„Muzyka jest jedyną zmysłową przyjemnością pozbawioną znamion grzechu.”
Samuel Johnson

Lenin nie lubił muzyki Beethovena ponieważ, jak sam twierdził, sprawiała ona, że chciał poklepywać innych po głowie. Freud uważał, że przyjemność ze słuchania muzyki można odnaleźć tylko w jej zrozumieniu, dlatego się jej obawiał wyrażając to słowami: „jakiś racjonalistyczny, a może analityczny, umysł we mnie buntuje się przeciwko byciu poruszonym przez coś, gdy nie wiem, dlaczego tak mnie porusza i na mnie wpływa”.

Inni zauważali, że niebezpieczeństwo muzyki zawiera się nie tyle w tym, że wyłącza ona działanie umysłu ale w tym, że porusza ciało. Tak zwani ideolodzy dzieła muzycznego chcieli by postrzeganie muzyki ograniczyć do analizy, wyłączając w ten sposób zmysłowość. Estetyczną reakcją na muzyczne dzieło sztuki miało być uwolnienie się odczuć zmysłowych, i pozwolenie by działało ono w sposób niezakłócony, przez piękno swej formy. To by tłumaczyło nieformalny wymóg zachowania sztywności postawy podczas wizyty w operze czy filharmonii. Ale też stoi w dość silnej sprzeczności wobec zachowań bywalców koncertów rockowych. Na szczęście dla nich jest wielu badaczy, którzy uznają, że „hipoteza guzika zapiętego pod szyją” nie jest poprawna. W ich ocenie, muzyka jest doświadczeniem absolutnie zmysłowym.

To po co ta muzyka w ogóle jest?

Choć wydaje się to banalne i upraszczające, większość naszych zachowań, służy zaspokajaniu potrzeb związanych z przetrwaniem i prokreacją. Wydaje się, że ukształtowani przez tysiące lat ewolucji nie powinniśmy skłaniać się do tego, by poświęcać czas, pieniądze i energię na chłonięcie i tworzenie dźwięków, nawet jeżeli te złożone są w nokturn b-moll Chopina czy Bohemian Rhapsody grupy Queen. A mimo to słuchanie muzyki to jedna z najpopularniejszych czynności. Towarzyszy nam w pracy, podczas odpoczynku, w czasie posiłków czy spotkań z przyjaciółmi. Bywa też, że słyszymy ją nie z własnego wyboru, jak choćby na campingu, na plaży czy z powodu grill party u sąsiada i bum bum tonów z przejeżdżającego samochodu.

Dowody na to, że homo sapiens z entuzjazmem oddawał się tworzeniu i słuchaniu muzyki, pochodzą z przed niemal ćwierć miliona lat. Choć raczej nie śpiewano wtedy „music is my aeroplane”, i nie nucono pod nosem „kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków” (No dobra w tym drugim przypadku nie mam całkowitej pewności), muzyka powstała i czemuś służyła.  Ale czemu?

Psycholodzy ewolucyjni sugerują, że w czasach gdy nasi przodkowie żyli głównie na drzewach, dźwięk był sposobem koordynowania zachowań grupy, wzmacniał więzi społeczne, służył: rozwiązywaniu animozji, wymuszaniu uległości czy budowaniu dominacji. W tych okolicznościach ktoś, kto lepiej niż inni potrafił przenosić znaczenia i wzbudzać emocje poprzez emitowanie dźwięków, zwiększał swoje szanse reprodukcyjne. Jakby się na tym zastanowić niewiele się zmieniło: czyż bowiem nie jest tak, że jednym z podstawowychpowodów zakładania grup rockowych przez nastoletnich szarpidrutów jest właśnie chęć uwodzenia fanek.

Pamiętacie jeszcze Dire Straits?

That ain't workin' that's the way you do it
Money for nothin' and chicks for free
To nie praca, tak to się właśnie robi
Pieniądze za nic, laseczki za darmo

Przyznam, że wytłumaczenie iż muzyka pierwotnie służyła głównie jako narzędzie do uwodzenia jakoś do mnie przemawia. Szczególnie odkąd w jednym z filmów usłyszałem, jak ojciec ostrzega córkę przed umawianiem się z wokalistą rockowym. Ale czy muzyka rzeczywiście powstała tylko po to by dawać przewagę w miłosnych konkurach? Wyjaśnień powstania muzyki, również tych odnoszących się do ewolucji, jest znacznie więcej. Jedno z ciekawszych przedstawił Dean Falk.  Sugeruje on, że chcąc uwolnić ręce od noszonego dziecka, matki zaczęły śpiewać i nucić, by w ten sposób wysyłać sygnał: „chociaż cię nie dotykam, to jestem blisko”.  W literaturze zyskało to miano „hipotezy odkładania”. Matka, chcąc robić inne rzeczy lub po prostu odpocząć, nuciła dziecku a ono się uspokajało. A zatem muzyka miała bardzo konkretne zastosowanie.

Podobny sposób teoretyzowania zasadza się na stwierdzeniu, że muzyka sprzyja spójności społecznej. Pieśni niewolników, robocze i wojenne, kołysanki i hymny narodowe – łączą ze sobą rodziny, grupy i całe narody. Nie trzeba daleko szukać, zaraz przecież znowu będzie: „Polska, Biało Czerwoni” a potem „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Dzieląc wspólne dźwięki tworzymy grupę, stajemy się jednością. Przynajmniej do ostatniego taktu. Później bywa różnie.

Decydując o tym, jakiej muzyki słuchamy, przy jakiej się bawimy, i w jakiej się zakochamy; pośrednio wybieramy ludzi, którzy mogą być naszymi przyjaciółmi, gdyż podzielają nasze upodobania, w ten sposób wybieramy też miejsca, w których bywamy, i sposób spędzania czasu (koncerty, festiwale).

Badacze, którym nie było po drodze z wyjaśnieniami ewolucyjnymi, szukali wskazówek na temat źródeł muzyki przyglądając się jej zastosowaniom. Zauważono, że muzyka może służyć budowaniu tożsamości i identyfikacji kulturowej. Jak byłem nastolatkiem, to jedno z pierwszych pytań jakie słyszałem od nowopoznanej osoby zawsze brzmiało tak samo: „a jakiej muzyki słuchasz?”. Łatwiej mi przychodziło rozmawiać z kimś kto lubił Kult, T.Love, U2 czy Metallicę  niż z kimś kto ubóstwiał trzy panie na S: Sandrę, Sabrinę i Samantę.

Nie opiszemy wszystkich funkcji muzyki. Z każdym kolejnym badaniem ich zbiorcza lista się wydłuża. Niedawno Walker Kennedy wymienił ich aż 47. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka faktów popartych badaniami:

· Muzyka uszczęśliwia: słuchając poruszających dźwięków uwalniamy dopaminę. Co ciekawe robimy to także wtedy, gdy czekamy aż zabrzmi dobrze nam znany utwór lub jego fragment.

· Muzyka zmniejsza odczuwanie lęku: choćby Now we are free skomponowany przez Hansa Zimmera do filmu Gladiator u niejednego z nas prostuje włoski na przedramieniu.  Dźwięki tak ułożone by wywoływać dreszcze u słuchacza zmniejszają aktywność tej części naszego mózgu, która jest powiązana z lękiem i prowadzą do obniżenia poziomu kortyzolu.

· Muzyka aktywuje skojarzenia…niestety nie zawsze jest to pozytywne. Znane powszechnie zjawisko cichych dni  i towarzysząca mu dość napięta  atmosfera, nierzadko są pokłosiem tego, że pobudzona przez muzykę samica homo sapiens zadaje pytania, na które samiec tegoż gatunku nie potrafi odpowiedzieć: coś o pierwszym tańcu na weselu, albo o sukience, którą ona miała w czasie pamiętnego koncertu w roku 1969.

· Muzyka to forma ucieczki, a jej podstawową funkcją jest sprawianie przyjemności słuchaczowi, ale też wykonawcy. Muzyka potrafi poruszyć nas emocjonalnie i wykorzystujemy ją do wywoływania, wzmacniania lub osłabiania określonych nastrojów: gotowości do relaksu lub ruchu, nastroju nostalgii lub wspomnień, pragnienia odpoczynku lub kontemplacji.

· Naukowcy medyczni twierdzą, że systematyczne słuchanie muzyki może obniżyć ciśnienie krwi, i zmniejszyć częstość akcji serca o trzy lub cztery uderzenia na minutę. Coś mi mówi, że nie badali osób słuchających metalu.

· Ponadto wyniki 97 badań odkrywają przed nami, że muzyka może być wykorzystywana w medycynie: zmniejsza intensywność bólu i stres, a przy tym wzmacnia efekt środków znieczulających.

· Muzyka wzmacnia wydolność. Już w 1911 roku Ayeres zaobserwował, że zawodnicy uczestniczący w 6 dniowym wyścigu kolarskim jechali o 8,5% szybciej, gdy towarzyszyły im dźwięki orkiestry wojskowej. Tego typu badań jest dziś znacznie więcej. Liczne dowody naukowe sugerują, że słuchanie muzyki podczas uprawiania sportu niesie za sobą pozytywny wpływ na: odczuwany nastrój i emocje, postrzeganie wysiłku i zużycie tlenu. Może się tak dziać gdyż docierające do mózgu dźwięki mogą hamować fizjologiczne sygnały zwrotne płynące z organizmu. Doświadczamy, w jakimś stopniu, niedoinformowania o tym, że jesteśmy zmęczeni, a dzięki temu nasza wydolność rośnie.

A zatem słuchajmy. Chce tego nasz mózg i nasze ciało. A jeżeli kogoś jeszcze trzeba przekonywać to pozwólcie, że odwołam się do słów Friedricha Nietzsche: „Bez muzyki życie byłoby błędem” .