W roku 1990 Lykken i Tellegen przeprowadzili słynne Minnesota Twin Study, w którym zbadano 2310 par identycznych, ale wychowywanych oddzielnie, bliźniaków. Wyniki pokazały, że żadne z przewidywanych źródeł szczęścia: dochód, stan cywilny, status społeczno-ekonomiczny, wykształcenie; nie wpływało na to, jak ludzie oceniają swoje życie. Pomimo różnic w wychowaniu, warunkach życia i doświadczeniach badane bliźnięta wykazywały podobny poziom szczęścia. W artykule opisującym badania Lykken napisał słynne zdanie:

„Być może próba  bycia szczęśliwszym jest równie daremna jak próbowanie bycia wyższym, a przy tym przynosi efekt przeciwny do zamierzonego”

Lykken nie jest pierwszym naukowcem, któremu ludzie nie uwierzyli. Dziś szczęście, jak żadna inna idea, jest wspólne dla wszystkich. Każdy ma nie tylko prawo ale i obowiązek bycia szczęśliwym. Ostatnie dekady pozbawiły szczęście blasku elitarności. Nie trzeba już spełniać określonych warunków, które pozostawały, przynajmniej częściowo, poza naszą kontrolą. Nikt też świadomie nie wybiera bycia nieszczęśliwym. Odpowiedzialność za szczęśliwe życie przerzuciliśmy na jednostkę. Stąd silnie uświadomiona potrzeba wskazówek na temat tego, jak należy żyć. Kolejni celebryci, internetowi guru i szemrani szamani sprzedają swoją receptę. Każda jest prosta, w trzech krokach i ośmiu podskokach; skuteczna, uśmiech z twej twarzy nie zniknie już nigdy; i dla każdego, nie wychodziło ci, bo robiłeś to źle, ale teraz się uda, bo będziesz robił dobrze.

Szczęście to biznes. Wielki biznes mówienia tego, co ludzie chcą usłyszeć. Jego wartość tylko w samych Stanach Zjednoczonych szacuje się na ponad 12 miliardów dolarów rocznie, a każdego roku odnotowuje się przyrost o ponad 5,6%. W to wliczane są audiobooki, książki, aplikacje, a przede wszystkim coaching i mówcy motywacyjni.

Intuicyjnie należałoby oczekiwać, że jeżeli ktoś dąży do osiągania szczęścia to powinien być szczęśliwy. Tak jest w wielu obszarach naszego życia. Jeżeli jestem sportowcem i  cenię sobie doskonałość techniczną, żeby ją osiągnąć będę skupiał moje wysiłki i energię na doskonaleniu się w tym zakresie. W efekcie staję się lepszy. Ceniąc sobie jakiś cel, wiem do czego zmierzam, a to mnie motywuje. Stosując te analogię do szczęścia, należałoby się spodziewać, że cenienie szczęścia, nadawanie mu najważniejszego miejsca w naszej hierarchii wartości, powinno prowadzić do jego wzrostu.

Paradoksalnie jednak jest odwrotnie. Im bardziej skupiam się na tym by być szczęśliwym tym większe ryzyko, że mi się nie uda. To jak w kawale, który kiedyś opowiadał Piotr Bałtroczyk.

Pani pytała dzieci w szkole: Kim chcielibyście być w przyszłości?

Jasiu podniósł rękę i powiedział: Proszę Pani ja najchętniej byłbym menelem.

Jasiu, menelem? Czemu?

Stałbym sobie pod sklepem z kolegami, a to samo w sobie jest już przyjemne. Na browar byśmy sobie dożebrali bo ludzie są generalnie dobrzy. O ZUS-ie bym w ogóle nie myślał, NFZ by mnie nie dotyczył, urząd skarbowy nie interesowałby mnie całkowicie. Byłbym szczęśliwym, wolnym człowiekiem.

Minęło 50 lat. Jasiu stoi na osiemdziesiątym piętrze swojego hotelu w Dubaju. Patrzy na nieruchomości, które rozciągają się wokół. Patrzy na helikopter, który za chwilę go zabierze na prywatną wyspę. Patrzy na swój jacht, który kołysze się na wodzie. Patrzy na to wszystko i mówi: K***a, kiedy ja to wszystko spierdoliłem.

Pomimo swej nieszekspirowskiej formy, nieakceptowalnego języka i braku głębi intelektualnego Kopfschmerzu, ta opowieść niesie w sobie ważną naukę. Rozczarowanie w dążeniu do szczęścia pojawia się głównie wtedy, gdy okoliczności wydają się być sprzyjające. Każdy z nas zna kogoś, kto jest nieszczęśliwy, pomimo tego, że w jego życiu wszystko układa się poprawnie. A może też sami się w ten sposób czujemy? Dobra praca, słodkie blond dzieci, cudowny partner, hobby do chwalenia się na Facebooku etc. a jednak towarzyszy nam jasiowy niepokój. Może to ten moment, gdy podczas urodzinowego przyjęcia na naszą cześć nie czujemy się radośni. Dlaczego skoro jest tak dobrze, czuję się źle?

Powodem jest natręctwo myśli zawierającej silny imperatyw: muszę być szczęśliwy.

Obsesja na punkcie szczęścia może sprawić, że jesteśmy mniej zadowoleni z naszego życia. Pokazują nam badania Iris Mauss z Uniwersytetu Kalifornijskiego. Osobom uczestniczącym w badaniu najpierw zadano serię pytań po to by określić, jak bardzo dążenie do szczęścia jest priorytetem w ich życiu. W tym celu uczestnicy mieli odnieść się do stwierdzeń w rodzaju: „Cenię rzeczy w życiu tylko w takim stopniu, w jakim wpływają na moje osobiste szczęście” oraz „Martwię się o moje szczęście, nawet gdy czuję się szczęśliwy”. Należałoby przypuszczać, że ci, którzy zgadzają się z tymi wypowiedziami, powinni spijać nektar z każdej chwili swojego życia,  po to by czerpać z niej zadowolenie. Paradoksalnie wyniki badania były całkowicie odwrotne; osoby obsesyjnie szukające szczęścia były mniej zadowolone ze swojego życia, i częściej doświadczały objawów depresji w warunkach relatywnie niskiego stresu.

Docenianie szczęścia może prowadzić do jego zmniejszenia, paradoksalnie również wtedy, gdy doświadczamy czegoś pozytywnego. W jednym z eksperymentów wywoływano u badanych pozytywne emocje i okazywało się, że u „poszukiwaczy szczęścia” efekt był mniej zauważalny niż u osób, które choć chcą być szczęśliwe, nie skupiają się na tym w swoich działaniach. Im bardziej ludzie cenili sobie szczęście, tym niższe były ich wyniki na skalach: odczuwania przyjemności, ogólnego samopoczucia i zadowolenia, i tym wyższe na skali mierzącej objawy depresji.

Nakierowani na bycie szczęśliwymi otwieramy drzwi do naszego umysłu natrętnej myśli: „czas przepływa mi między palcami”. Nie tylko nie realizujemy tego, co jak sądzimy, wiedzie ku szczęśliwemu życiu, ale też żyjemy w przeświadczeniu, że zużywamy czas na wiele, mało ekscytujących czynności. Samo przypominanie sobie: zamiast siedzieć tutaj, mógłbym teraz … w tym miejscu Czytelniku wpisz dowolną czynność, która jest dla Ciebie ważna; to prosta droga do wywołania paniki i poczucia straconej chwili.

Nieprzerwane koncentrowanie się na tym, jaki mamy nastrój i co na niego oddziałuje, to bardzo efektywny sposób na pozbawienie się części przyjemności z: wykonywania codziennych czynności, ekscytacji oczekiwania na coś co czeka nas w przyszłości, czy doświadczania miłych zdarzeń. Dodatkową konsekwencją dążenia do własnego zadowolenia może być niszczenie relacji z innymi ludźmi, a w efekcie samotność. Badania pokazują, że ludzie, którzy bardzo cenią sobie własne szczęście, relatywnie częściej cierpią z tego powodu.

Wartości, jakimi się kierujemy wpływają na nas w dwojaki sposób. Po pierwsze im bardziej coś cenimy tym silniej nas to motywuje, tym więcej wysiłku wkładamy w osiąganie powiązanych z tym celów. Po drugie, im bardziej coś cenimy, tym wyżej stawiamy sobie poprzeczkę. Określamy standardy, którym trudno jest sprostać, zwiększając tym samym prawdopodobieństwo rozczarowania swoimi osiągnięciami. Badania pokazują, że im większą wagę ludzie przypisują szczęściu, tym mniej są szczęśliwi w pozytywnych sytuacjach, ponieważ czują się rozczarowani swoimi uczuciami. Powinienem czuć się lepiej, a tak nie jest. Wyjeżdżam w długo oczekiwaną podróż i nie czuję zachwytu, którego się spodziewałem – to typowy przykład dołującego mechanizmu. Paradoks polega na tym, że docenianie szczęścia może osłabić jego odczuwanie właśnie wtedy, gdy szczęście wydaje się najbardziej osiągalne.

Daje do myślenia?

A zatem co? Nie próbować być szczęśliwym?

Próbuj ,ale nie oczekuj cudów i nie myśl ciągle o szczęściu. Jak pisał kiedyś Anthony de Mello, kiedy przychodzi do mnie prostytutka, ciągle mówi o Bogu; kiedy przychodzi ksiądz, jego myśli są skoncentrowane wokół seksu.

Obsesja. Obsesja która sprawia, że nasze oczekiwania nie mogą zostać spełnione. Ludzie nadający dążeniu do szczęścia priorytetowe znacznie w swoim życiu, ustanawiają sobie standardy, których nie są w stanie osiągnąć.

Obok obsesji problemem jest podejście instrumentalne. Wykonuję określone czynności zalecane przez internetowych mistrzów życia bo chcę być szczęśliwszy, a nie dlatego że uważam je za ważne. Nie polubię sałaty, nie docenię jej smaku jeżeli jem ją bo tego wymaga dieta. Czym innego jest okazywanie ludziom wdzięczności a czym innym okazywanie jej po to by być szczęśliwszym. Czym innym jest radowanie się chwilą, a czym innym traktowanie tej czynności instrumentalnie, jako sposobu sięgania po szczęśliwe życie. Przykłady można mnożyć.

Szczęście może być trwałe, ale to nie jest równoznaczne z tym, że całe nasze życie jest nieprzerwanie wypełnione ekstatyczną radością. Tak jest tylko w reklamach, a zauważ, że zwykle trwają mniej niż 30 sekund. Bez względu na to, ile włożymy w to wysiłku, zawsze gdzieś na swej drodze napotkamy smutek, frustrację, rozczarowanie, strach. Zaakceptuj to. Może będzie łatwiej, jeżeli uświadomisz sobie, że negatywne uczucia, tak samo ból fizyczny, mogą być pożyteczne. Ostrzegają, kierują, motywują. Uczmy się je rozpoznawać i wykorzystywać.

A przede wszystkim: wyluzujmy.