Zastanawialiście się kiedyś, ile myśli przebiega przez naszą głowę każdego dnia? „To zależy” odpowiecie i pewnie będziecie mieli rację. Porzućcie jednak na chwilę uprzedzenia i niechęć do generalizacji; nie odnoście się też do pustych przestrzeni między uszami, dni wypełnionych pracą przy taśmie produkcyjnej i umysłów filozofów. Ile myśli dziennie może mieć przeciętny człowiek?

Sto, dwieście, pięćset, tysiąc?

A może więcej?

Swego czasu zaczęła krążyć w mediach liczba w przedziale 60-80 tysięcy. W wyszukiwarce internetowej najczęściej pojawia się 50 tysięcy. Rzekomo miało to zostać ujawnione w 2005 roku przez, a jakże, amerykańskich naukowców, pracujących dla NSF - National Science Foundation. Wydaje się jednak, że to tylko nieudolna próba uwiarygodnienia nieprawdziwej informacji. Po pierwsze NSF to instytucja finansująca, a nie przeprowadzająca badania. Po drugie, żaden z linków w artykułach powołujących się na to badanie nie zaprowadził mnie do opisu badania. Po trzecie, szukałem na stronie NSF i tam też nic nie było. No i w końcu po czwarte, gdyby liczba 50 tysięcy była prawdziwa oznaczałoby to, że (zakładając siedem godzin snu) każdy z nas ma jakieś 50 myśli na minutę, co daje prawie jedną myśl na sekundę. Myślę, i trwa to dłużej niż tysiąc milisekund, że to mało prawdopodobne.

Ostatecznych dowodów na odrzucenie pomysłu o 50 tysiącach myśli dostarczył jednak dopiero artykuł opublikowany w 2021 w Nature Communications. Jordan Poppenk i Julia Tseng z Queens University przedstawili metodę, która pośrednio pozwala wykryć, kiedy jedna myśl się kończy, a następna zaczyna. Wyodrębnili oni tzw. robaki myślowe – na marginesie, zgodzicie się ze mną, że to strasznie niefortunna nazwa? Robaki myślowe to sąsiadujące ze sobą punkty w aktywności mózgu. Zmiana myśli na inną obserwowana jest wtedy, gdy tworzony jest nowy robak. Robaki myślowe pojawiają się na przykład, gdy oglądamy film i na ekranie śledzimy nowe wydarzenie. Korzystając z tej metody wykazano, że przeciętna osoba ma około 6200 myśli dziennie.

Badania Poppenka i Tseng są na pewno przełomowe dla naszego rozumienia tego, jak działa mózg. Pozwolą lepiej zrozumieć tzw. myśl spontaniczną. Mają w sobie potencjał do stosowania w medycynie, choćby dla lepszego rozumienia schizofrenii czy ADHD. Wybaczcie zatem, że pomimo całej doniosłości ustaleń naukowych, skupię się tylko na refleksji wokół tak banalnej rzeczy, jak liczba myśli.

Zestawmy ze sobą: liczbę myśli i słowa mędrców. Mahatma Gandhi zwykł mawiać, że człowiek jest wytworem swoich myśli. W podobnym kierunku prowadzi nas nauczenie Buddy czy rozważania Marka Aureliusza, którzy zauważają, że jedyną rzeczą, nad którą człowiek ma kontrolę są jego myśli. Dzisiaj większość naukowców podziela pogląd, że szczęście człowieka jest efektem kombinacji obiektywnych doświadczeń i myśli, które im towarzyszą. Dlatego tak ważne jest byśmy nauczyli się je ukierunkowywać, kontrolować, wpływać na ich powstawanie.

Kilka lat temu przeprowadzono niezwykłe badanie wśród hiszpańskich uczniów. Uczestników poproszono o to by na małych karteczkach zapisali myśli dotyczące tego, jak postrzegają swoje ciało. Następnie spędzili chwilę na kontemplacji swoich myśli. W kolejnym etapie połowa uczniów wyrzucała karteczki do śmietnika, co miało symbolizować „uwolnienie się od swoich myśli”, z kolei druga połowa dostała zadanie sprawdzenia poprawności gramatycznej swoich zapisków. Następnie wszyscy uczniowie oceniali nastawienie wobec własnego ciała. Okazało się, że postawa tych, którzy sprawdzali gramatykę w dużej mierze odzwierciedlała to, co napisali na karteczkach. Ich myśli z nimi zostały. Z kolei postawa tych, którzy wyrzucili swoje zapiski do kosza nie miała związku z ich treścią. Gest pozbycia się swoich myśli, sprawił, że ci uczniowie poczuli się od nich wolni. To badanie zachęciło naukowców do postawienia kolejnych, bardzo praktycznych, pytań: czy zgniatając kartki z myślami i wyrzucanie ich do niebieskiego worka z napisem „papier” możemy zredukować nasze negatywne myślenie? A czy zapisując sobie to, co dobre, i przechowując zapiski na biurku, w kieszeni czy w torebce, sprawimy, że nasze pozytywne myśli się utrwalą? Okazuje się, że dokładnie tak to działa. Choć przeczy to głoszonemu przez Kartezjusza poglądowi, że wszystkie doświadczenia mentalne nie mają fizycznej natury, możemy traktować myśli jako rzecz, którą można dotknąć.

Takie podejście nie jest całkiem nowe. Rozejrzyjmy się dookoła. Myśli nierzadko są przez nas traktowane metaforycznie, jak przedmioty. Ot choćby „posiadamy wiedzę” , a czymże jest wiedza, jeżeli nie zbiorem myśli. Odpowiednie paragrafy gwarantują nam prawo do posiadania wytworów naszej wyobraźni. A do tego jeszcze, na co dzień, wypełniamy język zwrotami, które sugerują, że myśl ma charakter fizyczny: „pozbyłem się tej myśli”, „kupuję ten pomysł”, „przyszła mi do głowy myśl”. Wydaje się zatem, że pomimo jej niematerialnej natury traktujemy myśl jak przedmiot, coś co ma fizyczną naturę. Jesteśmy gotowi by się  jej pozbyć lub ją przechować.

Próby kontrolowania i wpływania na nasze myśli podejmowane są od dawna. Wcześniej filozofowie, dzisiaj psychologowie wskazują, że człowiek może podjąć mentalny wysiłek, by zmienić to co niepożądane. Nie jest to proste. Dla wielu z nas ukierunkowanie myśli to 13 praca Heraklesa, coś jakby czyszczenie stajni Augiasza i schwytanie byka kretyńskiego; sorry, miało być kreteńskiego. Już samo świadome myślenie o myśleniu wywołuje przerażenie. Sposobem na pokonywanie negatywnych myśli może być ich kontemplacja, innymi słowy uruchamianie myślenia dla pozbycia się niechcianego myślenia. Możemy też świadomie poszukiwać i wystawiać się na informacje przeczące temu, w co wierzymy. Ci, którzy tego próbowali wiedzą, jak bardzo jest to nieprzyjemne. Zapewne niejednemu wyda się, że lepiej już babrać się w swoim dobrze rozpoznanym grajdołku frustracji i zgorzknienia, niż cokolwiek kwestionować.  Kolejna rada psychologów to, według mojej autorskiej nazwy, metoda na bogina. Bogin, dla tych którzy nie czytali „Harrego Pottera”, to zjawa, która przybiera postać tego, czego się najbardziej boimy. Aby go pokonać trzeba wyobrazić go sobie, w sposób, który go ośmiesza. Myślę, że po części, obserwowany w ostatnich dniach wysyp memów szydzących z Władimira ze wschodu, dobrze pokazuje, jak należy stosować metodę na bogina.

Z pozbywaniem się negatywnych myśli jest jednak nierzadko tak, jak z próbą sprostania wyzwaniu rzuconemu swego czasu przez Fiodora Dostojewskiego. Pisarz zachęcał:

Spróbuj nie myśleć o niedźwiedziu polarnym, a wkrótce przekonasz się, że przeklęte zwierzę co chwila przychodzi Ci do głowy.

Ignorowanie złych myśli, negowanie ich zasadności, tłumienie i korygowanie, nierzadko okazuje się mieć odwrotny do zamierzonego skutek. Niczym imperium zła w filmie „Piąty Element” atakowane wzmacniają się i namnażają. To dlatego właśnie pomysł by fizycznie pozbywać się tego, co negatywne jest tak bardzo kuszący.

Na koniec do czegoś Wam się przyznam. Zawsze jestem bardzo sceptyczny, jeżeli chodzi o takie symboliczne gesty. Gdy czytam, że wystarczy napisać myśl na kartce i wyrzucić ją do śmieci by się jej pozbyć, czuję dyskomfort ocierania się o magię. A jednak, jak sugerują cytowane wyniki badań to może działa. Świadczą też o tym praktyki stosowane przez wielu terapeutów. Nadawanie fizycznej formy temu, co jest jej pozbawione, może się okazać bardzo przydatne. Naukowcy przekonują, że traktując negatywne myśli jako coś namacalnego, coś co można podrzeć na kawałki, zniszczyć, i wyrzucić, możemy sprawić, że będzie ich mniej. Z kolei działając odwrotnie, zapisując myśli, utrwalając je i powracając do nich, zwiększamy szanse na to, że częściej będą gościć w naszych umysłach. Mając w pamięci, że mózg produkuje 6200 myśli dziennie, roboty może być co niemiara. No cóż, chcąc być konsekwentnym nie pozostaje mi nic innego, jak wyrazić na karteczce mój sceptycyzm, a następnie podrzeć ją na kawałeczki.