W czerwcu 1987 roku drużyna Los Angeles Lakers pokonuje Boston Celtics i zdobywa tytuł mistrza NBA. Wkrótce legendarni staną się gracze tego zespołu: Magic Johnson i Kareem Abdul-Jabbar. Legendarnym stanie się też ich trener Pat Riley. Nie mniej legendarne stanie się też zdanie, które wtedy wypowiedział. W samym środku świętowania tytułu reporter miejscowej gazety zapytał go: „Pat czy w przyszłym roku możecie to powtórzyć?”.

Riley odpowiedział bez zawahania „Gwarantuję to”.

Nie jakieś tam „zobaczymy”, „postaramy się” czy kurtuazyjne: „jest wielu dobrych kandydatów do mistrzostwa”.

Nie.

„Gwarantuję to”

Tymi dwoma słowami Riley złożył obietnicę i choć może się wydawać, i choć może się wydawać, że na tę wypowiedź wpływ miał stopień upojenia szampanem, to pamiętajmy, że zwykle trunek ten ma niewiele procent.

W kolejnym sezonie w finale Lakers spotykali się z Detroit Pistons. Wygrali po siedmiomeczowej batalii. Tym razem Riley już nie złożył deklaracji. Uniemożliwił mu to Abdul-Jaabar, który, dosłownie, zatkał mu usta. Później wyjaśnił, że nie mógł już znieść napięcia jakie wiązało się z obietnicami składanymi przez trenera.

Obietnica złożona przez Riley’go to typowy przykład samospełniającej się przepowiedni. Trener wywarł presję na zawodnikach i na siebie. Jak wspomina Magic Johnson: „ze wszystkich psychologicznych zagrywek Pata, ta była prawdopodobnie najlepsza”. Gracze wierzyli, że cel jakim jest drugie mistrzostwo w ciągu dwóch lat jest nie tylko osiągalny, ale bardzo prawdopodobny. I to pomimo tego, że podobna historia wydarzała się pierwszy raz od 25 lat. Aby tak się stało, konieczne było sprostanie wymaganiom ciężkiego treningu, ciągłe dążenie do doskonałości, dbałość o szczegóły.

Mechanizm samospełniającej się przepowiedni nie zawiera się w przewidywaniu tego co się stanie w przyszłości. Nie wystarczy pomyśleć: za rok też będziemy mistrzami. To nie jest parapsychologiczne hokus-pokus wyczytane na XIV wiecznych papirusach odnalezionych w grobowcu Tutenchamona i przechowywanych przez tajemniczy aztecki zakon. A jednak działa. Dzieje się tak, ponieważ nasze zachowania są wywoływane przez subiektywnie postrzeganą, a nie obiektywną, rzeczywistość.

Ale jak to?

To są jakieś dwie rzeczywistości?

Moja, i jakaś inna?

Tak.

Niewiele przesadzę, jeśli powiem, że liczba rzeczywistości równa się liczbie ludzi na świecie +1. To plus jeden, to rzeczywistość obiektywna, której nikt z nas nie jest w stanie w pełni odkryć.

Nie przekonuję Cię?

Spójrz na to zdjęcie. Co widzisz?

Odwrócona twarz śmiejącej się dziewczynki, prawda?

Spójrz jeszcze raz.

A teraz odwróć zdjęcie albo spójrz na koniec artykułu.

Nagle ze słodkiego aniołka zmienia się w potworną karykaturę.

Co się stało? Choć głowa dziewczynki rzeczywiście została odwrócona o 180 stopni, jej usta i oczy pozostały w niezmienionej pozycji. Więc jeżeli przed obróceniem dziewczynka się uśmiechała, po obróceniu na jej obliczu wykwitł paskudny grymas pani ze sklepu mięsnego w socjalistycznej Polsce.

Nasz mózg nie jest zaprogramowany na to, by radzić sobie z photoshopowymi wariacjami twarzy. Ewolucja sprawiła jednak, że uczymy się rozpoznawać pewne znaki i automatycznie przypisujemy im znaczenie. Usta i oczy dziewczynki pozostały w niezmienionej, tj. nieodwróconej pozycji. A ponieważ bardzo silnie wyrażają emocje, a umysł jest wyćwiczony w ich odkrywaniu, tym razem postrzegamy je w oderwaniu od reszty i wyciągamy wniosek: dziewczynka się śmieje.

To dlatego, że mózg ma dwa dobrze przećwiczone triki. Po pierwsze często odkrywa i interpretuje rzeczywistość opierając się na uproszczeniach i skrótach, o czym „zapomina” nas poinformować. Po drugie, przekonuje nas, że to co postrzegamy jest prawdziwe. W efekcie zdecydowana większość z nas uważa, że choć inni; naukowcy, dziennikarze, sąsiad spod czwórki, politycy i ich wyborcy itd. popełniają błędy w postrzeganiu rzeczywistości, nas to nie dotyczy. My jesteśmy żaglowcami niesionymi wiatrem po łagodnym morzu. Mamy realistyczną ocenę teraźniejszości i przyszłości. Nie jesteśmy naiwni, jak inni. Jeżeli wierzymy, że będzie dobrze to dlatego, że są ku temu przesłanki.

W tym sensie samospełniająca się przepowiednia jest wytworem naszego umysłu, który oddziałuje na nasze zachowania. Jej efekty widać w niemal każdym aspekcie naszego życia począwszy od rynków finansowych, uprzedzeń rasowych, zdrowia i dobrostanu aż po edukację i przedwczesną śmierć. Przy czym konieczne jest by podkreślać: samospełniająca się przepowiednia jest przyczyną działań a nie ich skutkiem.

W jednym z badań najpierw przekonano część uczestników, że są bardzo mądrzy, po czym poddano testowi wiedzy, w którym większość ich odpowiedzi była zła. Kiedy myślę, że jestem mądry, a popełniam błędy, w korze przedczołowej zapala się ostrzegawcza kontrolka. Zdarzenie niezgodne z oczekiwaniami stanowi dla nas informację, że coś jest nie tak, konieczna jest poprawa, zmiana, ulepszenie. Rodzi się potrzeba uczenia i poszukiwania innych rozwiązań. Tego rodzaju procesy nie są obserwowane w grupie badanych, którzy od samego początku byli przekonani o swojej ignorancji. Będąc uświadomionym co do swojej niewiedzy, traktuję błędy popełniane w teście, jako coś, czego należało się spodziewać. Kontrolka się nie zapala. Kora przedczołowa się relaksuje. A w mojej głowie nie buduje się potrzeba nauki. Akceptuję oczekiwane błędy.

Samospełniająca się przepowiednia pełni rolę kompasu i wsparcia logistycznego dla naszych dążeń. Kiedy jestem przekonany, że coś mogę osiągnąć tworzą się fundamenty: chęć, motywacja, plan. Cele mogą być różne; małe i krótkookresowe jak przygotowanie kolacji dla przyjaciół, czy wymagające wytrwałości i czasu jak ukończenie maratonu czy nauczenie się hiszpańskiego. Zawsze mózg monitoruje postępy i w razie, gdy nie są zadowalające, wprowadza korekty w zachowaniach.

Oczywiście, że nie zawsze osiągniemy to chcemy. Nie jest jednak rozwiązaniem obniżać oczekiwania i pocieszać tym, że unikamy rozczarowań. W końcu, jak uczy nas wcześniej opisywane badanie, w ten sposób postępowali głupcy.