Wrzucam na Allegro; „wyciskarka do czosnku”.

Chwilę później mam przed sobą 3377 ofert.

Ze swego wnętrza słyszę wycie: Nieeeee.

Chciałem tylko coś, do czego mogę włożyć ząbek czosnku i go ścisnąć. A teraz muszę sobie odpowiedzieć na nieskończoną liczbę pytań. Ze stali nierdzewnej czy tworzywa sztucznego wolnego od bisfenolu A? Drewniana czy plastikowa? Zgniatacz praska, wyciskacz (wygląda jak korkociąg), tarka? Z wkładem stałym, wymiennym, czy z trzema różnymi wkładami? Jaki powinien być rozmiar komory praski? Czy rękojeść jest profilowana? Różowa, czarna, stalowa, złota, srebrna, brązowa? Czy warto kupować w zestawie z obieraczką? A czy można ją myć w zmywarce? No i w końcu: czy jest ładna? Nie za bardzo wiem, czy to atut ale jedna z nich „perfekcyjnie wkomponuje się w aranżacje utrzymane w stylu kolonialnym i glamour”. A jeszcze niektóre zostały zaprojektowane przez światowej sławy architektów. (Rany, aż trudno uwierzyć, że światowej sławy designerzy projektują wyciskarki do czosnku.)

Bezmiar kryteriów i obfitość informacji. A do tego oceny użytkowników, średnia 4.6 na skali do 5 i najbardziej pomocna opinia: „Nie rozgniata czosnku. Dobrze gniecie awokado.”

To tylko wyciskarka, ale żeby dokonać najlepszego z możliwych wyborów przygotujcie się na ciężką przeprawę, odpalcie Excela, wybierzcie kryteria oceny, ustalcie wagi, wprowadźcie dane. Zabierze Wam to cały wieczór, w końcu sprawdzenie 3377 opcji trochę trwa, ale … wybierzecie to co najlepsze. Najlepszą z wszystkich wyciskarek.

Epicko.

A, i nie przejmujcie się, jeżeli już po wszystkim nie będziecie super zadowoleni. Najlepszy obiektywnie wybór ma swoje koszty. Jeżeli takie podejście Wam nie odpowiada, jest jeszcze inna droga. Zastanówcie się co jest dla Was ważne; cena, wygląd i materiał z którego jest wykonana, a potem spójrzcie na pierwszą stronę wyszukiwania i kiedy znajdziecie, to co spełnia Wasze oczekiwania po prostu kliknijcie: „zamów”.

Maksymaliści vs. satysfakcjoniści

Opisane przeze mnie dwa podejścia to dwie różne strategie podejmowania decyzji. Pierwsza z nich charakteryzuje maksymalistów, druga satysfakcjonistów. Maksymalista to ktoś, kto starannie rozważa swoje wybory. Szuka informacji i je analizuje. Chcąc być pewnym, że to co wybiera jest najlepsze, musi wszystko sprawdzić. W tym podejściu nie ma miejsca na wątpliwości w rodzaju: „a co jeżeli na 38 stronie wyników wyszukiwania było coś lepszego niż to co wybrałem, a ja przejrzałem jedynie 37 stron”? Może ten sam produkt był tam tańszy, albo w tej samej cenie tyle, że z darmową obieraczką do owoców?

Alternatywnym wobec maksymalizowania podejściem do podejmowania decyzji jest oparcie się na opisanej przez Herberta Simona zasadzie satysfakcji: „wybieram to, co jest wystarczająco dobre”. Wiem czego chcę, i kiedy to znajdę po prostu po to sięgam, nie myśląc o tym, że gdzieś tam, na skraju wielkiej wody, jest coś co jest jeszcze lepsze. To wcale nie oznacza, że zadowala mnie byle co. To nie tak. Mam swoje kryteria i, bywa że wysokie, wymagania, poniżej których nie schodzę. Po prostu nie szukam najlepszego, ale tego, co spełnia moje oczekiwania.

Zazwyczaj jestem satysfakcjonistą, więc wybory kogoś kto dąży do maksymalizacji często są lepsze od moich. Szukając informacji, porównując opcje, działając logicznie i systematycznie, rozważając potencjalne rezultaty i konsekwencje wybiera korzystniej. To właśnie tacy ludzie są opisywani w podręcznikach. Ale czy to na pewno najlepsza strategia dokonywania wyboru?

Przyjrzyjmy się.

Pierwszy problem to samo podjęcie decyzji. Chcąc zrobić wszystko najlepiej jak się da, maksymalista nierzadko nie jest w stanie na coś się zdecydować. Obserwujemy to na co dzień. Ludzie, którzy nie wyruszą, jeżeli nie będą absolutnie pewni, czy wybrali dobry kierunek? Pierwszy krok ma być krótki czy długi? Lewą czy prawą nogą? W butach czy boso? A jak w butach to w jakich? Strategia maksymalizacji nierzadko wprowadza na manowce niedziałania w obawie przed niedoskonałością. Zdominowani obawami i odrzucając kompromisy maksymaliści nierzadko kręcą się w miejscu, podczas gdy inni działają.

Drugi problem strategii maksymalizacji ma swoje źródło w świecie zewnętrznym. Dzisiaj bycie maksymalistą może być przytłaczającym doświadczeniem, ponieważ zwiększa się nie tylko liczba obszarów, w których dokonujemy wyborów, ale też liczba możliwych opcji, spośród których wybieramy. Współcześni ludzie coraz częściej dokonują wyborów tam, gdzie kiedyś nie było przestrzeni do zastanawiania się. Wybieramy: kim chcemy być, w co wierzyć, kogo naśladować i jak chcemy wyglądać. Wyobrażacie sobie piętnastowiecznego chłopa jak siada na grudzie zaoranej ziemi i zastanawia się nad tym, czy czesać się z przedziałkiem? A do tego jeszcze dochodzą nam decyzje: gdzie pojechać na wakacje, jak się leczyć, czego się uczyć, czym jeździć, gdzie mieszkać, kogo obserwować na FB,  w jakim swetrze chodzić, i czy kupić wyciskarkę do czosnku w stylu glamour. Im częściej podejmując decyzję stosujemy strategię maksymalizacji tym trudniej będzie nam funkcjonować na co dzień.

Trzeci problem ma charakter czysto ekonomiczny: podejmowanie decyzji to proces, który kosztuje, zabiera nam to co dzisiaj mamy najcenniejsze: czas, energię, uwagę. Sprawdzanie większej liczby opcji to dodatkowe minuty, godziny, które moglibyśmy przeznaczyć na coś innego.

Czwarty problem jest dobrze opisany badaniami. Choć maksymaliści zazwyczaj podejmują obiektywnie lepsze decyzje niż satysfakcjoniści, częściej po ich podjęciu odczuwają żal i brak satysfakcji. Pojawia się tzw. myślenie kontrfaktyczne. Ten techniczny termin oznacza tylko tyle, że oceniając to co doświadczamy i to, jaką decyzję podjęliśmy, zaczynamy myśleć: co by było gdyby? Co by było gdybym zamiast pojechać w góry, był teraz nad morzem? Czy gdybym zamiast samochodu X kupił wtedy samochód Y to on by dzisiaj lepiej działał? Myślenie kontrfaktyczne jest charakterystyczne dla maksymalistów. To oni są w pełni świadomi tego, z czego musieli zrezygnować – w końcu przeskanowali inne opcje, i wiedzą co było w nich dobrego. Cała seria badań pozwoliła uznać, że choć wybierają dobrze, maksymaliści częściej niż satysfakcjoniści czują się przygnębieni, obwiniają się za niepowodzenia, mają skłonność do odczuwania żalu. I w końcu najważniejsze: rzadziej są szczęśliwi.

W porządku, a zatem próbujesz nas przekonać, że maksymalizowanie to nie jest najlepsze podejście do podejmowania decyzji bo to, co odczuwamy na końcu, bywa mało radosne? Ale przecież w ostatecznym rozrachunku obiektywnie najlepsza decyzja jest lepsza od tej, która daje nam rozwiązanie wystarczająco dobre? No cóż, sam oceń: czy lepiej z niezadowoloną miną jeździć samochodem, który udało się okazyjnie kupić z zestawem opon zimowych, czy z zadowoloną miną prowadzić ten sam samochód kupiony po nieco wyższej cenie i bez kompletu zimówek.

Nobel którego niektórzy nie chcą zauważyć

Intrygującym faktem jest to, że choć Herbert Simon otrzymał ekonomicznego Nobla wskazując, że w prawdziwym życiu dążenie do maksymalizacji jest niemożliwe, jego idee rzadko pojawiają się w podręcznikach ekonomii. Próbuje nas się przekonać, że szukanie najlepszego to właściwy kierunek. Simon sugerował, że tak naprawdę wybieranie tego, co wystarczająco dobre jest strategią maksymalistyczną. Będąc satysfakcjonistami nie tracimy czasu i energii na przydługawe  poszukiwania, co przekłada się na minimalizowanie całkowitego kosztu podejmowania decyzji.

Żeby nie było, że strategia satysfakcji jest idealna, odrobina dziegciu. Badacze w firmach zauważyli, że w praktyce podejmowania decyzji, szukanie wystarczająco dobrego rozwiązania zwykle sprowadza się do sprawdzenia, czy to co było robione wcześniej może być wykorzystane dzisiaj. Tym samym, przyjęcie takiego podejścia może zakorzenić nas w konserwie i zniechęcić do poszukiwania nowości. Mój dziadek tak robił, mój ojciec tak robił, więc i ja tak robił będę. Nie szukam lepszych rozwiązań bo i po co, jest ok.

Już prawie koniec. Jeszcze tylko odrobina autoreklamy. Moja żona jest typową maksymalistką, szuka, sprawdza, analizuje. A skoro mnie wybrała. No cóż, sami sobie odpowiedzcie co to o mnie mówi.