Czego jak czego ale ludzi, którzy powiedzą Ci, jak żyć i co robić aby być szczęśliwym, zawsze było pod dostatkiem. Większość z nich nie znajduje sprzeczności w tym, że doradzając i pouczając sami szczęśliwi nie są.  W końcu szewc bez butów… Ale jest na świecie całe grono szewców, którzy stali się bardzo popularni.  Za ich radami i wskazówkami podążają miliony.  Autorzy poradników; to ich twórczości poświęcony będzie ten tekst.

Przejdźmy od razu do sedna: mające swe korzenie w XIX wiecznej literaturze książki o tym, jak samemu sobie pomóc, spotykają się z dość chłodnym przyjęciem wśród naukowców, psychologów, psychiatrów, terapeutów, o filozofach nie wspominając. Powodów jest kilka:

Rady udzielane przez samozwańczych guru nierzadko okazują się błędne, często są szkodliwe, zwykle nie mają potwierdzenia w badaniach naukowych i w doświadczeniach praktyków. Efektem stosowania się do nich często są nieuzasadnione oczekiwania (będę lepszy, silniejszy, ładniejszy, bardziej lubiany), zawiedziona nadzieja (zrobiłem tak jak mówili, a nic się nie zmieniło),  i podupadła samoocena (nic mi nie wychodzi). Powołując się na wyniki wielu badań Annie Paul wskazała kilka mitów upowszechnianych przez autorów poradników życia:

· Mit numer 1: daj upust swojej złości, a ona zniknie. Ile to razy widzieliśmy wzburzonego bohatera filmu z furią okładającego worek treningowy lub rykiem do księżyca dającego wyraz swojej frustracji. Dziś już wiemy, hipoteza katharsis – oczyszczającego umysł łomotania w worek – zwyczajnie się nie sprawdza. Badania pokazują, że wyrażanie swojego gniewu dodatkowo go wzmacnia i utrwala, zamiast osłabiać.

· Mit numer 2: gdy jesteś w dołku, staraj się myśleć, że jesteś szczęśliwy, skupiając się na pozytywach. Jak to poetycko ujął autor bestsellerów Napoleon Hill: „zamknij swoje mentalne drzwi przed tym co nieprzyjemne, przed niepowodzeniami, których doświadczyłeś”. Naukowcy mają na ten temat inne zdanie; stosowanie tej strategii najczęściej prowadzi do większego cierpienia: uświadamia nam, jak smutne i beznadziejne jest nasze życie.

· Mit numer 3: wizualizuj swoje cele. Chcesz być bogaty? Wgraj sobie w wyobraźnię aplikację pokazującą ci, jak pławisz się w luksusach. Oczywiście, bez wiary w to, że coś się może udać nie ruszymy z miejsca. Ale wizja celu jest niewystarczająca. Aby wizualizacja rzeczywiście nas wzmocniła, konieczne jest wyobrażenie sobie drogi, którą musimy pokonać, wraz z trudnościami, na które możemy natrafić. W innym przypadku może się skończyć na tym, że dokładna wizja celu, pomoże nam uświadomić sobie, jak bardzo jesteśmy od niego dalecy. Na dzisiaj różnica ta wynosi jakieś 12 kilogramów masy ciała i minutę na kilometr mniej.

· Mit numer 4: samoafirmacja pomoże ci podnieść swoją niską samoocenę. Cytując klasyka: „Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą! Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!”. Jak radził pewien pop-guru: napisz na żółtych karteczkach, jaki jesteś wspaniały i poprzyklejaj je w widocznych miejscach, w których często będziesz je widział. Co mówią badania? Zmiana tego, jak myślimy o sobie, jest dużo bardziej skomplikowana niż technika żółtych karteczek. Do podniesienia samooceny potrzebne są dwie rzeczy: po pierwsze poczucie, że jesteśmy lubiani i kochani, po drugie głębokie przekonanie do własnych kompetencji. Nawet sto żółtych karteczek i tysiąckrotne powtórzenie sobie każdego dnia: jestem piękny, wspaniały, i mam cudowne mięśnie, nie sprawi, że będę się czuł lepszy. Tak, wiem, ja też żałuję, że to tak nie działa.

· Mit numer 5: Aktywne słuchanie ulepszy twoje komunikowanie się z partnerem. Przyznaję, wpisanie tej czynności na listę mitów, nieco mnie zaskoczyło. Przecież aktywne słuchanie, opierające się głównie na parafrazowaniu wypowiedzi rozmówcy, jest polecane przez terapeutów już od kilku dekad. Czemu więc nie działa? Po pierwsze zaobserwowano, że nie słuchamy aktywnie, gdy się kłócimy. A zatem nie sprawdza się w konfliktach. Po drugie, co ciekawe, badania szczęśliwych par ujawniły, że wcale nie opierają one swojej komunikacji na aktywnym słuchaniu. Są po prostu uczuciowe, wykorzystują humor by rozładować napięcie, wykazują zainteresowanie tym, co mówi partner.

Momencik, chwileczkę – powie ktoś, kto czytał poradniki i rzeczywiście się zmienił – to wszystko nieprawda. I tu bach, niespodzianka, taki ktoś może mieć rację. Z tym jednak zastrzeżeniem, że to niekoniecznie rady zawarte w książce, ale fakt, zwrócenia uwagi na coś innego niż zwykle sprawiły, że poczuł się lepiej. To typowy przykład efektu placebo. Większość poradników nie spełnia swojej obietnicy o tym, że ich czytelnicy staną się szczupli, potężni, szanowani przez innych i kochani.

Innym ograniczeniem książek na temat samoobsługi człowieka, jest przyjęcie założenia, że proponowane w nich rozwiązania mogą być stosowane przez każdego. To tak jakby twierdzić, że każdy, nawet dwumetrowy dryblas, może zostać wybitnym skoczkiem narciarskim. Wiem, że to truizm, w dodatku banalny ale ludzie są różni. Rady niedostosowane do naszej osobowości czy okoliczności życiowych nie mają szans się sprawdzić. Zalecanie więcej snu rodzicom małych dzieci i otwieranie się na towarzyskie przygody introwertykom, niewiele pomoże.

Jak widzicie, są wśród osób sięgających po książki z poradami tacy, którzy próbują, i którym się nie udaje; są też tacy, na których czytanie działa, choć niekoniecznie rady zawarte w tekście. Przypuszczam jednak, że najliczniejszą grupę tworzą: fani literatury poradnikowej. Wiele poradników jest po prostu interesujących. Czyta się je z zapartym tchem. Kolejne strony wciągają i dostarczają rozrywki chociaż i tak wiadomo, że zabójcą jest lokaj. W intrygujący sposób (w tym miejscu solidny cudzysłów) „ujawniane są” cudowne tajemnice szczęśliwego życia, tylko przypadkiem przyjmujące formę zdroworozsądkowych, oklepanych  rad.

Kwintesencją tego o czym mówię, było pewne wydarzenie, w którym przyszło mi uczestniczyć. Jeden z naszych lokalnych (chyba nadużywam cudzysłowu) „mistrzów życia” miał wystąpienie podczas dużej konferencji. Nie znałem człowieka wcześniej. Nie miałem więc żadnych oczekiwań, ani uprzedzeń. Mogłem być obiektywny i stwierdzam, że jego występ był genialny; dynamiczny, śmieszny, pełen anegdot i gry aktorskiej. Publika szalała. Mówca miał wszystkich w małej kieszonce jeansów. Dopiero na koniec uświadomiłem sobie, co mi nie pasuje. To miał być wykład, którego autor pomaga odbiorcom zrozumieć dzisiejsze pokolenia konsumentów. Tymczasem jego treść, cała przekazana (znowu cudzysłów) „wiedza”, zawarta była na jednym slajdzie, który moi studenci przygotowaliby w piętnaście minut. Nie, stop, to chyba krzywdzące porównanie; moi studenci zrobiliby to w dziesięć minut a opowiedzieli w trzy. A nasz mówca przez godzinę efektownie bił pianę by na koniec przekazać prawdę o tym, iż po zimie zwykle przychodzi wiosna.

A jednak, trochę wbrew sobie, i na przekór głównemu nurtowi, postaram się nieco obronić autorów poradników. Na początku zauważmy, że nie mają oni łatwo, choć popyt na magiczne reguły i cudowne leki nigdy nie był większy niż dzisiaj. Część z nas szuka podpowiedzi w religii czy filozofii, nieliczni w nauce i dziełach klasyków literatury, większość w niesprawdzonych źródłach. Bez względu jednak na to, czy mądre słowa płyną od Dalajlamy, świętego Franciszka, Szekspira, Arystotelesa czy kochanej babci Janiny, mam duże wątpliwości, co do tego, jak wpływają one na nasze życie. Bo czy nie dzieje się z nimi podobnie jak z efektownymi cytatami, którymi zachwycamy się przez moment, by nigdy do nich nie powrócić? Sądzę, że tak samo jest z poradnikami. Czytając lub słuchając czujemy ekscytację i podziw. Robimy notatki, do których jednak nigdy nie wracamy. Nazywam to syndromem widza; autorze zabaw mnie, zaintryguj, zaciekaw. Niezwykłe doznania towarzyszą nam przy lekturze „Człowieka w poszukiwaniu sensu” Victora Frankla ale czy to zmienia nasze życie? Porusza nas „Zimowa opowieść”, nastrajają pozytywnie „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Perfekto! Przeczytałem, podobało mi się, nawet bardzo, dawaj coś następnego. Niektórzy naukowcy właśnie w ten sposób tłumaczą nieskuteczność poradników. Po lekturze trwamy chwilę w zachwycie, a potem ruszamy po następną książkę.

Szybka uwaga na marginesie: mam nadzieję, że nikomu nie przyszło do głowy, że zrównuję współczesnych pop-guru z Arystotelesem. Chodzi mi jedynie o mechanizm: nawet najmądrzejsze słowa, pozostaną niczym więcej niż tylko umownymi symbolami, jeżeli nie przełożą się na nasze myślenie i działanie.

Drugi powód, dla którego współczuję autorom poradników; to często pozorna banalność przekazywanych treści. Współcześni odbiorcy poszukują magii, zaskoczenia, sekretów spisanych przez starożytnych mnichów i ukrywanych przez setki lat w wyschniętej studni na pustyni Gobi. I jak tu im powiedzieć, że dla szczęścia liczą się tak przyziemne rzeczy jak: relacje, pasja, poczucie celu, docenianie chwili, nieporównywanie się z innymi, rozwój duchowy i zdrowie. To tak jakby podać bigos komuś oczekującemu pieczonej pulardy z ziarnem orkiszu i smażonym żółtkiem. Hej, panie kelner, tu chyba zaszła jakaś pomyłka.

Na koniec jeszcze jedna uwaga: musimy pamiętać, że poradniki nie mają na celu zastąpienia psychologów, psychiatrów, terapeutów, lekarzy. Celem nie jest leczenie i łagodzenie objawów zaburzeń psychicznych. Zwykle ich przekaz zbudowany jest wokół samorozwoju, odkrywania własnej tożsamości, radzenia sobie ze stresem i budowania relacji osobistych. Choć nie ma wielu badań na temat tego, kto czyta tego rodzaju książki, nic nie wskazuje na to, że są to osoby chronicznie nieszczęśliwe czy doświadczające zaburzeń psychicznych. Wręcz przeciwnie: są to osoby poszukujące szczęścia, zastanawiające się nad własnym życiem, chcący się doskonalić, zainteresowane szeroką gamą tematów. Dlatego też, niektórzy naukowcy upatrują pozytywnej roli poradników w zachęcaniu do aktywnego radzenia sobie z otaczającą nas rzeczywistością.

Obok dowodów naukowych, jest jeszcze jedna rzecz, która zniechęca mnie do sięgania po poradniki. Udoskonalanie się jest w nich postrzegane jako narzędzie, środek do osiągania innych celów: sławy, pieniędzy, dobrego wyglądu, sukcesu zawodowego, popularności, produktywności. Nie tylko brakuje mi w nich refleksji na temat tego, skąd biorą się nasze cele, ale drażni mnie jawna pogarda dla rzeczy niepraktycznych i mało przydatnych. Nie ma w nich spacerów po lesie (chyba, że dla spalenia kalorii), rozkoszy czytania książek, podziwiania sztuki, poszukiwania wiedzy dla niej samej. Stąd, przepraszam za brak konsekwencji, proponuję: odłóż poradniki i sięgnij po dobrą powieść.