrolować sposób, w jaki inni nas postrzegają. Ludzi wokół informujemy o tym, co dotyczy nas a w naszej opinii jest istotne. Bo przecież przez jakieś niedopatrzenie mogliby tego nie zauważyć. (Dobrym przykładem jest opisywane już przeze mnie sygnalizowanie cnoty.)

Większość badań naukowych o robieniu czegoś na pokaz dotyczy konsumpcji. Tak jest od czasu publikacji książki „Teoria klasy próżniaczej” Thorsteina Veblena. Na przykładach głównie odnoszących się do XIX wiecznych przemysłowców, Veblen ze swadą i polotem, opowiadał, jak to ostentacyjnie wydają pieniądze by zapewnić sobie wysoki status społeczny.

W tej samej książce znalazł się rozdział o tym, że sposobem głoszenia światu: „jestem bogaty” może być też demonstracyjne unikanie pracy. Natchnieni naukami greckich filozofów przedsiębiorcy wierzyli, że posiadanie czasu wolnego i unikanie określonych zajęć (szczególnie tych służących zaspokajaniu codziennych potrzeb) jest warunkiem sine qua non wartościowego życia. Bezczynność sama przez się, jak i dzięki możliwościom, które stwarzała, jawiła się jako coś pięknego i uszlachetniającego. Praca poniżała i wykrzywiała ludzką naturę. Możliwość odsunięcia jej od siebie byłaprzywilejem. Według części greckich filozofów ostentacyjne próżnowanie stanowiło źródło przekonania o własnej cudowności, a jednocześnie dostarczało sygnału innym: oto masz do czynienia z człowiekiem lepszym. To tobie i tobie podobnym pozostawiam babranie się w przyziemnej i znaczonej trudem codzienności. Ja, wyobraź sobie, doceń to i zazdrość, jestem ponad to.

Gdy Veblen pisał o klasie próżniaczej czas pracy w przemyśle wynosił 12 a czasami nawet 15 godzin dziennie, przez sześć dni w tygodniu. Brudni, spoceni, zmęczeni dziewiętnastowieczni robotnicy nawet w wykoślawionych umysłach, nie jawią się jako spełnienie snu o potędze. Nic więc dziwnego, że każdy, kto nie musiał pracować, chętnie oddawał się innym zajęciom. Nic więc dziwnego, że niepracowanie oznaczało bycie kimś.

Wydaje się, że dzisiaj to już nieaktualne.

Nawet w nieżyciowych reklamach zamiast grać w polo, sączyć drinki na jachcie albo strzelać do kaczek, bogacze zaczęli być przedstawiani jako zarobieni po pachy biznesmeni. W ich słowniku poszukiwanie słowa „odpoczynek” daje wynik „nie znaleziono, sprawdź pisownię lub słowa pokrewne”.

Doskonale obrazuje to reklama Cadillaca, w której biznesmen-po-pachy rzuca:

„W innych krajach ludzie pracują, spacerują do domu, zatrzymują się w kawiarni, biorą wolne w sierpniu. Wolne! Dlaczego ty taki nie jesteś? Dlaczego my tacy nie jesteśmy? Bo jesteśmy szaleni, ambitni, i wierzymy w ciężką pracę. Oto dlaczego!”.

Podobny przekaz ma seria reklamowa ‘make time’ przygotowana dla The Wall Street Journal.  Ukazuje ona celebrytów, którzy w środku wypełnionego obowiązkami dnia sięgają po gazetę. A towarzyszy temu hasło:

„Ludzie, którzy nie mają czasu, znajdują czas by czytać Wall Street Journal.”

Systematyczne ponawianie komunikatu o byciu zajętym służy wzbudzeniu u innych wrażenia, że jesteśmy niezbędni. W hierarchii społecznej umieszczamy siebie ponad ludźmi potrzebnymi mniej. Jak każda znana ludzkości metoda zdobywania statusu również ta ma w sobie element autoreklamy, zadufania i próżności. Ale jak pokazują ostatnie badania, to działa.

Bycie zajętym działa

Zanim opowiem o wynikach badań proponuję mały eksperyment myślowy.

Wyobraź sobie, że organizujesz konferencję, i zależy Ci by zaprosić dobrego i kompetentnego mówcę, który zachwyci słuchaczy. Wysyłasz maila do dwóch osób z pytaniem: czy za 6 miesięcy mogą poświęcić dzień na to by gościć na twojej konferencji? Pani profesor A odpowiada, że tak, z miłą chęcią. Pani profesor B, że bardzo chętnie, ale, niestety, przez najbliższe dwa lata wszystkie terminy ma już pozajmowane. I teraz najważniejsze: którą z tych pań będziecie postrzegali jako bardziej rozpoznawalną, ważniejszą, cenioną, będącą wyżej w hierarchii?

Zróbmy jeszcze jeden eksperyment.

Kiedy słyszysz opis, z którego wynika, że ktoś kogo nie znasz, jest „bardzo zajętym człowiekiem”, to jaki obraz pojawi się w twojej głowie? Sprzedawcy w sklepie? Kelnerki w barze? Kierownika pociągu relacji Piotrków Trybunalski – Skierniewice? Wątpię. Choć wielu z tych ludzi ciężko pracuje przymiotnik „zajęty” pozostaje zarezerwowany dla osób funkcjonujących na rynku, gdzie ważne są kwalifikacje wysokie, kompetencje rozległe, talent nietuzinkowy. Dziś „zajęty” znaczy: „potrzebny”, „ważny”, „przyjmujący na siebie odpowiedzialność”, „posiadający rzadkie umiejętności”.  Kiedy w badaniach respondenci słyszą o tym, że ktoś jest zajęty, natychmiast myślą o kimś na wysokim, odpowiedzialnym stanowisku: ewentualnie kimś kogo kompetencje są bardzo pożądane. Dzisiaj kultowy tekst z „Bruneta wieczorową porą”:

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!

– wydaje się być samozaprzeczeniem.

Zespół kierowany przez Sylvie Bellezza przeprowadził ciekawy eksperyment. Przeglądając profile w mediach społecznościowych jego uczestnicy porównywali dwie osoby. Jedna z nich zamieszczała posty odnoszące się do spędzania czasu wolnego, druga tylko takie, które nawiązywały do pracy. W ten sposób próbowano odpowiedzieć na pytania: „Czy epatowanie „zajętością” i brakiem czasu na odpoczynek, wpływa na postrzeganie statusu społecznego?”, i „Czy ludzie przedstawiający się jako „wiecznie zarobieni” są stawiani wyżej w hierarchii społecznej od innych? Wynik: profil wypełniony zdjęciami powiązanymi z pracą przekonał odbiorców, że mają do czynienia z bardzo zajętym człowiekiem i ważnym człowiekiem.

W innym badaniu przeanalizowano twity zamieszczane przez celebrytów. Okazało się, że 12% z nich to takie, w których autorzy podkreślają jacy są zajęci lub narzekają, że nie mają swojego życia, czasu na odpoczynek, nie mówiąc już o urlopie.

Chciałbym jasno podkreślić, że choć na pewno niektórzy epatują swym brakiem czasu by zwrócić na siebie uwagę, to daleki jestem od prostego stwierdzenia, że zawsze mamy do czynienia z manipulacją. Przykładowo: słysząc, że muszę poczekać dwa miesiące na to, by mój zaprzyjaźniony blacharz, usunął rdzę z nadkola mojej wysłużonej fury, nie mogę nie pomyśleć, że musi być dobry skoro tylu ludzi przyprowadza mu samochody. A jednak nie podejrzewam go o manipulację.

Ale mam też inny przykład z życia. Swego czasu często pracowałem w pokoju na uczelni. Nierzadko zaglądał do mnie zaprzyjaźniony profesor. To sympatyczny gaduła, przez co czasami jego wizyty zajmowały sporo czasu, którego kompletnie nie miałem. Tym jednak, co mnie niezmiennie dziwiło było powtarzane jak refren, przy każdej wizycie, zdanie: „ale ja jestem zajęty, tyle mam roboty”.

Veblen zauważył, że konsumpcja na pokaz, to zabieg służący zdobywaniu i utrzymywaniu wysokiego statusu w społeczeństwie. Sygnał, który miał trafić do innych był niezwykle prosty: „Robię to, bo mogę. Stać mnie.” Współcześnie repertuar przekazów budujących nasz status nie tylko się zmienia ale też poszerza. W czasach, gdy na złotego Rolexa może sobie pozwolić nie sto, nie tysiąc ale kilkadziesiąt tysięcy osób na świecie, posiadanie takiego zegarka, nie wystarczy by być wyżej od innych. Coraz więcej osób ma coś, co jeszcze niedawno uchodziło za luksus. Dawniej szczytem marzeń Polaków były wczasy w Bułgarii, pojechanie do Grecji czy Hiszpanii i zamieszkanie w białym hotelu przy plaży wyróżniało. Dziś, choć ciągle drogie, odwiedzenie takiego miejsca w wielu grupach nie przyczynia się do budowania prestiżu, nie zapewnia szacunku na dzielni. Siła sygnału zmalała. All inclusive na Rodos nie ma już w sobie magii, dającej prawo do wywyższania się w gronie psiapsiółek. Choć oczywiście są takie próby. Bo czemu miałby służyć te tysiące zdjęć: to ja z drinkiem, to ja z basenem, to ja na leżaku, to ja a za mną ruiny.

Badania czasu pracy pokazują, że w bogatych społeczeństwach ludzie pracują średnio coraz mniej godzin tygodniowo, miesięcznie czy rocznie, ale jednocześnie rośnie liczba godzin pracy osób zajmujących najwyższe miejsca w hierarchii. Po raz pierwszy w nowoczesnej historii świata mamy do czynienia z sytuacją, że zarabiając mniej pracujemy mniej niż ci, na których konto wpływają większe sumy (zobacz: Niespełniona obietnica).

Zajęty nie musi znaczyć zadufany

Bycie człowiekiem, który ma czas, jest osiągalny, dostępny, niesie w sobie jakiś element prostactwa, zwyczajności. Kojarzy się z próżniactwem i marginalnością. Nie możesz być ważny, skoro nic nie robisz. Warto jednak w tym miejscu poczynić pewne zastrzeżenia:

Po pierwsze, obok budowania prestiżu powodem do bycia zajętym może być też to, że ludzie boją się bezczynności. W takim przypadku przesadna aktywność będzie stanowić formę ucieczki.

Po drugie: jak w każdym procesie komunikowania, również sygnały świadczące o statusie w grupie, są odczytywane tylko przez ‘wtajemniczonych’. Kiedy jako początkujący dziennikarz opublikuję w Tygodniku Działkowca relację z festynu osiedlowego, spotka się to z uznaniem, ale tylko ze strony mojej mamy i jej przyjaciółek widzących we mnie „jakże przystojnego kawalera”. Budowanie statusu wymaga jednak znalezienia uznania wśród odbiorców merytorycznie przygotowanych do tego by doceniać to co robimy.

Po trzecie, choć nie zostało to jeszcze zbadane trudno przypuszczać, by bycie zajętym miało wpływ na postrzeganie statusu osób, pracujących w dziedzinach, w których godziny pracy są zwyczajowo długie. Typowe, gromadzące pracoholików, wyżymaczki dusz, w których powołując się na kodeks pracy pracownik skarży się tylko raz, to raczej nie są miejsca, gdzie epatuje się swym zabieganiem. Brak czasu to mizerna przesłanka do bycia postrzeganym jako ktoś ważny, kogo kompetencje i wiedza są niezwykle cenne. Możliwe też, że działa tam przeciwny, do omawianego wcześniej, mechanizm: w środowisku, w którym duże obciążenie pracą jest bardzo powszechne, człowiek niezbędny firmie bierze wolne i idzie się wspinać na skałki.

Po czwarte: nie tylko w różnych środowiskach ale też w różnych kulturach występują różnice w tym ile gwiazdek do nadzwyczajności dodaje zaabsorbowanie pracą. Włosi pytani o status osoby, która nie pracuje, wyobrażali sobie człowieka majętnego. Myślenie Amerykanów szło raczej w kierunku: „ten człowiek nie pracuje bo z jakiegoś powodu nie może. Coś musi być nie tak, jak tylko to się zmieni, to na pewno zacznie znowu pracować”. Okazuje się zatem, że spaghetciarze pozostali ze swoim myśleniem w XIX wieku podczas gdy Jankesi kompletnie odwrócili zasadę opisaną przez Veblena. O ile ci pierwsi praktykują dolce far niente (słodkie nieróbstwo) o tyle ci drudzy, wydają się traktować pracę, jako niezbędny element tożsamości człowieka, podstawę do jego oceny.

Po piąte, nierzadko dbanie o status przyjmuje formę żałosnej farsy. Widzę to choćby na moim podwórku. W akademii powietrze często staje się gęstsze od nagromadzenia ludzi przekonanych o swej niezwykłej wiedzy, wszelkich talentach i nietuzinkowości. Wielu otwarcie żąda okazywania sobie szacunku i uznania. Namiętnie stosowana i gorliwie wymagana tytułologia czy wypisywanie swoich szesnastu funkcji w stopce maila, nierzadko przekonują, że siła uwrażliwienia na postrzeganie swojego statusu często równa się jedynie poziomowi nieudolności w zabieganiu o jego zdobycie.

W tym miejscu skończymy.

Pewnie jesteście bardzo zajęci.