Zacieniony pokój.

Kawa. Komputer.

Na ekranie świetny, choć napisany ponad pół wieku temu, tekst o życiu współczesnego człowieka.

Za oknem orzeźwiający chłód poranka w ciepłym kraju.

Idylla.

W ten ład niczym ze zdjęcia na Instagramie wdarł się dźwięk. Melodyjne gwizdanie gdzieś za oknem. Układające się w zgrabną całość dźwięki poprzedzały odgłos zamiatania. Ktoś sprzątał ulice gwiżdżąc. Przerwałem czytanie. Ta prosta melodia kradła uwagę. Zachwycała. Każda nutka wyrażała radość, zrelaksowanie, spokój. Zaskoczył mnie kontekst. Zadowolona beztroska sprzątacza. Radość w trakcie przywracania ładu zaśmieconej ulicy.

I wtedy je poczułem.

Zawstydzenie i niepokój. Przyszły niezaproszone.

Przyznacie, że trudno znaleźć coś romantycznego w zbieraniu śmieci.

W głowę wwierciło się pytanie:

Kiedy ostatni raz poczułem taką błogą, spokojną, nie nakręcaną sztucznie, nie uzależnioną od okoliczności radość z życia?

Kilka chwil potem gwizdanie zniknęło.

Zostałem tylko ja i niepokój. Jegomość się rozgościł i wypełnił przestrzeń.

Od wieków ludzie uważali, że emocje, które odczuwamy są naturalną, mechaniczną reakcją na to, co dociera do naszego mózgu z zewnątrz. Doznanie. Pstryk. Odpowiedni obwód w mózgu został uruchomiony. I oto mamy emocję, która wywołuje odpowiednie reakcje w naszym ciele. Tak na wszelki wypadek gdyby nam się zachciało z kimś bić albo kogoś przytulić. Emocje pozostawały niekontrolowalne i stanowiły niezanieczyszczony wyciąg z reakcji na pochodzące z zewnątrz bodźce.

Tak drzewiej bywało.

Współczesne badania modyfikują ten obraz. Przestaliśmy myśleć o emocjach jako niezmiennych i automatycznych reakcjach naszego mózgu. Okazuje się, że mamy na nie większy wpływ niż dotychczas sądzono.

Zacznijmy od przykładu. Wyobraź sobie horrorową scenerię. Jesteś sam w domu, na zewnątrz mroczna cisza. I nagle słyszysz dźwięk, jeden z tych, który sprawia, że bohaterowie filmów wstają i idą sprawdzić co się dzieje, podczas gdy cała publika dławi się od tłumionego krzyku „nie idź tam”. I jeszcze raz.  Jakiś chrobot, szuranie, coś jakby Freddy.

Co się wtedy dzieje?

Dotychczas naukowcy sądzili, że najpierw przychodzi strach, a ponieważ się boimy wzrasta poziom adrenaliny, serce bije częściej, oddech przyspiesza, źrenice się rozszerzają, a krew szybciej jest tłoczona do mięśni. Jesteś gotowy by uciec lub walczyć. Innymi słowy cały mechanizm sprowadzał się do tego, że emocje wywołują reakcję fizjologiczną, która jest pożądana w danym momencie. Takie myślenie dominuje na co dzień bo jest bardzo zdroworozsądkowe: coś mnie uszczęśliwia, więc jestem radosny, a to przekłada się na moje ciało. Coś mnie drażni więc jestem zirytowany. Prawda nie jest tak prostolinijnie logiczna. W większości naszych doświadczeń to co odczuwamy na początku nie ma etykiety emocjonalnej typu: „strach”, „gniew”, „szczęście”. Najpierw pojawia się poruszenie. Nieposiadające konotacji seksualnej podniecenie. Nasze ciało reaguje ale procesy fizjologiczne i ich kombinacje nie mają definicji. Dopiero mózg nadaje im sens. Gdy wzrasta nam ciśnienie krwi, tętno szaleje i rośnie czujność na doznania zmysłowe,  a przy tym istnieje oczywisty powód np. szykujemy się do walki, mózg nie ma trudności by tym zmianom przypisać odpowiednie emocje  (np. złość). Zdarza się jednak, że źródło reakcji fizjologicznych nie jest jednoznaczne, a zmiany,  jakie zachodzą w naszym organizmie, towarzyszą różnym emocjom. Co wtedy? Skąd mózg wie, jak nazwać to co obserwuje?

Żeby się tego dowiedzieć warto się przejść po moście.

To jedno z moich ulubionych badań. Don Dutton i Arthur Aron wybrali do niego 137 metrowy, chwiejny, wiszący most nad rzeką Capilano. Na jego końcu badacze umieścili atrakcyjną kobietę, która przechodzących mostem mężczyzn najpierw prosiła o wykonanie prostego zadania; napisanie krótkiej historii na podstawie zdjęcia, a następnie podawała im karteczkę z numerem telefonu: „na wypadek, gdyby mieli jakieś pytania”. Naukowcy chcieli wiedzieć, ilu mężczyzn skorzysta z okazji, by zadzwonić i w ten sposób przedłużyć kontakt z piękną białogłową. Okazało się, że połowa. Ten sam scenariusz, z tym jedynie wyjątkiem, że uczestnicy badania przechodzili po szerokim, budzącym zaufanie i rażącym solidnością moście, zastosowano wobec drugiej grupy mężczyzn. W tych warunkach telefon do asystentki naukowców wykonało dwóch spośród szesnastu badanych mężczyzn. Chwiejność mostu i doskonały widok na przepaść pod stopami nastrajała mężczyzn bardziej romantycznie? Niekoniecznie. Powodem było błędne przypisanie przyczyny zmianom fizjologicznym zachodzącym w organizmie. Rozmawiając z kobietą uczestnicy badania mieli podwyższone ciśnienie krwi i nieco szybsze bicie serca, którego źródłem, w jakiejśczęści, był strach wywołany przejściem przez most a niekoniecznie powabność rozmówczyni. Mózg błędnie przypisał te objawy podnieceniu, jakie zwykliśmy odczuwać, gdy w pobliżu znajdzie się ktoś atrakcyjny fizycznie. Pozbawieni tych samych bodźców mężczyźni w drugiej grupie nie byli aż tak bardzo skłonni by zadzwonić. Badanie Duttona i Arona w elegancki sposób pokazało, na czym polega błędne przypisywanie przyczyny temu co odczuwamy. Zdarza się to częściej niż nam się wydaje.

Tak na marginesie, przyszło mi właśnie do głowy, że znalazłem sposób dla tych którzy bezskutecznie poszukują partnera. Wystarczy się uczesać i stanąć na końcu chwiejnego mostu.

Wracając jednak do meritum.

Nierzadko okazujemy się beznadziejni w łączeniu naszych odczuć z ich przyczynami. W tym kontekście śmieszne wydają się być oparte na algorytmach urządzenia do wykrywania emocji. Analizując ruchy mięśni próbuje się określić co ludzie czują. To nie działa. Przykładowo udowodniono, że wpadając w gniew mieszkańcy dużych miast tylko trzy razy na dziesięć dają temu wyraz na swoich twarzach. W pozostałych siedmiu przypadkach czując gniew nie robią tego otwarcie, ukrywają swoje emocje albo prezentują coś innego. Ludzie uśmiechają się tylko w 12% przypadków, gdy czują się zadowoleni, a w 28% krzywią się, gdy jest im źle. Pamiętajmy też, że ludzie krzywią się z wielu powodów, mogą być rozgniewani lub mieć wzdęcia. To co się odbija na twarzy nie jest uniwersalnym sposobem wyrażania emocji.

Emocje to często efekt przypuszczeń naszego mózgu, które w dużej mierze zależą od wcześniejszych doświadczeń. Ponieważ pan M. robi to tak szybko, wydaje się nam, że emocje są całkowicie poza naszą kontrolą.  Napięcie mięśni, mimika, postawa ciała etc. wszystko to może wpływać na to, jakie emocje odczuwamy. W jednym z badań szwedzcy naukowcy poprosili studentów by przez kilka minut trzymali w zębach ołówek. W efekcie napięte były dokładnie te same mięśnie twarzy, które uruchamiają się podczas uśmiechu. Okazało się, że poprzeczne umieszczenie ołówka gdzieś między dolną i górną szczęką polepszyło samopoczucie uczestników badania. Czyżby odkryto nową metodę na podwyższenie zadowolenia studentów na wykładzie? Mózg interpretuje doznania na podstawie tego co zapamiętał. A ponieważ, jak sądzę, większość ludzi nie ma potrzeby umieszczania drewnianych przedmiotów w zębach, to analizując sposób napięcia mięśni mózg przypisał to uśmiechowi i nazwał radością. Ołówek w zębach to doświadczenie mu nieznane. Wraz z kolejnymi powtórzeniami nauczy się go ale za pierwszym razem można być zaskoczony. Innymi słowy: mózg interpretuje to co się dzieje zarówno w naszym ciele jak i poza nim w oparciu o wspomnienia.

Słowo wspomnienia jest kluczowe bo pozwala uznać, że człowiek może wpływać na odczuwane emocje. Tak samo jak mięśnie lepiej zapamiętują określone ruchy i po odpowiednim treningu mogą je łatwiej wykonywać, tak też my możemy powtarzać a przez to utrwalać nasze emocje i sprawić, że mózg będzie po nie automatycznie sięgał. Psychologowie uważają, że to całkiem proste; łatwiejsze niż trzymanie diety czy regularny jogging. Wystarczy uważność, docenianie, dostrzeganie dobrych rzeczy w tym co niekoniecznie dobre, poszukiwanie inspiracji.

Wystarczy nauczyć się skupić uwagę na spokojnym gwizdaniu przy sprzątaniu podwórka.