Zacznijmy od liczb. Dane dla Stanów Zjednoczonych. W roku 2019 stosunek średniego wynagrodzenia mężczyzn do średniego wynagrodzenia kobiet wynosił 110 do 1 w koszykówce, 25 do 1 w golfie, 11 do 1 w piłce nożnej, niemal 1 do 1 w tenisie ale też 671 do 1 w baseballu.

A jak jest w Polsce? Wystarczy spojrzeć na ostatni finał Superpucharu w siatkówce, gdy zwycięska drużyna kobiet otrzymała nagrodę o połowę mniejszą niż wśród mężczyzn. Wielu pamięta też kontrowersje, jakie wzbudziły nierówności w nagrodach dla biegaczy i biegaczek. W jednym z maratonów oni za zwycięstwo mogli liczyć na samochód, one na telewizor.

Choć wynagrodzenia kobiet w ostatnim czasie wzrosły, między nimi a mężczyznami ciągle jest przepaść. Z listy Forbesa 2021 dowiadujemy się, że Naomi Osaka – najlepiej zarabiająca zawodniczka na świecie zgromadziła imponujące 60 milionów dolarów. Na tej samej liście  będący na pierwszym miejscu Conor McGregor zainkasował trzy razy tyle. W pierwszej dziesiątce nie było żadnej kobiety; Naomi Osaka zajmuje 12 miejsce.

Nierówności w sporcie zwykle są tłumaczone na trzy sposoby:

· Nie dla kobiet! Sport to domena mężczyzn.

· Merytokracja. Wygrywa ten, kto jest silniejszy, szybszy, ma wyższe umiejętności.

· Rynek. Działa prawo podaży i popytu, ludzie chcą oglądać rywalizujących mężczyzn, a nie kobiety.

Przyjrzymy się tym argumentom po kolei.

Nie dla kobiet!

Kiedy starożytni Grecy blisko 2800 lat temu zorganizowali pierwsze zawody olimpijskie w szranki stanęli tylko mężczyźni. Zajęciem męskim było bieganie, zapasy, rzut oszczepem i rzut dyskiem, skok w dal, walka na pięści, czy wyścigi rydwanów. Esencją sportu od początku była szybkość, zwinność, siła i rozmiar. W takim postrzeganiu rywalizacji od początku nie było miejsca dla kobiet. Zawdzięczamy Grekom wiele. Jednak w tym co po nich odziedziczyliśmy, są też średnio pasujące do naszych czasów normy kulturowe, których niekwestionowanie może być po prostu efektem mentalnego lenistwa.

A zatem pomyślmy.

Co by było, gdyby nasza kultura rozwinęła się w odmiennym kierunku? Czy tak trudno sobie wyobrazić, że ludzie ceniliby inne cechy i aktywności, niż tylko te, w których dominują samce? Dziś moglibyśmy uważać za normalne, iż laury należą się tym, którzy cechują się elastycznością, równowagą, stylem, wdziękiem czy mniejszymi rozmiarami ciała. Warto czasami zadać sobie to proste pytanie: dlaczego uważamy coś za właściwe? „Bo tak zawsze było”. To naprawdę czerstwa odpowiedź.  Przyjmując perspektywę historyczną musielibyśmy bowiem uznać, że gdyby to kobiety były przez wieki dominującą płcią nasza koncepcja sportu i współzawodnictwa byłaby dziś diametralnie inna.

To tylko argument logiczny, wymagający wyobraźni, więc pewnie nie do wszystkich trafia. Spróbujmy więc inaczej.

Ludzie niedostrzegający nic nadzwyczajnego w różnicach w poziomie wynagrodzeń sportowców często odwołują się do stwierdzeń w rodzaju: ale przecież dzisiaj sport jest dla wszystkich, poza niektórymi krajami kobiety na równi z mężczyznami trenują i startują w zawodach. Już dawno nie ma w tym nic dziwnego. Jeżeli za mało zarabiają to niech robią coś innego.

To prawda.  Ale one nie chcą robić czegoś innego, a powody różnic można usunąć.

Jednym z nich jest to, w jaki sposób traktowany jest sport kobiet i mężczyzn. W sporcie, jak w rzadko której dziedzinie naszego życia, podział między płciami jest bardzo wyraźny i szczególnie silnie wzmacniany przez media. Chociaż zmiany postępują. Zwiększa się ogólna dostępność relacji z wydarzeń sportowych, o kobietach uprawiających sport mówi się mniej i rzadziej niż o mężczyznach. Przykładowe badania przeprowadzone w USA wskazują, że ponad 96% czasu poświęconego na sport w telewizji poświęcone było mężczyznom. Sport kobiet to nieco ponad półtora procent a pozostałe dwa procent to tematy ogólne, neutralne płciowo. Ponadto duża część materiałów na stronach sportowych to doniesienia skupione wokół tematów pobocznych takich jak wygląd zawodniczek, ich związki romantyczne i role rodzinne.

Analiza czasopisma Sports Illustrated ujawniła, że kobieta pojawia się rzadziej niż na co dwudziestej okładce magazynu. Nierzadko było to zdjęcie z partnerem lub po prostu anonimowej kobiety niekoniecznie związanej ze sportem. A kiedy już się pojawiały zdjęcia kobiet, to duża ich część była seksualnie sugestywna i nakierowana na podkreślenie atrakcyjności fizycznej. A zdecydowana większość pokazywała kobiety reprezentujące bardziej płciowo-neutralne lub czysto kobiece sporty. Na okładki raczej trafiają pływaczki i akrobatki niż bokserski czy sztangistki.

Społeczne oczekiwania i ich ścisły związek z zarobkami zawodniczek ujawniają się również w mediach społecznościowych. Mogłoby się wydawać, że mogąc regulować to, co będzie zamieszczane na ich temat, sportsmenki same będą starały się tworzyć wizerunek profesjonalistek. Tymczasem obserwuje się coś, co w literaturze naukowej nazywamy: „postawą przepraszającą”. Kobiety osiągające sukces w sporcie nadzwyczaj często starają się przekonać fanów i dziennikarzy, że w pierwszej kolejności są damami, matkami, opiekunkami, atrakcyjnymi fizycznie kobietami, a dopiero potem zawodniczkami. W materiałach pojawiających się w mediach społecznościowych równie często widzimy sportsmenki podkreślające swój profesjonalizm i podporządkowanie wymogom treningowym, jak zdjęcia i wpisy sugerujące, że bycie sportowcem nie szkodzi ich wyglądowi i nie stanowi przeszkody do bycia zaangażowaną matką i opiekunką. Wydaje się więc, że poprzez swoją aktywność w mediach społecznościowych trenujące zawodowo sport kobiety często po prostu wzmacniają stereotypy płciowe. Można jednak spojrzeć na to zjawisko z drugiej strony i zapytać:  jeżeli takie są zasady gry to, czy kogokolwiek stać na to by je odrzucić? Jeżeli tylko w ten sposób można zwrócić na siebie uwagę fanów i sponsorów, to co im pozostaje. Kopanie się z koniem mało komu wychodzi na dobre.

Dla pełnego obrazu należy jeszcze dodać: wiele zawodniczek aktywnych w mediach społecznościowych nie tylko przeciwstawia się stereotypom, ale też dostrzega swoją misję jako lidera, wzoru, źródła wsparcia dla kobiet rozpoczynających karierę.

Merytokracja

Nie ma wątpliwości: w większości sportów nawet najlepsze kobiety wypadają gorzej od wielu mężczyzn. W biegach i skokach ta różnica jest bardzo wymierna i wynosi średnio 10-12%. Tylko w 2017 roku aż 15 tysięcy mężczyzn i chłopców pobiegło szybciej niż wynosi najlepszy życiowy wynik mistrzyni olimpijskiej Tori Bowie. Inny obszar potwierdzonej dominacji to kort tenisowy. W historii mieliśmy już kilka pojedynków, w których czołowe tenisistki stanęły naprzeciw tenisistom (nie zawsze czołowym). Dużo rozgłosu zyskał choćby pojedynek sióstr Williams z Karstenem Braaschem. Zajmujący wtedy 150 miejsce na liście rankingowej Braasch najpierw pokonał Venus a zaraz potem Serenę, obie będące w ścisłej czołówce listy WTA.

Owszem, historia zna przypadek, gdy w ramach tenisowej Wojny Płci kobieta pokonała mężczyznę. W roku 1973 Billie Jean King wygrała z Bobbym Riggsem tyle, że on miał już wtedy 55 lat i od dawna był emerytem, podczas gdy niemal trzydziestoletnia King była aktywną zawodniczką.

Twierdzenie, że dominacja mężczyzn zdaniem niektórych uzasadnia nierówności w zarobkach to czysta merytokracja, pogląd, że tak w sporcie, jak i w innych obszarach życia, zwycięzcą jest tylko i wyłącznie ten, kto ostatecznie jest najszybszy, najsprawniejszy, naj… naj… naj…

Merytokracja to idea równie wspaniała, jak niemożliwa do spełnienia. Oznacza bowiem przyjęcie założenia, że wszyscy mają takie same szanse, a różnice na mecie wynikają jedynie z ilości i jakości pracy treningowej. Masz to, na co zasłużyłeś. Tymczasem różnice między mężczyznami i kobietami nie biorą się z różnic w postawach, ze zróżnicowanej skali wyrzeczeń czy sposobu trenowania. Ich źródłem jest biologia. Czynnik będący poza naszą kontrolą. Tym co daje mężczyznom przewagę jest androgeniczna budowa ciała. Nie ma w tym ich zasługi. A co za tym idzie: argumentując, że mężczyźni powinni zarabiać więcej, bo ich wyniki są lepsze, musielibyśmy się zgodzić z prostym stwierdzeniem: zapłaćmy samcom więcej bo mają jądra i wyższy poziom testosteronu. Mało to wzniosłe. W sporcie nie ma żadnego innego fizycznego, kulturowego czy społeczno-ekonomicznego czynnika, który tak silnie jak męskie genitalia oddziałuje na różnice w wynikach kobiet i mężczyzn.

Merytokracja ma sens wtedy, gdy różnice między ludźmi wynikają z czynników będących pod ich kontrolą. A uzasadniając nierówność w zarobkach poprzez wskazywanie na różnice między płciami deprecjonujemy kobiety tylko dlatego, że w okresie dojrzewania ich ciała rozwinęły się w innym kierunku niż ciała chłopców.

Rynek

Trzecie wytłumaczenie różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn nawiązuje do standardowych praw popytu i podaży. Ludzi interesuje oglądanie rywalizacji mężczyzn, a nie kobiet. Widać to w liczbach. Wydarzenia związane z męską rywalizacją gromadzą więcej widzów przed ekranami i pozwalają sprzedać więcej biletów. Sportsmeni górują, a skoro tak, to naturalne jest, że należy im się więcej. Choć sport mężczyzn generuje więcej pieniędzy to też się powoli zmienia. Przykładowo szacuje się, że ostatnie piłkarskie mistrzostwa świata kobiet oglądane były przez miliard widzów na całym świecie. To jeszcze nie jest ten poziom co w przypadku mężczyzn; (sam finał mistrzostw świata w 2018 roku obejrzało na żywo 517 milionów osób, a 1,1 miliarda osób oglądało go przynajmniej w jakieś części) ale wzrost zainteresowania jest olbrzymi.

Podkreślanie, że oglądalność sportu kobiet jest mniejsza niż mężczyzn, to bardzo wygodny argument. Problem pojawia się, gdy to okazuje się nie być do końca prawdą. W takich przypadkach w świetle reflektorów obnaża się czystą dyskryminację. Swego czasu głośno zrobiło się o amerykańskich piłkarkach, które nie tylko zdobyły tytuł mistrzyń świata, ale sprawiły, że ich stroje i pamiątki związane z drużyną, przyniosły w krótkim czasie olbrzymie zyski. Amerykańska federacja zarobiła na nich więcej niż na tych związanych z piłkarzami. Tymczasem za swoje osiągnięcia dostały zaledwie jedną czwartą tego co amerykańscy piłkarze, którzy żadnych sukcesów nie odnieśli.

Organizacje sportowe, tak jak każdy z nas, stosują pewne praktyki, nie zastanawiając się co jest ich źródłem. Dominuje ujęcie „zawsze tak było”, co sprawia, że to co zastane jest piekielnie odporne na zmiany. Nie znam praktyk, które byłyby bardziej utrwalone w głowach niż męska hegemonia w sporcie. Teorie instytucjonalne dają jednak nadzieję, że coś się zmieni. Zgodnie z nimi organizacje szukają w otoczeniu wskazówek, po to aby wiedzieć, w którym kierunku warto podążać. Choć wypełnione stetryczałymi działaczami organizacje sportowe pozostają skostniałe, organizacje biznesowe działają szybciej i sprawniej. Duże firmy takie, jak choćby VISA, Budweiser czy Procter and Gamble, wchodzą w sponsorowanie sportu kobiet i coraz częściej wymagają od organizatorów imprez sportowych równości w poziomie przyznawanych nagród. Biznes jest dzisiaj głównym źródłem zmian.

Jest też światełko w tunelu. Z badań przeprowadzonych w 2017 roku wynika, że na 68 dyscyplin sportowych, kobiety i mężczyźni dostają takie same nagrody w 83% z nich. Jeszcze niemal pół wieku temu w żadnym sporcie nie było takiej sytuacji. Szybciej do zrównania dochodzi w grach indywidualnych (tenis, badminton, biathlon, wspinaczka sportowa) niż zespołowych. Należy jednak podkreślić, że na zarobki sportowców składa się wiele części, których te dane nie uwzględniają.

Nie łudźmy się jednak: różnice są i będą. Pojawiają się one nie tylko pomiędzy płciami, ale też wewnątrz grup, o czym pisałem w tekście „Zwycięzca bierze wszystko”. Jednak to, co widzimy, to szokująca przepaść, do której wrzucamy kamyczki by ją wypełnić. Nie wiem jak Was, ale mnie poraża myśl, że w tej samej dyscyplinie sportowej mężczyzna rokrocznie zarabia miliony podczas gdy kobieta nie zarabia nawet pensji minimalnej. A tak jest choćby w koszykówce. Najlepiej zarabiająca koszykarka w WNBA zarabia jedną piątą tego, co dostaje najmniej zarabiający koszykarz NBA. Jeżeli nie przemawiają do Was przykłady ze świata sportu to wyobraźcie sobie, że jesteście najlepiej zarabiającym pracownikiem w firmie, i właśnie przyjęto nową osobę, która na samym wstępie dostaje pięć razy większe wynagrodzenie, choć pracuje tyle samo co Wy. A szef tłumaczy Wam to bardzo prosto: ta praca nie jest dla takich jak ty, tylko takich jak on. Na pewno czujecie się przekonani siłą argumentu, czyż nie?