W wypowiedzi cytowanej przez Forbesa, Bob Bowman, trener Michaela Phelpsa - jednego z najlepszych pływaków w historii tej dyscypliny, wskazał na znaczenie treningu mentalnego dla osiągania dobrych wyników: „W miesiącach poprzedzających start Michael jest w stanie zrelaksowania. Ćwiczy mentalnie w basenie przez dwie godzinny dziennie. Tworzy wizję siebie jak zwycięża. Czuje zapach powietrza i smak wody, słyszy dźwięki, widzi zegar. Patrzy na siebie pokonującego przeszkody.” Ten cytat jest dość często używany przez różnego rodzaju pop-guru, jako przykład mocy wizualizacji. Dorzuca się jeszcze coś o tym, że „mózg nie potrafi odróżnić czegoś co jest wyobrażone, od czegoś, co jest prawdziwe” oraz , że: „jeśli potrafisz stworzyć silny obraz mentalny i wyobrazić sobie, jak coś robisz, twój mózg natychmiast znajdzie sposób, aby się tam dostać”. Piękny tekst na mowę motywacyjną lub okładkę książki, o tym jak zmienić swoje życie.

Pop-guru czyli jak to niby działa?

Widzę siebie w przyszłości: wyżyłowany, szczupły, umięśniony, kocie ruchy, gracja, powab, nieodparty urok osobisty. James Bond zazdrości. Wystarczy zamknąć oczy albo pójść do przymierzalni w sklepie odzieżowym i spojrzeć w wydłużające sylwetki lustro. Wyglądam lżej i dłużej. Imponuję nie tylko na zasadzie: „taki wygląd w tym wieku”. Właśnie zbliżyłem się do pożądanej wizji samego siebie. Zrobiłem to, co zalecają autorzy bestsellerów na temat siły pozytywnego myślenia: zwizualizowałem swój sukces. Od teraz moje życie stanie się lepsze i takie, jakiego pożądam. Łatwo poszło.

I co frajerzy pocący się na siłowni?

Kto jest zwycięzcą?

Wy, którzy ćwiczycie? Czy ja, który myślę?

Jak pisze jeden z autorów, którego książka ma właśnie kolejne wznowienie: „myślenie pozytywne prowadzi nieomylnie do celu.” To prosta zasada. Wielu po nią sięga. Wielu płaci, by ktoś wyjaśnił im, jak ją wykorzystywać dla osiągania swoich celów. Pop-guru zarabiają krocie wskazując, że tworzenie wizji lepszej przyszłości to dobry sposób na wzmacnianie motywacji i pewności siebie. Z chęcią przy tym powołują się na inspirujące opowieści z życia, jak wspomniana na początku historia Michaela Phelpsa. Zaglądają za kotarę ludzkich pragnień, by odkryć kształt dekoracji, zanim przedstawienie się naprawdę zacznie. Pop-guru wiedzą, co ludzie chcą usłyszeć i dokładnie to im mówią; zmień swoje życie nie wymagając nic od siebie.

Ci podli naukowcy.

Popularny jest przekaz: możesz żyć życiem, jakim chcesz, wystarczy, że najpierw je zobaczysz, potem uwierzysz i bum, za jakiś czas tak właśnie będzie. Co może być złego w wyobrażaniu sobie lepszej przyszłości? Tego mówcy motywacji raczej nam nie powiedzą, ale naukowcy już tak. Choćby Gebriele Oettingen z New York University, która wraz ze swoim zespołem zbadała osoby będące na diecie i udowodniła, że ci którzy przeznaczali swój czas na wyobrażanie sobie lepszego modelu siebie, wyszczuplonej i zdrowej powierzchowności cielesnej, tracili na wadze mniej i wolniej, niż osoby, które tego nie robiły. Podobne badanie przeprowadzono wśród młodych ludzi fantazjujących na temat swojej przyszłej pracy: studenci, którzy robili to częściej, rzadziej ją znajdowali, niż studenci unikający rozmyślań o przyszłym sukcesie.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego wizja tego co zrobimy, co osiągniemy i jacy wspaniali będziemy, nie tylko nie pomaga, ale może hamować postęp? Naukowcy podejrzewają, że powodem jest nasze samozadowolenie i dobry nastrój, których doświadczamy fantazjując. Kiedyś spotkałem mężczyznę, który mając nadwagę, wykreował przede mną wizję tego, jak to dla uczczenia narodzin dziecka za rok przebiegnie maraton. Innym razem znajomy wpadł w ekscytację myśląc o niezwykłym artykule, który wkrótce napisze, bo redaktor naczelny dał mu zielone światło. W obu tych przypadkach wizje przyszłego sukcesu pozostały na etapie rojeń i majaczeń; fantastyczne fabulacje, z których nic nie wyszło. Zarówno maraton, jak i artykuł na nagrodę Pulitzera zostały w głowach. Dały nieco radości i tematów do rozmów ale nic poza tym.

Kreowanie wizji świetlanej przyszłości rzeczywiście działa, tyle że krótko. Udowodniono, że fantazjowanie o lepszym życiu, które może wkrótce nadejść, przynosi niemal natychmiastowe zmniejszenie objawów depresji. Niestety, efekt ten jest krótkotrwały, a wraz z upływem czasu objawy depresji nie tylko nie ustępują, ale wręcz się nasilają.

Dość powszechna jest wiara w to, że karmiąc się samo-docenieniem, poprzez codzienne mówienie „jestem dobrym człowiekiem”, „jestem wart tego by mnie kochać i podziwiać” itd. możemy podwyższyć swoje mniemanie o samym sobie. Szuflowanie do głowy kolejnych skrawków afirmacji, gdy cierpimy z powodu niskiej samooceny, okazuje się być po prostu nieskuteczne. Mało tego, bywa, że wzmacnia naszą skłonność do samokrytyki (czemu nie jestem tak wspaniały, jak powinienem być). Badania pokazały, że zapewnianie siebie o własnej wartości osłabia naszą wątłą wiarę w wartość jaką dajemy światu.

Kiedy wrzucam do przeglądarki hasło „wizualizacja sukcesu” na kilku pierwszych stronach trudno jest znaleźć ślady krytycznej refleksji. Chcemy wierzyć, że to działa, więc nie potrzeba nam czegoś co może choćby sugerować, że jednak nie. Jak pisał Murphy: „Wystarczy, żebyś sobie wyobraził realizację swojej idei albo sprawy, a o resztę zadba zwykłe działanie umysłu”. Badania psychologów rzucają wyzwanie tym opowiastkom. Czy to jednak oznacza, że wizualizacja w ogóle się nie sprawdza?

Niekoniecznie. Wizualizując porażkę dopuszczam do siebie myśl, której obecność w mojej głowie niemal na pewno wpłynie na jakość wykonania tego co robię. Wiemy to z badań przeprowadzonych choćby nad sportowcami: tenisistami, do których świadomości przedarło się wyobrażenie błędu serwisowego czy golfistami, którzy oczami wyobraźni widzieli piłkę omijającą dołek. Aby umieć nad tym panować stosuje się trening mentalny: wizualizacja jest dziś ważnym elementem przygotowania zawodowych sportowców. Pozwól, że podkreślę: elementem.

Inne dowody na skuteczność wizualizacji pochodzą choćby z akademii. Na Uniwersytecie UCLA przeprowadzono badanie, w którym studentów poproszono o przeprowadzenie wizualizacji. W pierwszej grupie w ciągu kilku tygodni przed egzaminem, studenci kilkanaście razy tworzyli sobie w głowie wizję tego, jak podchodzą do biurka wykładowcy by zobaczyć wyniki z egzaminu i na swoim teście dostrzegają najwyższą możliwą ocenę. W tym samym okresie druga grupa studentów również wizualizowała ale nie sam moment chwały tylko siebie w trakcie nauki do egzaminu. Proszono ich by wyobrażali sobie, jak wracają do swojego pokoju w akademiku, zamykają drzwi i odcinają się od wszystkiego, co mogłoby im przeszkadzać w nauce. Kto był zwycięzcą tego pojedynku na wizje? Nie trudno zgadnąć. Wygrali ci, którzy wizualizowali proces studiowania.

Większość badaczy zgadza się ze stwierdzeniem, że nasz umysł jest skłonny do podążania za wizjami. W tym zakresie jest zgoda pomiędzy naukowcami a mentalnymi pop-guru. Wyobrażając sobie, jak się uczę by zdać egzamin zwiększam szanse na to, że rzeczywiście poświęcam czas na studiowanie. Wyobrażając sobie tylko moment chwały: samo osiągnięcie celu, raczej do niego nie dojdę.

Na koniec coś konstruktywnego, żebyście nie odnieśli wrażenia, że naukowcy zajmują się wyłącznie obalaniem mitów. Mały, ale potwierdzony badaniami trik, których sprawi, że wizualizacja zadziała. Cała tajemnica zawiera się w tzw. mentalnym kontrastowaniu i dotyczy wizualizowania momentu wyboru pomiędzy tym, co zbliża a tym co oddala nas od naszego celu. Załóżmy, że chcemy prowadzić zdrowszy tryb życia; jeść więcej owoców i warzyw, unikać nasyconych tłuszczy i kotletów przed snem. W tym przypadku nie jest dobrym pomysłem wizualizować sobie, że od jutra staję się fanem brokułów przygotowywanych na parze bez dodatku soli. Pomimo użycia magicznego słowa „jutro” ta wizja ma małe szanse przekuć się na coś rzeczywistego.  Co w takim razie należy zrobić? Zamiast wyobrażać sobie, że zmieniam moje podejście do jedzenia, tworzę obraz sytuacji, w której muszę podjąć właściwą decyzję. Wyobrażam sobie, że staję przed wyborem pomiędzy tym co zgodne z moim celem, a tym co sprawia, że zbaczam z obranego kursu. W myślach widzę siebie, jak wybieram wodę zamiast piwa, sałatkę zamiast frytek, gotowane warzywa w miejsce cudownie przetłuszczonego burgera. Ćwiczę w myślach moment odrzucania tego co niepożądane, zanim on rzeczywiście nastąpi. W ten sposób, z wyprzedzeniem decydując o tym co dobre, przygotowuje swój umysł na chwilę próby.

Badania naukowe pokazują nam, co działa, a co całkowicie zawodzi. Zwykle nie idzie to w parze z magicznymi regułami zmieniania swojego życia na lepsze. Prosta wizualizacja sukcesu, której nie towarzyszy wysiłek, to tylko fantazja, w którą wielu z nas chce wierzyć. Szukamy łatwych rozwiązań. A tam gdzie jest popyt, jest też podaż. Sprzedawanie złudzeń jest niezwykle opłacalne. Tworzy się błędne koło: mówienie prawdy odbierane jest, jak wyrzucenie scen seksu z filmu porno albo przekleństw z Pulp Fiction. Pop-guru tego nie robią. Mało który z nich przytaczając wspomniany przeze mnie na początku przykład Michaela Phelpsa nawiązuje do tego co jeszcze powiedział jego trener. A Bowman mówił tak:

„Michael Phelps trenował 365 dni w roku przez 6 lat. Trenował ciężej niż ktokolwiek.”

Dopiero te słowa dają pełen obraz: nikt, choćby nawet obdarzony wielkim talentem i stosujący najbardziej zmyślne techniki wizualizacji swojego sukcesu nie może osiągnąć doskonałości nie poświęcając na to czasu i wysiłku.