Dlaczego nie pracujemy trzy godziny dziennie?

W roku 1928 John Maynard Keynes zrobił coś, co współcześnie ocierałoby się o szaleństwo, niczym głodny kot o nogi człowieka krojącego wędliny. W eseju: „Economic Possibilities for Our Grandchildren” przedstawił bardzo konkretną  wizję przyszłości, która miała się wydarzyć za sto lat. Keynes przewidywał, że w krajach wysokorozwiniętych (Anglia i Stany Zjednoczone), standard życia będzie tak wysoki, że nikt nie będzie musiał martwić się o pieniądze. Dzięki ciągłem wzrostowi gospodarczemu nasycimy się, jak rzygający grubas z Monty Pythona, a praca konieczna będzie tylko do podtrzymywania poziomu konsumpcji. Wnuki z wizji Keynesa, to my i nasze dzieci. To my mieliśmy pracować trzy godzinny dziennie. A może nawet mniej, bo zdaniem Keynesa nawet piętnaście godzin tygodniowo to i tak za dużo.

Kiedy dzisiaj czytamy „Economic…” okazuje się, że wizja Keynesa okazała się prawdziwa. Co z tego, że tylko w połowie. Keynes przypuszczał, że w ciągu stu lat wielkość gospodarki amerykańskiej wzrośnie siedmiokrotnie. Wiele wskazuje, że do 2030 wzrost będzie ośmiokrotny. I to nie tylko w U.S., ale też w inne krajach. Dzisiaj pracownik biurowy w Wielkiej Brytanii wypracowuje w 1,5 godziny to, co w roku 1970 robił przez cały, ośmiogodzinny dzień pracy. Tylko w ciągu 11 lat, między rokiem 1993 a 2004, rozwój techniki sprawił, że produktywność pracowników w rolnictwie wzrosła o 46% (U.K.). W przeliczeniu na osobę, produkujemy siedem razy więcej niż nasi przodkowie sto lat temu, ale czasu wolnego od pracy mamy tylko trochę więcej. Zamiast skracania godzin pracy, za wzrostem wydajności poszły wezwania do … zwiększania wydajności.

Dlaczego pomimo tego, że stajemy się bogatsi, to nie zmniejszyliśmy liczby godzin spędzanych na zarabianiu pieniędzy? A przynajmniej nie o tyle, ile oczekiwał J.M.K. ? Co poszło nie tak? Jak pisał niezawodny Henry David Thoreau: „Chciałbym podkreślić, że wielka pracowitość człowieka nie jest równoznaczna z dobrym wykorzystywaniem przez niego czasu. Nikt nie popełnia fatalniejszych pomyłek aniżeli ten, kto poświęca życie zarabianiu na nie”*

Praca jest/bywa fajna

Pierwsze wytłumaczenie może być takie, że wielu z nas po prostu lubi swoją pracę. Wcale nie ma tak dużo ludzi, którzy odpowiadają „tak” gdy zapytamy ich o to, czy gdyby pieniądze nie stanowiły dla nich problemu, to zrezygnowaliby z pracy. Ekonomista Gary Becker twierdził wprost, że jedyną grupą na świecie, która póki co okazuje się realizować keynesowską wizję są utrzymujący się produkcji ropy utracjusze z krajów nad zatoką Perską. No i może jeszcze Paris Hilton.

Nie dajmy się nabrać narzekaniom przy piątkowym piwie. Oczywiście to co robię może być nudne, mało ważne, powtarzalne, zbyt proste… To wszystko prawda, ale od dawna już wiemy, że praca to coś znacznie więcej. Daje nam możliwości tworzenia i podtrzymywania relacji z innymi ludźmi. Jest źródłem motywacji i satysfakcji z osiągnięć. Wpływa na poczucie własnej wartości i tworzy ramy niezbędne dla naszego codziennego funkcjonowania. Świetnie o tym wiedzą matki, które jako jeden z ważniejszych powodów powrotu do pracy po urodzeniu dziecka wskazują potrzebę kontaktu z dorosłymi ludźmi. Świetnie widać to też w czasie pandemii, gdy pozbawieni ram, najpierw euforycznie rzucamy się na seriale, książki, streamy etc. by po pewnym czasie zdać sobie sprawę, że potrzeba nam jakiegoś porządku, wyzwania, celów i zadań.

Porównania

Jeden z moich ulubionych autorów, Robert Frank, uważał, że powodem dla którego człowiek nie ogranicza tak bardzo czasu pracy zawodowej są porównania. Frank zgadza się z Keynesem: jesteśmy nasyceni, naprawdę nam wystarczy; dalsze zwiększanie konsumpcji nie wpłynie na to, że będzie nam się żyło lepiej. Tyle, że konsumujemy już nie tylko po to by zaspokoić zwykłe potrzeby, ale też po to by pokazać swoją pozycję w społeczeństwie i nadążyć za innymi. Anglicy używają określenia „keeping up with the Joneses” a w Polsce sprowadza się do prostego „a somsiad se kupil”. Przy czym często nie chodzi tu o zawiść i zazdrość, z którymi ta postawa jest kojarzona. Żyjąc w społeczeństwie, w którym wielu dookoła ma coś, czego my nie mamy, jesteśmy narażeni na odczuwanie swoistego bólu przegranych, frustracji. To smutek dziecka, w którego domu się nie przelewa, i potrzeby materialne zastępuje fantazjowaniem o nowej plazmie na ścianie.

W pierwszej kolejności porównujemy się z tymi, którzy są podobni do nas. Jako punkt odniesienia urzędnik wybierze innego urzędnika, nastolatek innego nastolatka, a wszyscy wybieramy naszych sąsiadów i rodzeństwo. Problem, na który wskazuje Frank, polega na tym, że w ostatnich latach nierówności w społeczeństwie bardzo wzrosły. I nie chodzi tylko o to, że Bill Gates w godzinę zarobi więcej niż ja przez cały rok. Różnice narastają wewnątrz grup: tworzy się przepaść między najlepiej zarabiającymi prawnikami, a resztą prawników, to samo widać wśród lekarzy, sportowców, pisarzy, blogerów etc. Najlepiej opłacani odjeżdżają pozostałym. Gdy ludzie w jakimś sensie podobni do nas wydają więcej, my też chcemy wydawać więcej. Efekt? Nie mamy, więc pożyczamy by dogonić uciekający peleton. Wystarczy spojrzeć na średni poziom zadłużenia na kartach kredytowych (szczególnie po Świętach).

Wpływ otoczenia można zauważyć również w różnicach między społeczeństwami. Amerykanie, znacznie częściej niż Europejczycy, deklarują, że wybraliby raczej zwiększenie liczby przepracowywanych godzin (by zarobić więcej) niż ich zmniejszanie, nawet gdyby to nie miało wpływu na ich dochody.

Nie mamy wyboru

O ile praca jako źródło czegoś pozytywnego, jak i praca jako sposób zdobywania środków na zakup dóbr „na pokaz”, to coś co dobrze opisuje sytuację wielu ludzi w najbogatszych krajach, o tyle długie godziny pracy jako konieczność to rzeczywistość ludzi w krajach biedniejszych. Mamy wiele dowodów na to, że osoby o niskich zarobkach nie mają innego wyjścia.

A może całe szczęście…

Podobno nikt na łożu śmierci nie powiedział: „Szkoda, że nie pracowałem więcej”. Wtedy raczej przychodzi refleksja, że rezygnowanie z uczestnictwa w występie teatralnym naszego dziecka albo odpuszczanie spotkań z przyjaciółmi, nie było najlepszym wyborem. Znamy nasze preferencje (chcę mniej pracować!)? A może wcale nie? Może tylko nauczyliśmy się jakieś formułki, którą bez namysłu powtarzamy.

Keynes pisząc swój esej wyraził jednak obawy, że skrócenie czasu pracy może nieść za sobą dość istotny problem. Rozwiera on (problem nie Keynes) swoją ohydną paszczę, gdy na horyzoncie pojawia się pytanie: na co ludzie przeznaczą wolne dnie, tygodnie, lata? Wielu z nas wyobraża sobie, jak to bardzo by się zaangażowało w robienie tych wszystkich wspaniałych rzeczy, na które teraz po prostu nie mamy czasu. Niektórym pewnie by się to udało. Inni skazani są raczej na schemat postanowień noworocznych; zachłannego, intensywnego początku i zdołowania, gdy znowu się nie uda. To greccy filozofowie wyobrażali sobie, że pozbawiony obowiązków związanych z pracą człowiek, będzie spędzał czas czytając poezję, patrząc w gwiazdy i roztrząsając sens istnienia w niekończących się dysputach. Pamiętajmy jednak, że ci sami ludzie wierzyli, iż rządzi nimi niewierny swej małżonce gość z piorunem w ręku. Może homo-sapiens, gatunek dawno temu wygnany z rajskiego ogrodu, nie nadaje się do tego by siedzieć na tylnych łapach i zachwycać się swoimi osiągnięciami…

*Thoreau, H.D. (2011), Życie bez zasad i inne eseje (tłum. Halina Cieplińska) wyd. Rebis.