„Pierdzący tęczą jednorożec.” Etyka konsekwencjonalizmu

Czy zgadasz się aby część ludzkości była niewolnikami po to by zdecydowana większość żyła w dobrobycie? A czy wolno stosować tortury aby zapobiec zamachowi na prezydenta? A okradać bogatych by ratować biednych? Uzyskiwanie dobrych efektów nie zawsze idzie w parze z robieniem właściwych rzeczy.

„Pierdzący tęczą jednorożec.” Etyka konsekwencjonalizmu

Oceniamy decyzje i zachowania. To jasne. Czasami są dobre („cieszę się, że wtedy odważyłem się zaprosić ją na kawę”), kiedy indziej złe („po co mi to było, mogłem zostać kawalerem”). Często narzekamy na naszą głupotę, gdy to co wybraliśmy doprowadziło do złych skutków, i napychamy się pychą, gdy przełożyło się na sukces i powodzenie.

Oceniamy; siebie i innych. Szczególnie innych; „za dużo botoksu”, „co on w niej widział?”, „nic mu nie mówiłem ale przecież było wiadome, że to się tak skończy”. Nierzadko stosujemy przy tym prostą zasadę: decyzja lub zachowanie są dobre, jeżeli prowadzą do korzystnych konsekwencji, a złe jeżeli ich skutki są niepożądane. Czy jednak jest to właściwe podejście?

Cofnijmy się w czasie. W XVII wieku niewielki angielski statek wyruszył z wyspy Saint Kitts, ale z powodu sztormu siedmioosobowa załoga musiała go opuścić. Ocaleni dryfowali w morzu przez 17 dni. By przetrwać musieli jeść, a nie mając żadnych zapasów, ciągnęli losy. Przegrany stał się posiłkiem dla pozostałych. Traf chciał, że był to człowiek, który sam zaproponował losowanie. Dzięki jego poświęceniu sześciu rozbitków przeżyło. Po uratowaniu trafili przed sąd oskarżeni o zabójstwo, ale uznano ich za niewinnych, a ich czyn za „nieuniknioną konieczność”.

W literaturze znacznie częściej opisywany jest jednak inny, choć podobny, przypadek. W XIX wiecznym procesie, konieczność nie wystarczyła do uniewinnienia. Pomimo sympatyzującej z oskarżonymi opinii publicznej sędzia skazał Dudleya i Stephensa, za to, że dla ratowania własnego życia, zamordowali chłopca pokładowego Richarda Parkera. Po opuszczeniu tonącego jachtu czterej marynarze przez niemal trzy tygodnie błądzili po morzu, mając do dyspozycji dwie puszki rzepy i żółwia, którego udało im się złowić. W końcu Parker, najmłodszy i najsłabszy z nich zachorował (pił wodę morską) i zapadł w śpiączkę. Wtedy Dudley scyzorykiem uśmiercił chłopca, co uratowało życie trzem marynarzom.

A Ty jak byś ocenił te dwie sytuacje?

Twoim zdaniem, w którym przypadku sąd miał rację?

Czy nieunikniona konieczność wystarcza do tego by odebrać komuś życie?

Te dwa przykłady pokazują nam, jak trudno ocenić decyzję na podstawie jej skutków, ale też ujawniają coś więcej, coś na zwrócił uwagę Immanuel Kant; istnieją prawa i zasady, których łamać nie wolno, nawet jeżeli niesie to za sobą negatywne konsekwencje. Niewłaściwym jest niedotrzymywanie obietnicy, kradzież, oszustwo, zdrada czy zabójstwo, i to bez względu na skutki. Aby to sobie dobrze uświadomić, odwołajmy się do wariacji na temat chyba najczęściej dyskutowanego w literaturze dylematu filozoficznego: problemu wagonika. Pamiętacie? Rozpędzony wagon pędzi po szynach, a my możemy przesunąć przekładnię, tak by pojechał w prawo – zabijając pięciu pracowników kolejowych, lub w lewo, zabijając jednego. Kierując się chęcią ratowania większej liczby nieznanych nam ludzi wybieramy śmierć tego ostatniego.

Spójrzmy jednak na ten dylemat nieco inaczej.

Wyobraźmy sobie, że lekarka dysponuje lekami, które mogą uratować życie Bartka. Bartek jest bardzo chory i potrzebuje pięciu dawek rzadkiego leku. W tym samym szpitalu, pod opieką lekarki jest jeszcze 5 innych osób, znacznie mniej chorych niż Bartek, a każdaz nich do wyzdrowienia potrzebuje tylko jednej dawki leku, bez niej umrą.

Co byście uczynili będąc na miejscu lekarki?

Uratujecie ciężko chorego Bartka, czy pięć innych osób?

Niech zgadnę: ratujecie pięcioro?

Mam rację?

Jeżeli tak, to właśnie posłużyliście się konsekwencjonalizmem. To przydługawe słowo to nazwa zasady etycznej, według której oceniamy decyzje i czyny, na podstawie skutków, do których one doprowadzają. Stąd już prosty krok do stwierdzenia: im więcej pozytywnych skutków tego co robimy, tym lepsze decyzje, które podejmujemy. Pozbawiając Bartka leku, ratujemy innych ludzi. Arytmetyka jest na poziomie postaw programowych klas I-III szkoły podstawowej: pięć żyć i jedna śmierć, to lepiej niż pięć śmierci i jedno życie. Lepiej uratować pięcioro osób niż tylko jedną.

To zmieńmy nieco warunki. W szpitalu, leży pięć osób oczekujących na organy, które mogą uratować im życie. Ktoś potrzebuje serca, ktoś inny wątroby,  ktoś nerki. Bartek przyszedł  do szpitala jako odwiedzający i zmęczony zasnął na ławeczce w poczekalni. Bartek jest młody, zdrowy, wysportowany i dba o właściwą dietę. Byłby idealnym dawcą. Czy to daje lekarzowi prawo do pozbawienia go życia? Jeżeli oczywiste jest dla Was, że nie można zamordować człowieka, by ratować pięcioro innych, to znaczy, że oprócz skutków, są jeszcze inne kryteria oceny. Ten prosty przykład pokazuje, jak bardzo niewłaściwe może być ocenianie działania, lub decyzji, jedynie na podstawie konsekwencji, do których one prowadzą.

Podjąłem decyzję, możecie nazwać ją złośliwą, ale jeszcze Wam utrudnię.

Wyobraźcie sobie, że wsiadacie w wehikuł czasu i lądujecie w roku 1876 w Braunau nad Innem. Spotykacie tam szesnastoletnią Klarę, która za kilka lat stanie się żoną dużo starszego od niej Aloisa, a za kilkanaście, matką, ich wspólnego syna. Razem z mężem wybiorą dla niego imię Adolf, a w rubryce nazwisko wpiszą: Hitler. Poczujcie przez moment ten ciężar: jedna nastolatka, której śmierć może uratować życie milionów. Kierując się konsekwencjami natychmiast wiecie, jaka decyzja jest dobra; i co robicie? A może poczekacie aż urodzi się Adolf i pozbawicie go życia. Nie czekajcie.

Nie podpowiem Wam.

To nie ja podróżuję w czasie.

Dla ułatwienia decyzji załączam zdjęcie w tekście.

A tak przy okazji: czujecie odpowiedzialność, jaka na nas spoczywa?

Może właśnie dzisiaj otarliśmy się o kogoś, kogo geny, za pięć pokoleń, dadzą początek życia człowiekowi, który kompletnie zdemoluje nasz świat.

Poza rozważaniami etycznymi z ograniczeń konsekwencjonalizmu możemy też wyciągnąć bardzo praktyczne wnioski.

Wyobraźmy sobie, że realizujemy jakiś projekt, w ramach którego musimy zdecydować o tym, jaki powinien być następny krok. Dobrze zbadaliśmy całą sytuację i wiemy, że wybierając opcję A mamy 90 procent szans na powodzenie. Przy wyborze opcji B, nasze szanse na powodzenie wynoszą zaledwie 10 procent. Wybór, jakiego dokonamy, jest więc banalnie prosty: 9:1 wygrywa rozwiązanie A. No tak, ale traf chciał, że po tym jak podjęliśmy decyzję, zaistniały te rzadkie okoliczności, w których to opcja B prowadzi do sukcesu, a opcja A, choć znacznie bardziej prawdopodobna, okazała się zawieść. Czy to jednak oznacza, że nasza decyzja była błędna? Nie, oczywiście, że nie. Zrobiliśmy wszystko tak jak należało, wybraliśmy poprawnie, a jednak się nie udało. Nie zawsze dobra decyzja prowadzi do dobrych skutków. Stąd choćby wynika, że szef oceniający pracownika powinien raczej skupić się na tym, jak decyzja została podjęta a nie, do jakich doprowadziła konsekwencji.

Konsekwencje zachowań i decyzji są ważne dla ich oceny. Nierozważnym byłoby twierdzić inaczej. Gdy jednak pomyślicie o tych przykładach, które przytoczyłem, pewnie zgodzicie się ze mną, że chwalenie czy krytykowanie na podstawie efektów bywa błędne.

To co jest ważne? Tu znowu, cały na biało, pojawia się Immanuel Kant i sugeruje, aby oceniając wziąć pod uwagę nie tyle skutek, co intencję.

Co zrobisz kiedy niebojący się eksperymentować czterolatek specjalnie dla Ciebie przygotuje eklektyczną laurkę, na której widok boisz się zareagować, by nie ujawnić, że nie wiesz co zostało narysowane.

Sprawisz mu werbalny łomot („Beznadziejne pędraku, musisz dużo ćwiczyć”) czy może udasz zachwyt i dasz upust wzruszeniu?

Co z tego, że na rysunku jesteś przedstawiony z monstrualnie przerysowanym nosem i krótkimi nogami, a twoje oczy mają różowy poblask?

Co z tego, że walające się wszędzie szczątki kolorowych papierów próbują nieskutecznie odciągnąć twoją uwagę od usmarowanego klejem stołu?

Nie skutek, a intencje, są tu przecież kluczowe.

To dziecko chciało dobrze.

Chyba.

Przepraszam, poniosło mnie. Narzucam Ci moją interpretację.

Kiedyś usłyszałem jak matka mówiła: mój małolat na konkurs zaniósł obrazek jednorożca pierdzącego tęczą. To jedna z tych, tu wielki cudzysłów dla tych, którzy tego słuchają a nie czytają, „niedobrych matek”, które nie wspierają swoich latorośli w przygotowywaniu prac na konkursy plastyczne przedszkolaków. Skutek: dziecko nie wygrało głównej nagrody. Jego (wymawiane z przekąsem) dziwaczni rodzice uznali, że to konkurs dla czterolatków, a nie ich matek i ojców. Stosowanie zasad moralnych nierzadko wymaga od nas rozważenia konsekwencji, i choć w przypadku pierdzącego tęczą jednorożca nie mam żadnych wątpliwości, co należy zrobić, to w innych przypadkach nie ma oczywistych odpowiedzi.

Nie chcąc tak nagle kończyć zostawię Was z czymś, co może na trochę zaprzątnąć Wasze umysły. Większość ludzi zgadza się, że Adolf Hitler był złym człowiekiem a jednak, zapytani, czy mając możliwość zabicia go, zanim stał się dorosłym, czytelnicy New York Timesa wyraźnie byli podzieleni: 30% by go nie zabiło, prawie tyle samo nie było pewnych swojej decyzji, a 42% wykonałoby na nim wyrok. A Ty, do której grupy należysz?