Kiedyś wszystko było jasne; zarabianie pieniędzy było domeną mężczyzn, dom twierdzą kobiet. Wyraźny podział, do którego z sentymentem i pasją jak wilki do księżyca,  wyją co niektórzy. Przyszła zmiana i się pomieszało. Przede wszystkim zmieniło się na rynku pracy. Kobiety na traktory, do biur i fabryk. Znacznie wolniej zmiany zachodzą w domu. Tam władza pozostała w rękach i głowach niewiast. I nie chodzi tylko o to, że one wiedzą, jak należy poprawnie włożyć mleko do lodówki. Nie tylko o to, że pamiętają, że cukier jest schowany w apteczce, w pudełku po kawie, z napisem kakao. Kobieta występuje w roli sądu najwyższego i ostatecznego zarazem. Pełni rolę menadżera zarządzającego decydującego o premii kwartalnej. Szukającego wytchnienia i spokoju mężczyznę sprowadza do roli potakiwacza, który w relacjach z dzieckiem sięga po jedno z niezawodnych kół ratunkowych: „Nie wiem, idź zapytaj mamę”.

Kobieta w domu. Nierzadko mająca dość swojej roli. Pisząca listy do psychologa i skarżąca się na forach internetowych. Jak choćby użytkowniczka ukrywająca się pod nickiem Słodka_Czarodziejka.

Dziewczyny, kobiety czy wy też tak macie, że partner nie pomaga w domu? Zajmuje się domem, opłacam rachunki, wychowuję dzieci, uczę je, mój partner pracuje od 7 do 16 i potem już nic nie robi w domu, uważa ze ja jestem od tego, czy to jest ok?

Kobiety oczekują, że mężczyźni zaangażują się w wykonywanie prac domowych i opiekę nad dzieckiem, nie tylko dlatego, że wiele powiązanych z tym czynności jest żmudnych, powtarzalnych, trącących banałem. Angażując mężczyznę osiągają znacznie więcej: od zwiększenia swoich możliwości na rynku pracy (niekoniecznie chodzi mi o robienie kariery ale po prostu o satysfakcję z tego co się robi) po docenienie w roli rodzica, poczucie partnerstwa, współodpowiedzialności. Ostatnie dekady przyniosły pewne zmiany. Pracowici i mądrzy mężczyźni dzielą się obowiązkami z partnerkami, ale nawet ci leniwi i tępi nie zawsze są winni temu, że nierównowaga ciągle jest obecna w naszych domach. Wiele matek, często nie będąc tego świadomymi, pełni rolę hamulcowego. Głosząc potrzebę równości pędzi w przeciwnym kierunku. Psychologowie nazywają to maternal gatekeeping – macierzyńską kontrolą, wykluczaniem, „zamykaniem drzwi”.

Naukowcy zajęli się tym tematem już w latach siedemdziesiątych XX wieku ale eksplozja zainteresowania nastąpiła po publikacji badań Sarah Allen i Allana Hawkinsa, którzy w 1999 roku pokazali, że matki gatekeeperki – strażniczki, spędzają o 5 godzin tygodniowo na wykonywaniu pracy domowej więcej niż kobiety, które realizują model oparty na współpracy i podziale odpowiedzialności.

Badacze zaczęli drążyć i zadawać niewygodne pytania: Co sprawia, że część kobiet nie pozwala swoim partnerom wchodzić w rolę opiekunów dla dziecka? Dlaczego ktoś kto nierzadko czuje się przytłoczony odpowiedzialnością i zmęczony rutyną, mógłby nie dążyć do tego by ktoś inny przejął na siebie część tego chaosu?

Powodów jest kilka ale generalnie sprowadzają się one do stwierdzenia, że problem jest po stronie kobiety a nie mężczyzny. Z badań wynika, że to one jeszcze przed urodzeniem dziecka, będąc w ciąży, dokonują oceny, na ile ich partner jest odpowiedni do tego by zająć się potomstwem. Kobiety spoglądają na mężczyzn oceniając ich przydatność jako rodziców. W głowie pojawiają się pytania fundamentalne: „czy zostaniemy razem długo?” i praktyczne: „czy zostawiłabym go na jeden dzień z dzieckiem sam na sam”? Gdy mężczyzna  nie zdawał testu, w którym absolutnie nieświadomie uczestniczył, podokonywanej na poziomie mentalnym ocenie okazywał się nie być wystarczająco dobry, kobiety zdecydowanie ograniczały jego rolę w sprawowaniu opieki.

Zdarza się też, że u będącej w ciąży kobiety, szczególnie tuż przed porodem, pojawiają się wątpliwości, co do przyszłości związku. Podkopana wiara w sens kontynuowania relacji z partnerem, stawia matkę dziecka w sytuacji głównego, najważniejszego opiekuna, od którego wszystko zależy.

Badania wskazują też, że skłonność do eliminowania mężczyzny z zadań związanych z opieką nad dzieckiem częściej ujawnia się u kobiet, które silnie wierzą w swoje umiejętności rodzicielskie, są przekonane, że ich partner jest zbyt niepewny w zajmowaniu się potomstwem, wymagają od ojców perfekcji albo doświadczyły depresji w czasie ciąży lub po porodzie.

Do tego jeszcze dochodzą normy społeczne. To matka jest pierwszym rodzicem. To do matki piszą nauczyciele, gdy dziecko nie przyniesie do szkoły plasteliny. To do matki mówi lekarka, gdy rodzice przyjdą z zakatarzonym maluchem do przychodni. To na matkę spoglądają rodzice innych dzieci, gdy syn lub córka chodzą w dziurawych ciuchach. Trudno się dziwić, że spodziewając się zewnętrznej oceny kobieta odczuwa niechęć do tego by pozwolić wykonać zadanie komuś kto jest, w jej opinii, niedostatecznie ogarnięty. Myślisz że przesadzam? To zastanów się nad takim przykładem: Kto w twoim domu decyduje o tym, w co mają się ubrać najmłodsze dzieci, gdy wychodzicie do cioci na imieniny? Badania pokazują, że duża część kobiet czuje, że nie tylko mogą ale też powinny być lepszymi matkami.  I to bez względu na to, jak w rzeczywistości radzą sobie ich dzieci. Presja płynie wartkim nurtem z otoczenia, mediów społecznościowych, od rodziny, z programów telewizyjnych. Im bardziej matka przyjmuje standardy narzucane z zewnątrz, tym trudniej przychodzi jej oddać kontrolę.

To wcale nie jest tak, że kobiety odcinające partnerów od zajmowania się dzieckiem, głęboko wierzą, że opiekun nie może zastąpić opiekunki. Nie. Głównym, jak się wydaje problemem jest ich dążenie do perfekcjonizmu i zalewające umysł przekonanie, że tylko ja jedna wiem, co jest dobre dla mojego dziecka.

Oddajmy głos forumkowiczkom:

Moja koleżanka wyjechała, gdy synek miał 7 miesięcy, na weekend do koleżanki. Zostawiła kartki ze wskazówkami, zwięzły opis jedzenia, spacerów, usypiania, zabawy.

Widzicie co mam na myśli?

Ja wiem. Ty nie wiesz. Więc ci powiem. A ty zrobisz tak jak powiedziałam.

Każda matka wie, że istnieje dobry i zły sposób zajmowania się dzieckiem. Każda matka strażniczka wierzy, że jedyny dobry to ten, który ona praktykuje. Jest wszechwładna i wszechwiedząca. Przy niej ojciec, pył marny, nieogarnięty nieudacznik jest tym, którego trzeba kontrolować. A ponieważ jest to ciężkie zadanie, to może ostatecznie lepiej będzie zrobić wszystko samemu i mieć to z głowy. Mężczyźni, choć pewnie nie wszyscy, coraz częściej chcą się czuć, że nie są rodzicem drugiej kategorii, suportem, wsparciem, członkiem obsługi technicznej gwiazd. Jednak krytykowani i ustawianido pionu: „źle zapięte”, „nie tak, najpierw owoce, potem mleko”, „znowu nie użyłeś szamponu dla dzieci, który zostawiłam w szafce”, szukają drogi ucieczki od kieratu.

Niewielu jest w stanie zbagatelizować te jak refren powtarzane zwroty i po prostu robić swoje. A niektóre kobiety wydają się nie dostrzegać ambiwalentności w stwierdzeniu: „Możesz robić co zechcesz byle to było tak jak ja chcę”. Kierowany naturalnym instynktem przetrwania mężczyzna usunie się, odczuwając, nie bójmy się tego powiedzieć, niejaką ulgę. A po jakimś czasie doczeka się wyrzutów na temat tego, że się nie angażuje, że jest wygodnicki.

W końcu ojcowie wyrabiają w sobie przekonanie, że to matka wie lepiej. „Idź zapytaj mamę” to nie jest efekt zaufania do partnerki, to metafora stwierdzenia: „Skąd do cholery mam to wiedzieć? Przecież się na tym nie znam.”

Mężczyzna nie jest wynajętym lokajem; „Janie, zauważyłam, że nasze dziecko ma dwie różne skarpetki. To niedopuszczalne.” Nie jest niańką, przy której zatrudnieniu zbierasz referencje, badasz profesjonalizm. „a jakie ma pan doświadczenie w przygotowywaniu posiłków dla trzyletniego niejadka”.  To równoprawny opiekun, który ma nie tylko takie same obowiązki ale też prawa. I tak, owszem, może także czasami popełniać błędy, być niedoskonały. Tak jak i Ty.

Czym to się kończy? Kobieta jest przeciążona, dziecko nie ma tak samo bliskiego kontaktu z ojcem jak z matką. A mężczyzna, jakkolwiek strasznie to zabrzmi, nie ma szans budować więzi, która tworzy się przy zmienianiu pieluch. To się wykształca, krok po kroku każdego dnia, wywołuje kobiecy stres, męską bezsilność  i deficyt poczucia sprawstwa.

Chciałbym, żebyśmy uniknęli nieporozumień. Idea maternal gatekeeping – odcinania ojców od sprawowania opieki nad dzieckiem, to tylko jedno z wytłumaczeń tego, dlaczego kobiety nawet, gdy oboje partnerzy pracują zawodowo, więcej czasu spędzają zajmując się potomstwem.  Tak to prawda, są wśród nas, mężczyzn tacy, którym się nie chce, którym wygodnie jest oglądać wszystko z tylnego siedzenia. Jednak jedna z największych zmian jaka zachodzi w nowoczesnych społeczeństwach to wzrost zaangażowania mężczyzn w opiekę nad dzieckiem.

Na badanych przeze mnie forach internetowych dominują tematy, których samo sformułowanie wskazuje winnego: „Gdy on nie chce zajmować się dzieckiem”, „Mój mąż nie pomaga mi w opiece nad córką, co zrobić”, „niewidzialni ojcowie”.  

A może tak zacząć od uznania, że ojciec nie jest wybrakowanym modelem rodzica? Zbyt radyklane?

Zainteresował Cię ten tekst? Zobacz: Jestem mężczyzną. Nie pomagam w domu.