Mając czterdzieści lat, Norihiro miał wszystko; piękną żonę, syna, dobrą pracę i świetny wygląd. Gdy dostał wypowiedzenie, zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Każdego dnia wkładał garnitur, eleganckie buty ze skóry, chwytał teczkę i wychodził z domu. Każdego dnia żona żegnała go w drzwiach. Każdego dnia przyjeżdżał pod swoje dawne biuro. Przez cały dzień dusił się myśląc o swoich dawnych kolegach z pracy. A potem po prostu wracał do domu, czasami później niż zwykle, by stworzyć wrażenie, że praca się wydłużyła. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Aż do momentu gdy po raz pierwszy wypłata nie wpłynęła na jego konto. Tego dnia Norihiro też wsiadł do metra, ale tym razem pojechał w kierunku przeciwnym niż zwykle. Od tego czasu nie widział swojego dziecka, swojej żony, swoich rodziców. Nawet nie wie czy ciągle żyją. Norihiro jest johatsu – człowiekiem, który wyparował.

Przyznaj się, czy chociaż raz w życiu nie miałeś takiej pokusy by po prostu wyjść i nigdy nie wrócić. Wyraźną kreską oddzielić przeszłość od przyszłości. Zacząć od nowa?

Czy nie pojawiła się w twojej głowie myśl niczym z piosenki Dżemu?

„Któregoś dnia rzucę to wszystko
I wyjdę rano, niby po chleb
Wtedy na pewno poczuję się lepiej
Zostawię za sobą ten zafajdany świat”

Dla wielu samo śpiewanie tej zwrotki z „Małej Alei Róż” już jest wyrazem buntu. Deklaracją niepogodzenia. Przemieleni przez codzienność pozostajemy jednak w miejscu. Nie zostawiamy za sobą swoich światów, bez względu na to, jak bardzo wydają się być zafajdane. Dla nas to fantazje czasu smutku i frustracji, dla rosnącej rzeszy Japończyków to rzeczywistość. „Johatsu”  to ludzie, którzy jak w piosence znikają, albo, gdyby tłumaczyć dosłownie z japońskiego, „wyparowują”. Bez śladu i na zawsze. Dla dużej części z nich znikanie to alternatywa dla udania się na północny-zachód od wulkanu Fuji do niesławnego Aoki-ga-hara - lasu samobójców.

Choć Johatsu to znane wszystkim zjawisko, brakuje badań na jego temat. Przynajmniej tych publikowanych w językach, którymi potrafię się posługiwać. Źródłem moich informacji są więc przede wszystkim artykuły prasowe i książka-reportaż:  “The Vanished: The Evaporated People of Japan in Stories and Photographs” autorstwa Leny Mauger i Stepehne’a Remaela.

Johatsu oznacza znikanie z życia, odcięcie od przeszłości. To droga, z której korzysta wielu. Znikają sprzedawcy, uzależnione od zakupów gospodynie domowe, uciekający przed wierzycielami hazardziści. Wyparowują ludzie cierpiący na choroby umysłowe, uzależnieni i zakochani. Wyparowują oddane żony zmęczone pełnym obowiązków życiem w rodzinie. Wyparowują studenci, którzy nie zdali egzaminu na uniwersytecie. Wyparowują bezrobotni. Wyparowują kobiety bite przez swoich mężów.

Niektórzy obserwatorzy łączą johatsu z karoshi czyli samobójstwem z powodu przepracowania. Oficjalnie mówi się o 200 przypadkach karoshi rocznie, ale niektórzy eksperci szacują, że jest ich ponad 10 tysięcy. Powodem jest kulturowo usankcjonowana presja, wykluczająca niepowodzenie w szkole czy w pracy. W 2016 roku ponad jedna piąta japońskich firm przyznała, że ich pracownicy wypracowują około 80 nadgodzin miesięcznie. Swój udział w tym ma również silnie zmaskulinizowanie; w niewielu krajach na świecie, jest tak wiele dobrze wykształconych kobiet, które porzucają pracę zawodową, dzień po ślubie. Skutkiem nierzadko jest przemoc ekonomiczna, ale też fizyczna. Dane mówią o tym, że 1 na 4 Japonek doświadcza przemocy w domu.

Mauger podaje szacunki mówiące o tym, że każdego roku około 100 tysięcy Japończyków znika bez śladu. Żyją z dala od swoich rodzin, przyjaciół, znajomych. Rekordowo dużo osób zniknęło na początku lat 90-tych XX wieku, gdy japońską gospodarkę dotknął kryzys. Wielu wybrało tę drogę, bo drugą rozważaną opcją było samobójstwo. W czasie prosperity Japończycy masowo się zadłużali. Dochody rosły błyskawicznie, więc niewielu martwiło się możliwościami spłaty, nawet gdy stopa oprocentowania przekraczała 100% rocznie a za ściągalność długów była odpowiedzialna Yakuza japońska mafia. Załamanie gospodarcze pozbawiło ludzi dochodu. A warto wiedzieć, że w niewielu krajach na świecie zależność pomiędzy stop bezrobocia i samobójstwami jest tak duża, jak w Japonii.

W książce The Vanished przytoczone zostały łamiące serce opowieści o: kobiecie porzucającej swoje dziecko po tym, jak zakochała się w innym mężczyźnie; hazardziście, który wolał przyłączyć się do japońskiej mafii niż kolejny raz rozczarować swoich bliskich; studencie znikającym po tym, jak nie zdał egzaminu. Wspominając to, jak po dziesięciu latach od zniknięcia uznano go za martwego, a jego żona ponownie wyszła za mąż jeden z bohaterów książki Hashi stwierdza:

„Od tego momentu powoli umieram. Gdy szczęście jest raz utracone, nigdy nie można go odzyskać.”

Johatsu często ukrywają się w Tokio i innych wielkich miastach, pozostając anonimowymi, żyją we względnym bezpieczeństwie. Bez przeszłości, korzeni, adresu, dokumentów. Nie mając konta w banku szukają pracy płatnej gotówką. Nie mając dokumentów, wykonują te zajęcia, które są im oferowane bez zadawania pytań.

Japońskie prawo jest tak skonstruowane, że ukrywanie się jest dużo łatwiejsze niż w większości innych krajów. Nie ma obowiązku rejestracji swojego miejsca pobytu, przez co nikt tak naprawdę nie wie, gdzie ludzie mieszkają. Do tego prawo chroni przed dostępem do danych. Policja może wymagać legitymowania tylko wtedy, gdy jest to powiązane z przestępstwem kryminalnym. W efekcie, ponieważ większość johatsu to przypadki spraw cywilnych, niemożliwe jest np. sprawdzanie danych dotyczących korzystania z karty kredytowej. Nawet małżonkowie nie mają prawa żądać od banku informacji na ten temat. To sprawia, że powstają firmy detektywistyczne specjalizujące się w odnajdywaniu zaginionych. Ale to nie jedyny biznes, który rozwinął się wokół wyparowywania. Korzyści z Johatsu czerpią ci, dla których dochodowym jest zatrudniać ludzi w szarej strefie. Powstały też, działające na pograniczu legalności firmy, oferujące swe usługi tym, którzy chcą wyjść i nigdy nie wrócić do swojego życia. W mediach można znaleźć reklamy w rodzaju: „nocna przeprowadzka” czy „nocne przerzucenie”. Z doniesień dziennikarskich wiemy, że koszty wahają się od 500 do 2600 dolarów, w zależności od posiadanych rzeczy, liczby osób i odległości. Nie stać cię? Możesz próbować samemu. W księgarniach do kupienia są przewodniki „Perfekcyjne znikanie: zresetuj swoje życie”, „Żyj innym życiem z zakamuflowaną śmiercią” albo „Kompletny elementarz znikania”, na którym widnieje hasło „porzuć swoją smutną, żałosną rzeczywistość”.  Gdy na japońskim Amazonie sprawdzam tę ostatnią książkę, pojawiają się inne przedmioty, które kupują klienci po objerzeniu tej pozycji. Jest tam m.in.: „Przewodnik po strategii samobójstwa”, „Dziennik zniknięć”, i … pięciometrowa, gruba na pół cala, lina bawełniana.

W wywiadzie dla New York Post Mauger stwierdziła wprost: „To temat tabu. To coś o czym nie można tak naprawdę mówić, ale ludzie znikają, bo pod japońskim społeczeństwem istnieje inne społeczeństwo. Kiedy ludzie znikają, wiedzą, że mogą znaleźć sposób na przetrwanie.

W społeczeństwie, w którym odejście z firmy ciągnie za sobą hańbę, a utrata pracy obdziera z godności, znikanie wydaje się być jedyną drogą. Choć ciągnie to za sobą ból, i tak wydaje się być lepszą opcją dla porzuconych bliskich, niż wyniszczający efekt  samobójstwa. Rodzice, partnerzy, dzieci cierpią nie tylko psychicznie, ale też materialnie zostając z długami samobójców. Nierzadko zdarza się, że ponoszą też bezpośrednie koszty tego, że ktoś bliski odebrał sobie życie. Liczne przykłady mówią o tym, że kierownictwo budynku, w którym dana osoba popełnia samobójstwo obciążaich kosztami sprzątania. Podobnie czynią firmy transportowe, po tym jak ktoś decyduje się rzucić pod pociąg, czy skoczyć z wiaduktu; skarżą rodzinę do sądu żądając rekompensaty za zakłócenia w ruchu.

Gdy się nad tym zastanowić można dostrzec to, o czym od dawna piszą socjologowie: każdy ład społeczny jest wybiórczy, opiera się na selekcji, prowadzi do segregacji. Na końcu tego procesu są ludzie „odrzuty”, którzy nie pasują do standardów, nie spełniają oczekiwań. To oni tworzą nowe społeczeństwo. Zauważmy: jeżeli przytoczone wcześniej szacunki są poprawne i od początku lat 90 każdego roku przybywa ponad 100 tysięcy nowych Johatsu, to zakładając, że większość z nich ciągle żyje, mamy dzisiaj do czynienia z prawdziwą armią żyjących w ukryciu. Ich historie przytaczane w książkach i mediach nie mają w sobie romantyczności losu wagabundy. Brakuje w nich pierwiastka buntu. Dominuje tęsknota, cicha rozpacz, determinacja w walce o przetrwanie. Samotność. Ludzie znikają w miejscach, takich jak Sanyi, które wymazuje się z oficjalnych map, i do których nie można dojechać taksówką. To miasta duchów, bezimiennych, zapomnianych.

Tym, co mnie uderza w historiach Johatsu są skrajności: albo przyjmujesz zasady, które tu tworzymy, albo jesteś nikim. Ludzie nie dostrzegają rozwiązań pośrednich. Półśrodków. Czy to dlatego, że ich nie ma? Czy też oni są na nie ślepi? Tego nie wiem, ale ich postępowanie świadczy o tym, że nie mają wyjścia.