Bliźnięta syjamskie należą do najrzadszych istot ludzkich. Każdego roku na całym świecie rodzi się zaledwie kilkaset takich par – pojawiają się raz na 100 tysięcy urodzeń. Ponad połowa rodzi się martwa. Zdecydowana większość pozostałych umiera w ciągu kilku dni od przyjścia na świat. Przeżywa zaledwie garstka. A tylko niektóre pary nadają się do chirurgicznego rozłączenia. Zabieg ten jest nie tylko trudny technicznie, ale często musi zostać poprzedzony decyzją, które z dzieci ma przeżyć, a które umrzeć. Wszystko to sprawia, że na całym świecie bardzo trudno jest znaleźć dorosłe pary nierozłączonych bliźniaków syjamskich. Jedną z nich tworzą Lori i George (wcześniej Reba) Schappell.

Żyją i mają się dobrze.

Mało tego, otwarcie deklarują, że są szczęśliwi.

Ej, ej wstrzymaj konia. Czy ty napisałeś „szczęśliwi”?

Czy można być szczęśliwym będąc całe życie zrośnięty głową z inną osobą?

A co z tymi wszystkimi rzeczami, które robimy a oni robić nie mogą?

Co ze swobodą poruszania się? Relacjami z innymi?

Co z pracą, podróżowaniem, uprawianiem sportu czy życiem intymnym?

Jak ktoś, kto w dużej mierze jest pozbawiony tych wszystkich możliwości może uważać się za człowieka szczęśliwego?

Jeżeli takie były twoje myśli, (w sekrecie dodam, że moje też) to reagujesz tak samo, jak przez dziesięciolecia zdecydowana większość badaczy społecznych. Przyjmujesz założenia na temat tego, co jest źródłem szczęścia i odnosisz to do obserwowanej rzeczywistości. Zapominając przy tym o prostej zasadzie: tylko człowiek sam może określić, czy jest szczęśliwy. Koniec końców ocena szczęścia zależy od człowieka. Choć naukowcy starają się znaleźć jakieś wzory w rodzaju: im lepsze zdrowie tym bardziej jesteśmy szczęśliwi; nigdy nie będą one opisywały na równi wszystkich ludzi.

Miara jest kluczem.

Definicji nauki jest wiele. Podejść do nauki jeszcze więcej, ale jest coś co w dyskusjach naukowców jest uznawane za pewne: nauka zaczyna się wtedy gdy możemy coś zmierzyć. Dlatego, kiedy ktoś nieznajomy dowiaduje się, że zajmuję się szczęściem i rzuca pytanie: „jak to mierzysz?”, od razu wiem, że mam do czynienia z naukowcem. Zwykły, albo niezwykły człowiek, ale nie-naukowiec pyta raczej: „co trzeba robić by być szczęśliwym?”

Szczęście uważano za niemierzalne więc było przedmiotem, mówię to bez ironii, bardzo ciekawych i ważnych rozważań filozofów oraz, teraz nieco ironicznie, wzniosłych a jednocześnie podłych gatunkowo pieśni jarmarcznych. W nauce twardej, obiektywnej, mierzalnej brakowało dla niego miejsca. A co dopiero w ekonomii, której wyznawcy (lekki sarkazm) zamykali rzeczywistość w bardzo eleganckich i odległych od rzeczywistości modelach. Ekonomiści często nie cieszyli się estymą badaczy prawdziwego życia. Żartowano, że ekonomista to ktoś komu opisano człowieka, ale nigdy żadnego nie widział.

Ostatnie dwie, może trzy, dekady, wiele jednak zmieniły.

Zaczęło się od tego, że w większym stopniu niż wcześniej, dopuszczono ludzi do głosu.

Dosłownie.

Naukowcy zawsze cenili przede wszystkim miary obiektywne; coś było uznawane za prawdziwe, tylko jeżeli bez względu na to kto i ile razy wykona pomiar, wynik jest zawsze taki sam. Obiektywnego pomiaru dokonuję stając na wadze, mierząc wzrost, czy licząc przeżyte lata lub spoglądając na wyciąg z konta bankowego (brrrr!).

W opieraniu się na miarach obiektywnych oczywiście nie ma nic złego. Mało tego, to bardzo dobry pomysł. Grzechem ekonomii i innych nauk społecznych było jednak przyjmowanie określonych założeń, które nie tylko były nieweryfikowane ale często wręcz nieweryfikowalne.

Jak w starym kawale akademickim.

Po katastrofie statku trzech rozbitków: chemik, fizyk i ekonomista trafiło na bezludną wyspę. Jedyne co im się udało uratować to zamknięta na klucz skrzynia, prawdopodobnie zawierająca narzędzia przydatne rozbitkom. Podczas gdy chemik i fizyk starają się wymyślić sposób na otworzenie zamka, ekonomista siedzi na piasku i się uśmiecha. W końcu fizyk nie wytrzymał: „Dlaczego się śmiejesz? Może byś nam pomógł.” A na to ekonomista: „Ależ naturalnie, załóżmy, że mamy kluczyk…”.

Przez bardzo długi czas dominowała paternalistyczna zasada: „my wiemy co dla ciebie dobre”.  Większość badaczy po prostu zakładała, że niektóre rzeczy sprzyjają szczęściu inne zaś nie. Lori i Reba nie mogły być szczęśliwe. To oczywiste. Zrozumiałe samo przez się. Nie wymagało dodatkowego wyjaśnienia. Przecież nie ma nic kontrowersyjnego w stwierdzeniu: „Drogi człowieku, którego nie znam, żeby być szczęśliwy potrzebujesz: jedzenia, zdrowia, wykształcenia, pieniędzy, kontaktów z innymi, statusu społecznego, psa lub kota etc.” Dlatego w ekonomii stosuje się takie miary jak: Produkt Krajowy Brutto (gospodarka rośnie więc jest ci lepiej), dochód gospodarstwa domowego (stajesz się bogatszy, a więc jesteś szczęśliwszy) czy oczekiwana długość życia (im więcej tym lepiej, to przecież oczywiste).

Badania sondażowe.

W którymś momencie pojawiła się jednak refleksja: czy to co uważamy za dobre, na pewno takie jest? A może jest dobre, ale niewystarczające do bycia szczęśliwym?

Przecież człowiek, który nie ma gorączki i nadwagi jest zadowolony ze swojego zdrowia. My to wiemy ale czy on to wie?

Ktoś kto zarabia dużo, może wydawać dużo, na rzeczy, które są dla niego ważne, dają mu przyjemność albo inną formę spełnienia. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy relacja bogactwa i szczęścia jest tak silna jak można by oczekiwać?

Takie kompletnie nierozsądne, naiwne i nieżyciowe rozważania doprowadziły do tego, że w potężnych badaniach sondażowych zaczęto ludziom zadawać proste pytania: Biorąc wszystko pod uwagę, jak bardzo jesteś zadowolony ze swojego życia? Oceń na skali od 1 do 10. Określeniu poziomu szczęścia służyły połączone ze sobą pytania, jak choćby 5 pytań na skali satysfakcji życia autorstwa Eda Dienera. W największym badaniu szczęścia na świecie prowadzonym przez Gallup dla Organizacji Narodów Zjednoczonych wykorzystywana jest tak zwana „drabina Cantrila” i pytanie brzmi mniej więcej tak: „Spójrz na rysunek drabiny i przyjmij, że jej najniższy szczebel symbolizuje najgorsze życie, jakie możesz sobie wyobrazić, a jej najwyższy szczebel to życie najlepsze z możliwych. Zaznacz szczebel, na którym teraz się znajdujesz”.

Duże badania sondażowe, które wychwytują dochodowe i niedochodowe przyczyny dobrostanu człowieka, często dostarczają ważnych informacji na temat tego czego doświadczają ludzie i jakie to ma dla nich konsekwencje. Pytania w nich użyte opierają się na założeniu, że każdy z nas potrafi ocenić swoje życie i, co najważniejsze, ocenia je stosując własne, a nie opisane w podręcznikach, kryteria.

To ja jestem sędzią.

Mogę być szczęśliwy nawet jeżeli obiektywnie nie mam do tego prawa; jestem chory, biedny albo rozwiedziony. Deklarowana przeze mnie satysfakcja z życia to efekt procesu poznawczego, refleksji nad tym co dobre i złe, moja ocena przy zastosowaniu moich kryteriów; i jako taka jest najczęstszym sposobem pomiaru szczęścia. Oczywiście jest daleka od ideału: stosunkowo łatwo może się zmieniać, może zależeć od nastroju czy być emocjonalną reakcją na ostatnie doświadczenia. Przykładowo uczestnicy eksperymentu, którzy znaleźli kilka monet w kserokopiarce postrzegali swoje życie lepiej niż ci, którzy nie znaleźli nic. Takie doświadczenie nie powinno wpłynąć na to, jak oceniam całe swoje życie; a jednak wpłynęło. Idąc tym tropem: podrzućmy każdemu kilka złotówek, tak by przypadkowo je znalazł, a problem szczęścia narodów zostanie rozwiązany. To poważny problem dlatego tego typu metody stosuje się głównie w dużych, przeprowadzonych na reprezentatywnej próbie, badaniach sondażowych. A wyniki uzyskane dla pojedynczych osób nie mogą być ze sobą porównywane.

Pytania w czasie rzeczywistym. Emocjonalny dobrostan.

Stosowana metoda pomiaru zależy oczywiście też od tego jak definiujemy szczęście. Wspomniana wcześniej samoocena wymaga od pytanego refleksji nad swoim życiem. Często jest to trudne i obarczone błędem. Dlatego niektórzy badacze, jak laureat nagrody Nobla Daniel Kahneman, twierdzą, że szczęście może być oceniane tylko w momencie jego odczuwania. Mierzyć należy więc emocje związane z tym, co człowiek doświadcza tu i teraz. Dzięki temu unikamy opierania się na bardzo zawodnej pamięci oraz eliminujemy wpływ, jaki na nasze odpowiedzi ma sytuacja (np. niewielu z nas przyznałoby się ankieterowi, kompletnie obcej nam osobie, że nie jesteśmy zadowoleni z życia seksualnego czy relacji z rodzicami). Współcześnie, dzięki temu, że większość ludzi używa telefonów komórkowych zbieranie danych w czasie rzeczywistym jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Badani kilka razy dziennie proszeni są o ocenę tego co czują i w ten sposób tkamy obraz ich życia, na który składają się liczne doświadczenia i odczuwane emocje. Metody skupione na pomiarze emocji uznawane są za złoty standard w odzwierciedlaniu rzeczywistych doświadczeń, mierzą jednak coś innego niż metody sondażowe: emocjonalny dobrostan a nie wynikającą z namysłu ocenę własnego życia.

Jak jeszcze mierzy się szczęście?

Poza wspomnianymi powyżej stosuje się jeszcze:

Podejście biologiczne

Badacze poszukują oznak szczęścia w naszym mózgu. Nie tylko myśli i wszystkie wykonywane czynności, są przez niego kierowane.  Nastrój, emocje, uczenie się, i wielkie uczucia takie jak miłość, też znajdują swój wyraz w aktywności tego organu. Biolodzy badający szczęście skupiają się głównie na dwóch neuroprzekaźnikach odpowiedzialnych za to jak się czujemy: dopaminie i serotoninie. Ta pierwsza odpowiada głównie za nastrój w tej chwili. Ta druga, budzi większe zainteresowanie, bo jest kojarzona ze szczęściem i optymizmem; choć badania wykazały, że większy poziom serotoniny prowadzi też do polepszenia nastroju. Poziom serotoniny zmniejsza się w depresji, dlatego też większość współczesnych leków antydepresyjnych działa poprzez zwiększanie jej ilości.

Poza serotoniną i dopaminą, najczęściej bada się jeszcze poziom endorfin, też określanych mianem neuroprzekaźnika szczęścia. Endorfiny uwalniają się podczas ciągłego wysiłku fizycznego, jedzenia czekolady, radosnego śmiechu czy uprawniania seksu. Dlatego lekarze zalecają chodzenie, bieganie, medytację czy słuchanie muzyki, – każda z tych aktywności służy uwalnianiu tego hormonu, który dodaje sił i pewności siebie, polepsza nastrój i zwiększa odczuwanie radości.

Poza neuroprzekaźnikami naukowcy testują inne metody. Jedną z nich jest Happimeter”. Opracowana przez Jannik Roessler i Petera Gloora metoda opiera się na śledzeniu szczęścia i stresu poprzez analizę sygnałów, takich jak zmiany w prędkości bicia serca, wysyłanych przez ciało i gromadzonych przy użyciu smartwatcha.

Podejście behawioralne

Naukowcy mierzą też szczęście obserwując zachowania. Przykładowo ocenia się częstotliwość śmiechu czy szczerość uśmiechu. W badaniach setek osób potwierdzono, że szczęście łączy się z umiejętnością śmiechu i obojętne jest, czy śmiejemy się z powodu tego co doświadczamy, czy też z dobrego żartu. Śmiech jest źródłem satysfakcji. Ci, którzy śmieją się częściej, nawet o jedną trzecią zwiększają swoje szanse na to by być szczęśliwymi.

Coraz częściej też mierzy się szczęście poprzez analizę zawartości mediów społecznościowych. Badacze analizują np. jakie emotki są używane przez użytkowników Twittera czy Facebooka, albo jakiego rodzaju słowa dominują w komunikatach tekstowych. Ta pierwsza metoda pokazała na przykład, że najszczęśliwsi spośród Amerykanów są mieszkańcy Hawajów a najmniej szczęśliwi mieszkańcy Luizjany. Analiza setek tysięcy tweet-ów wskazała z kolei, że najmniej szczęśliwi jesteśmy w poniedziałki, a nasze szczęście rośnie znacząco, gdy wiosną wydłużają się dni a skracają noce.

Kilka słów na koniec.

Temat pomiaru szczęścia jest tak obszerny, że sam w sobie zasługuje na książkę, albo przynajmniej długaśny artykuł naukowy. Starałem się go tylko nieco przybliżyć tym, dla których sprawy te są obce. Świadomie opuściłem treści związane z wiarygodnością miar. Proszę o wybaczenie tych, którzy po przeczytaniu lub wysłuchaniu pozostają nienasyceni i pełni wątpliwości.