Szybkie czytanie; niespełniona obietnica

Im szybciej czytasz tym mniej szczegółów pamiętasz. Badania testujące techniki szybkiego czytania wskazują, że speed-reading się nie sprawdza.

Szybkie czytanie; niespełniona obietnica
Image by wal_172619 from Pixabay

Szacuje się, że każdego roku publikowanych jest około czterech milionów nowych książek, w tym jakiś milion to książki wydawane przez tradycyjnych wydawców, a pozostałe to tytuły, które ich autorzy wydają samodzielnie.

Tak dużo do przeczytania a tak mało czasu.

Nie jest zaskakujące, że w świecie obsesyjnie szukającym sposobów na zwiększanie produktywności znalazło się rozwiązanie.  Pomysł na szybkie czytanie, to obietnica, że zamiast w ciągu minuty czytać 238 słów po cichu albo 183 na głos, będziemy mogli, w tym samym czasie,  ze zrozumieniem przetwarzać od 1000 do 1200 słów.  Brzmi pięknie. Jest cudowne. I tak samo nieprawdziwe. Okazuje się, że to może być zwykła bujda.

Założenie, na którym opiera się speed-reading jest proste: w czytaniu nie chodzi o to by przyswoić i zapamiętać szczegóły, ale o to by w jak najkrótszym czasie zapoznać się, z jak największą ilością informacji. Rekordzista świata Howard Berg czyta 25 tysięcy słów na minutę. Poczekajcie, niech policzę, to daje jakieś  80 stron w ciągu 60 sekund. Więcej niż strona na sekundę! Ja nie byłbym w stanie tak szybko przewracać kartki.

Wyobrażam sobie, że to bardzo praktyczna umiejętność. Zamiast kupować nowe książki, czytasz je w trakcie oglądania w księgarni. Harry Potter, 400 stron, pięć minut i skończone.

To nie dla mnie – lubię kupować książki, lubię je czuć, lubię ich zapach, gdy są nowe – ale ktoś mógłby się skusić.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że większość ludzi nie jest w stanie czytać szybciej niż 400 słów na minutę Berg i jemu podobni to ewenementy. Wielu chciałoby zwiększyć swoją szybkość czytania. Czy to jednak możliwe? Zwolennicy technik radykalnie zwiększających szybkość czytania twierdzą, że tak właśnie jest. Każdy z nas – głoszą – może nauczyć się czytać nawet trzy, cztery razy szybciej niż dzisiaj, nie tracąc przy tym nic z rozumienia treści.

Ma to się odbywać na dwa sposoby. Po pierwsze poprzez przyswajanie większej ilości informacji przy pojedynczym spojrzeniu na tekst. Po drugie, poprzez tłumienie, pojawiającej się często w naszym umyśle podczas cichego czytania, mowy wewnętrznej.

Kluczowym argumentem zwolenników technik szybkiego czytania jest ten odnoszący się do ilości informacji, które jesteśmy w stanie przyswajać i analizować. Kiedy czytamy, oko bardzo krótko skupia się na jakimś fragmencie tekstu by za chwilę być na innym. To przejście naukowcy nazywają ruchem sakadowym, lub po porostu sakadą, i zwykle trwa ono około 30 milisekund. Oczy są tak zbudowane by precyzyjnie widzieć to co jest w środku naszego pola widzenia a resztę dostrzegać jako rozmyty obraz. Techniki szybkiego czytania częściowo sprowadzają się do tego, by wykorzystać właśnie to peryferyjne widzenie. Pojawia się w tym miejscu twierdzenie o tym, że nasz mózg jest owszem leniwy, ale może zostać zmuszony do większego wysiłku. Dzięki treningowi zamiast mniej przyswoi więcej informacji. Poradniki szybkiego czytania sugerują też, że można poprzez wykorzystanie tzw. wzroku obwodowego, zwiększyć liczbę słów, którą widzimy przy jednym rzucie oka na tekst.

Brzmi dobrze. Może aż za dobrze i choćby dlatego warto te twierdzenia poddać weryfikacji. A ta okazuje się być dla technik szybkiego czytania dość okrutna. Po pierwsze to nie „lenistwo” mózgu ale zdolność rozpoznawania słów i rozumienia tekstu ogranicza nasze możliwości do przyswajania sobie treści. Ponadto, przetwarzanie słów w innej niż wynikająca z sekwencji zdania kolejność albo pomijanie części słów (do czego z kolei sprowadzają się niektóre techniki) pogarsza zdolność ich rozumienia i przetwarzania. W końcu cofanie wzroku do przeczytanych fragmentów nie stanowi, jak to twierdzą zwolennicy speed-reading, przeszkody w szybkim czytaniu.


Kolejnym twierdzeniem, które leży u podstaw kursów szybkiego czytania, jest to, że dzięki ćwiczeniom można zwiększyć efektywność poprzez hamowanie wewnętrznego głosu. Spokojnie – nie chodzi tu o to, że ludzie czytający książki słyszą głosy. Wewnętrzny głos to jest to co czasami  słyszymy w naszych głowach podczas czytania. W myślach powtarzamy przeczytane słowa. Inni tego nie słyszą, ale my tak. Zwolennicy szybkiego czytania twierdzą, że ta wewnętrzna mowa to nawyk, który wynika z tego, że uczymy się czytać na głos, zanim zaczniemy czytać po cichu, i że wewnętrzna mowa spowalnia prędkość czytania. Wiele książek o speed-reading zaleca wyeliminowanie wewnętrznej mowy jako sposobu na przyspieszenie przyswajania treści. Zwolennicy szybkiego czytania zazwyczaj nie precyzują dokładnie, co mają na myśli, ale idea wydaje się być taka, że powinniśmy być w stanie czytać w trybie czysto wizualnym, i że procesy mowy nas spowalniają.

Wyniki badań poddają w wątpliwość rady i ustalenia autorów książek o szybkim czytaniu. Podobnie, jak mówienie do siebie, tak samo czytanie, któremu towarzyszy wewnętrzna mowa, sprzyjają poprawności identyfikacji słów i zwiększają ich zrozumienie. Próby jej wyeliminowania prowadziły do problemów ze zrozumieniem czytanego tekstu – szczególnie, gdy ten był trudny i wymagał od czytelnika wyciągania wniosków.

Szybkie czytanie, tak może pomóc: ale tylko do przeglądania treści. Wtedy, gdy dobrze znamy poruszane zagadnienia, albo gdy wyszukujemy jakichś określonych informacji. Jednakże twierdzenie, że pozwala szybko przyswajać i zapamiętywać coś co jest dla nas nowe i wieloznaczne jest zwykłą ściemą.

Już pomijam, że nie da się w ten sposób przeczytać Szekspira, Szymborskiej czy Frankla. Rozpoznaję  przynajmniej dwa powody, dla których szybkie czytanie mnie nie pociąga. Po pierwsze, to by było bardzo demotywujące wiedzieć, że ten tekst, który ma jakieś 900 słów, a którego pisanie zajmuje mi kilka godzin, wy czytacie w trzy sekundy. Po drugie; to ujęcie będzie wspólne dla wielu z nas, nie wyobrażam sobie jesiennych wieczorów, gdy kończę rewelacyjną książkę tak szybko, że herbata nawet nie zdąży wystygnąć, a koc nie zacznie grzać.

Na koniec jeszcze małe ogłoszenie: Już niebawem w księgarniach w całej Polsce pojawi się moja najnowsza książka zatytułowana: „Życzę Szczęścia”. Zdecydowanie nie jest ona przeznaczona do szybkiego czytania. Wolno-czytaczy zachęcam do lektury.