Uwielbiam kryminały. Lubię być prowadzony ścieżką do celu, i dopiero gdy tam docieram zaczynam rozumieć wszystkie znaki, które ukazywały się po drodze. Jednym z moich ulubionych autorów jest Camilla Läckberg. Niedawno natrafiłem na jej książkę: „Morderstwa i woń migdałów”, gdzie obok noweli i krótkiej powieści, znalazły się jeszcze: część autobiograficzna i krótki poradnik, o tym jak pisać kryminały. Czytając dowiedziałem się, że Camilla, a właściwie Jean Edith (bo takie są jej prawdziwe imiona), jest z wykształcenia ekonomistką. Podobnie, jak inny z moich ulubionych autorów, Jo Nesbo. Uległem, bo chciałem ulec, pokusie analogii: skoro autorzy kryminałów byli ekonomistami, to może ja, ekonomista od szczęścia i polityki społecznej, też mógłbym napisać kryminał. Postanowiłem skorzystać zaproponowanych przez Läckberg reguł pisania i zobaczyć na ile mogę je wykorzystać w tekście o tym, co dobrego dała nam pandemia.

Camilla radzi:

„przed tobą najprzyjemniejsze zadanie – stworzyć głównego bohatera! (…) bohater nadaje książce charakter (…) a jeżeli zamierzasz napisać cykl powieści, powinna być to postać, do której masz osobisty stosunek.”

Piotr siedział przy biurku w swoim małym, wypełnionym książkami i kurzem gabinecie. Długie włosy spływały mu na ramiona. Na zasępionej twarzy odbijało się światło z ekranu laptopa, na którym powinien być tekst. Powinien. Tekst o tym, co dobrego wypływa ze złego. Niemożliwe przecież, że pandemia to samozło. Musi być też dobra strona. Coś co pobudzi ducha i ożywi serca. Problemem nie było wybranie czegokolwiek, ale tego co można uznać za najważniejsze.

„Tematem powinno być poważne przestępstwo. Nikt nie chce czytać o złodzieju, który ukradł sąsiadowi tulipany”.

Setki przykładów pchało mu się do głowy. Wspominał prasowe doniesienia o: Himalajach, które dzięki malejącemu zanieczyszczeniu powietrza można było zobaczyć z odległości 200 kilometrów; o delfinach odwiedzających Wenecję, o pumach na ulicach Santiago de Chile czy stadach różowych flamingów wokół jezior w Mumbaju.  Wszystko to wydawało się ważne i potwierdzało słowa, do których lubił wracać:

„Gdyby wszystkie owady zniknęły z Ziemi, w ciągu 50 lat życie na Ziemi by się skończyło. Gdyby wszyscy ludzie zniknęli z Ziemi, w ciągu 50 lat wszystkie formy życia by rozkwitły.”

To świetnie nadawało się na nagłówki gazet, wpis na blogu albo zdjęcie na Instagramie. Jednak dziś większość ludzi i zwierząt żyje tak samo, lub niemal tak samo, jak przed pandemią. Business as usual. Himalaje zniknęły, podobnie jak delfiny czy pumy. Do miast wróciły samochody, wzrosło zanieczyszczenie powietrza, zrobił się hałas. Czasownik „być” dominuje w czasie przeszłym. Chwilowe zmiany pozostają chwilowymi, bez względu na to, jak długo będziemy je pamiętać.  Nie tędy droga – pomyślał Piotr.

„Powinno być kilkoro podejrzanych, a morderca ma być jednym z nich”.

Szukając dobrego Piotr wiedział już, że nie może skupiać się na tym, co przejściowe. Umysł podpowiadał mu, że pozytywne, acz krótkotrwałe zmiany w przyrodzie nikogo nie poruszą. To musi dotykać ich serc: tak jak budujące historie o innych ludziach. W pamięci odszukał więc opowieści o siostrze Andre, zakonnicy, która mając 116 lat przeżyła zarażenie wirusem, a niedawno obchodziła 118 urodziny i stała się oficjalnie najstarszą żyjącą osobą na świecie; o dr Cornelii Vertenstein, 92 letniej nauczycielce muzyki, która w czasie pandemii nie przestawała udzielać lekcji gry na pianinie, wykorzystując w tym celu Internet; o niezwykłych pracownikach służby zdrowia, jak choćby tych w hiszpańskiej Barcelonie, którzy przewozili swoich chorych na Covid pacjentów nad morze, by ci mogli cieszyć się pięknym widokiem.

Te obrazy, nawet dzisiaj, wzruszają i przywracają wiarę w człowieka. Są jednak bardzo odległe. Działają, jak dobra powieść – pomyślał Piotr – poruszają w czasie czytania, ale po jakimś czasie pozostaje w nas tylko cień treści, zarys fabuły, może imię głównych bohaterów. Musi być coś jeszcze. Coś co jest ważniejsze niż kilka delfinów i ponad stuletnia siostra zakonna. Czego nie dostrzegam? – nie przestawał się zastanawiać.

Kawy? – z rozmyślania wyrwało go pytanie – Idę po kawę, przynieść też dla ciebie? Wyglądasz na zmęczonego, kofeina da ci pozytywnego kopa.

Spojrzał w kierunku skąd pochodził głos i wtedy przyszło oświecenie: wiedział już, gdzie należy szukać.

Teraz powinna być przerwa. To chwyt nazywany cliffhanger – czyli zwisający ze skały. Wykorzystuje się go przede wszystkich w serialach;  odcinek kończy się tym, że bohater wisi nad przepaścią, ale dopiero w następnej części dowiemy się, czy przeżył.

Propozycja kawy, zaprawiona obietnicą poprawy samopoczucia, sprawiała, że Piotr skierował swoje myśli w kierunku emocji i życzliwości. Podejrzewał, że to one, ale nie potrafił jeszcze tego wytłumaczyć.

Dlaczego emocje?

Dlaczego życzliwość?

Nie przestawał o tym myśleć. Wiedział już, że to czego szuka musi być bliskie człowiekowi, dla którego pisze. Musi też trwać, a nie być jedynie fotografią z przeszłości. Gdyby chodziło o coś, co wydarzyło się dawno, łatwo byłoby pokazać plusy szerzącej się choroby. Marek Aureliusz zaczął spisywać „Rozmyślania” podczas pandemii dżumy antonińskiej. Choć zaraza nie oszczędziła cesarza-filozofa, jego medytacje są inspiracją dla wielu ludzi na całym świecie. Gdy dżuma nawiedziła Londyn Isaac Newton, ówcześnie 23 letni student uniwersytetu Cambridge, został odesłany do domu. Spędził dwa lata na farmie swojej matki, gdzie podobno rosło wiele jabłoni. W tym okresie Newton stworzył podstawy rachunku różniczkowego i całkowego, teorii światła i koloru, praw ruchu i uniwersalnej teorii grawitacji. Giovanni Boccaccio napisał „Dekamerona”,w którym odmalował portret florentczyków uciekających z nękanego zarazą miasta. Jego przyjaciel Francesco Petrarka dokumentował Czarną Śmierć i pisał o potrzebie dostrzegania słodyczy życia. Patrząc w odległą przeszłość nie trudno znaleźć jakieś plusy. Kto wie, może za jakiś czas ujawni się nowa teoria z fizyki albo wielkie dzieło filozoficzne, napisane przez kogoś, kto przebywał na kwarantannie i nie mógł chodzić do lasu. Te rozmyślania były dla Piotra źródłem goryczy. Zadawał sobie pytanie: A ja? Co ja zrobiłem? Nadrobiłem lektury? Przeczytałem te wszystkie zakurzone, spoglądające na mnie z wyrzutem książki? Wprowadziłem systematyczny trening ciała i umysłu z elementami diety i rzeźbienia mięśni? A może w końcu nauczyłem się grać na gitarze? Albo chociaż podstaw hiszpańskiego? No, amigo. No. Uświadomił sobie, że jego osiągnięcia sprowadzały się do obejrzenia dwóch sezonów „Wiedźmina” ☹, zdobycia empirycznego potwierdzenia, że można przeżyć dzień w pracy nie wyskakując ze spodni od piżamy. Nabrał też mistrzostwa w znajdowaniu wytłumaczeń dlaczego proces udoskonalania siebie należy zacząć jutro, a nie dzisiaj. Chociaż 41% Europejczyków – w tym najwięcej Polaków i Włochów – podjęło w domu aktywności lub hobby, których wcześniej nie próbowali, Piotr do nich nie należał. Zrobiło mu się zwyczajnie głupio. A przy tym werbalizowana w głowie samokrytyka nie przybliżała go do rozwiązania zagadki. Aż do momentu, gdy przypominał sobie to, czego mu brakowało: Światowy Raport Szczęścia, materiał pokazujący co się działo z ludźmi w czasie pandemii.

„Aby napisać kryminał prawdopodobnie będziesz musiał zrobić dokumentację. Dla mnie to szansa, żeby nauczyć się czegoś nowego”.

Piotr zaczął przeglądać raport. Okazało się, że pomimo pandemii ludzie na świecie częściej odczuwali pozytywne niż negatywne emocje. Śmiali się, cieszyli tym co robili, robili coś co ich interesowało. Przytrafiało się im to dwa razy częściej niż odczuwanie zmartwień, smutku czy złości. Piotr wiedział, że to jest to czego szukał. Podążał tym śladem, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. Okazało się, że już Arystoteles uznawał, iż doświadczanie pozytywnych emocji jest ważne dla prowadzenia dobrego życia. Wierzył, że człowiek, który cieszy się życiem może więcej, jest silniej zmotywowany, otwarty na nowości. Wiara Arystotelesa znalazła potwierdzenie w dzisiejszych badaniach.  W jednym z nich, przeprowadzonym przed pandemią, 300 wolontariuszy zainfekowano wirusem grypy. Osoby, które w momencie zainfekowania odczuwały więcej dobrych emocji okazały się być bardziej odporne na wirusa niż te, które się martwiły lub złościły. Badania fizjologiczne ujawniły z kolei, że mają go w sobie mniej, a przy tym po prostu czują się lepiej.

„Czytelnik powinien uczestniczyć w rozwiązywaniu zagadki, a nie natknąć się na nie dopiero na końcu”

Kropki zaczęły się łączyć. Szczególnie zważywszy na fakt, że doświadczanie pozytywnych emocji jest znacznie ważniejsze niż unikanie złych. Ludzie, którzy częściej się śmieją, cieszą się tym, co robią, zwykle rzadziej chorują i żyją dłużej.

Fakt, że pandemia nie stłamsiła pozytywnych emocji był bardzo pocieszający. Piotr wiedział już, że to jest to czego szukał. Tym bardziej, że nie tylko o zdrowie i o długie życie tu chodziło. Emocje mają przecież swoje funkcje. Strach czyni nas gotowymi do ucieczki, gniew do ataku, a odczuwając wstręt odsuwamy się od jego źródła. Negatywne emocje zawężają wybory, co do tego jak się zachować. To świetny mechanizm, który dawniej pozwalał przetrwać. Mieszkając na sawannie, w obliczu szarżującego nosorożca, ludzie nie musieli się zastanawiać nad wyborem opcji. Strach sprawiał, że dawali drapaka. To było jasne. Niewyjaśniona pozostawała funkcja pozytywnych emocji. Dlaczego odczuwamy radość, zainteresowanie, dumę, miłość, czy zadowolenie? Dzisiaj już wiemy. Pozytywne emocje poszerzają repertuar działań, otwierają nas na nowe możliwości, rozbudzają chęć odkrywania. Sprawiają, że jesteśmy bardziej skłonni do działania, zabawy czy tworzenia. W końcu powodują, że mamy w sobie chęć delektowania się tym czego doświadczamy, pobudzają nas do wyobrażania sobie tego, co dobrego przytrafi nam się w przyszłości. Bingo – pomyślał Piotr.

„(…) twoi bohaterowie muszę mówić, nie tylko chodzić i działać. (…) Dobrze napisany dialog powinien dać wyobrażenie o jego uczestnikach, a jednocześnie posuwać akcję do przodu.”

- To emocje. Te pozytywne przetrwały mimo wszystko. To one są tym, czego nauczyła nas pandemia – na zewnątrz Piotr wydawał się być pewny siebie, choć w środku czuł wątpliwości. Te wzrastały, gdy spoglądał na minę redaktorki:

- Działały same? Tylko one? Nie wydaje ci się to za mało? – drążyła.

- Nie ma dowodów na współudział.

- A przeczytałeś cały raport?

- Nie, tylko część o emocjach.

- Szkoda, bo gdybyś przeczytał całość to dowiedziałbyś się, że tym co wzrosło najbardziej w czasie pandemii była ludzka życzliwość.

- Jak to?

- Tak to. W porównaniu z okresem przed pandemią o 25 procent wzrosła częstotliwość takich działań jak: wpłacanie pieniędzy na akcje charytatywne, wolontariat i pomaganie obcym ludziom.

- Tego nie wiedziałem.

- To teraz już wiesz. Najciekawsze jest to co wydarzyło się w naszym regionie.

Prokuratorka sięgnęła po raport:

- Przed pandemią znacznie bardziej prospołeczni byli mieszkańcy Europy Zachodniej, średnio 38% z nich deklarowało, że uczestniczy w akcjach charytatywnych, wolontariacie lub, że pomaga obcym. W Europie Wschodniej było to ledwie 24%. A teraz słuchaj, bo to najważniejsze: w czasie pandemii te odsetki się wyrównały na poziomie 40%. A wiesz czemu to ma znaczenie?

- Tak wiem. Okazywanie życzliwości innym czyni nas szczęśliwymi.

- To nie wszystko. To działa w dwie strony: życzliwość wobec innych czyni nas szczęśliwszymi, ale ludzie szczęśliwsi stają się też życzliwszymi. To jest dopiero pozytywny efekt. Możemy liczyć, jakkolwiek to zabrzmi, że wielu z nas stało się podczas pandemii lepszymi i szczęśliwszymi ludźmi.

***

W małym poradniku Camilli Läckberg nie ma słowa o tym, jak pisać zakończenia. Dlatego podzielę się jedynie refleksją, która mnie naszła przy pisaniu tego tekstu:

nie wystarczy być ekonomistą by napisać kryminał.

.............

zdjęcie na górze:  by Toa Heftiba on Unsplash