Na początek odpowiedzcie na pytania:

Jak sądzicie czy wykonuję pracę zmywając naczynia? Piorąc? Prasując? Sprzątając? Gotując? Robiąc zakupy w warzywniaku? Naprawiając samochód? Malując płot?

W porządku, wiem, to było łatwe. To teraz nieco trudniejsze:

Czy pracuję, gdy przeszukuję strony internetowe w poszukiwaniu najlepszej oferty last minute, promocji na hotel w Barcelonie, albo atrakcji na weekend?

Czy pracuję, gdy przygotowuję romantyczną kolację dla żony, gotuję obiad dla rodziny albo testuję nowe przepisy?

I co dalej łatwo? Macie dość? Jeszcze nie? To na dobicie:

Czy pracuję grzebiąc w ziemi, bo lubię pracę w ogrodzie?

Czy pracuję idąc na spacer z psem?

Czy pracuję, gdy czytam dziecku książkę na dobranoc, bawię się z nim klockami albo zabieram do kina? Czy pracuję pisząc bloga, nawet jeżeli nie zarabiam na tym pieniędzy?

Dam Wam chwilę na zastanowienie.

Już?

No to czas na odpowiedzi, a raczej odpowiedź. Każda z czynności, które wskazałem to PRACA.

Już widzę wywołane zdziwieniem zmarszczenie na nieskażonych botoksem czołach.

Ale jak to? Szukanie hotelu na wakacje? Zabawa z dzieckiem? Spacer z psem? To wszystko ma być pracą?

Kiedy zabieram czworonożną Orę na spacer to pracuję?

Pracuję, kiedy czytam dziecku o proszku pierdzioszku  w kolejnej części opowieści o doktorze Proktorze?

Pracuję, gdy przelatuję przez oferty w necie?

Coś tu nie pasuje…

A jednak.

W nauce określamy pracą każdą czynność, która może być wykonana przez kogoś innego, bez utraty użyteczności osób korzystających, to tzw. kryterium osoby trzeciej. Mówiąc inaczej: jeżeli ktoś może mnie zastąpić, mogę zapłacić komuś by zrobił coś za mnie, to jest to pracą. Możliwe jest zatrudnienie opiekunki do dziecka a to oznacza, że sprawowanie opieki to praca. Mogę zapłacić komuś by skosił mi trawę, wyprowadził psa, przejrzał oferty albo ugotował obiad, a to znaczy, że każda z tych czynności jest pracą. Nie mogę wynająć kogoś by przeczytał za mnie książkę, poszedł pobiegać albo się wyspał. A zatem czytanie, jogging i spanie pracą nie jest.

Bywa, że ciężko nam to przyjąć bo myśląc o pracy pozostajemy zwykle niewolnikami poglądów dawno nieżyjących ekonomistów. Powszechnym jest przekonanie, że pracą jest to, za co nam płacą, co robimy od ósmej do szesnastej. A przy tym praca musi być nużąco mozolna. Powinna być czymś czego wolelibyśmy unikać.

Zacznijmy od pierwszego z tych założeń; praca jest wtedy gdy mi za nią płacą. Kwintesencją  takiego myślenia jest zdanie, które można czasami słyszeć: „nie, ona nie pracuje, jest z dzieckiem w domu”. W jednej z książek cytowałem mężczyznę, który zapytany o to, czy żona pracuje, odpowiedział, że nie. Poproszony by opisał jej dzień opowiadał o tym, że jego żona wstaje po czwartej by nanosić drewna, przynieść wodę ze strumienia, przygotować śniadanie, potem pierze ubrania, zajmuje się dziećmi, dba o zwierzęta, robi porządki, gotuje, przynosi mężowi posiłek na pole, a gdy on idzie spać, ona jeszcze się krząta w gospodarstwie.

Kiedy naukowiec przeprowadzający badanie zauważył:

ale przecież mówił pan, że żona nie pracuje,

zdziwiony tą uwagą mężczyzna odpowiedział:

Nie, powiedziałem panu przecież, ona zostaje w domu.

Przyznaję, trochę mu zazdroszczę. Posiadanie łatwych reguł tłumaczących świat to coś czego naukowcom zwykle brakuje. Ktoś mi płaci – praca, nie płaci – nie praca. Idąc tym tropem docieramy do miejsca zwanego zakątkiem paradoksu. Wyobraźmy to sobie: kobieta, która zajmuje się dzieckiem w domu jest po prostu w domu, ale gdy ta sama kobieta, pójdzie zajmować się cudzym dzieckiem, za pieniądze, to powiemy, że pracuje. Czynność ta sama a definicja inna? Wbrew powszechnym poglądom fakt, że ktoś płaci nam za to, że coś robimy nie jest kryterium odróżniającym pracę od niepracowania. Ta zasada działa też w drugą stronę: to, że ktoś wykonuje pracę wcale nie oznacza, że należą mu się za to pieniądze. Zanim jednak o tym napiszę, do omówienia zostało nam jeszcze drugie z kryteriów: czerpanie radości z pracy.

Między zwojami mózgu trudno nam przepchnąć myśl, że coś co sprawia nam przyjemność jest pracą. On czerpie przyjemność z zabawy z dzieckiem, a ona uwielbia chodzić na spacer z psem. Trudno nam połączyć to z takim słowami jak; harówa, produkcja, mordęga, robota, czy jeszcze bardziej kolokwialnie, zachrzan. Tymczasem przykrość, jaką sprawia nam to, co robimy, nie odróżnia pracy od innych czynności. Musiałoby to oznaczać, że zawsze gdy ktoś lubi to co robi, to nie pracuje, a gdy cierpi i się męczy to pracuje. Brzmi mało logicznie. Prawda?

Ważne jednak w tym kontekście jest wykonywanie czynności produktywnej. Dziecko musi mieć opiekę, a że akurat sprawuję ją bawiąc się z nim, nie zmienia istoty tego co robię; dostarczam opiekę. Pies musi być wyprowadzony na spacer, a że lubię to robić, nie ma żadnego znaczenia. Gdyby było inaczej, to spacer z psem w listopadową pluchę musiałby być bardziej pracą niż rzucanie psu kija w słoneczne wiosenne popołudnie. Oczywiście, zauważyliście na pewno, że kryterium trzeciej osoby, w tym przypadku nie do końca się sprawdza. Bo tak samo jak nikt nie może mnie zastąpić w wysypianiu się – Panie Karolu proszę iść się za mnie wyspać, tak bym za 6 godzin był wyspany – tak samo nie do końca jesteśmy zastępowalni w innych czynnościach. Są bowiem czynności, które łączą w sobie elementy pracy i odpoczynku.

Przekonałem Was?

Nie do końca?

To dobrze.

Najpierw odniosę się do tego, co sygnalizowałem wcześniej; wykonywanie pracy niepłatnej w domu nie oznacza jeszcze, że należy się za nią zapłata. Jednym z powodów jest to, że owoce naszej pracy trafiają najczęściej do nas i naszych bliskich. Jeżeli gotuję obiad, sprzątam, piorę czy zajmuję się dzieckiem, to ostatecznie moja rodzina smacznie je, mieszka w czystym domu, nosi niepoplamione ubrania i ma przeczytanego doktora Proktora. Zapłatę zwykle otrzymujemy za to, co zrobiliśmy, ale z czego korzystają inni. Gdybyśmy porzucili tę zasadę to naprawiając w domu kran powinienem oczekiwać wynagrodzenia równego temu, które otrzymuje hydraulik. Oczywiście, pod warunkiem, że mi się uda – co przynajmniej w moim przypadku – nie jest regułą.

Przyznajcie: to dość niedorzeczne.

Kryterium osoby trzeciej opiera się na założeniu, że jest jakieś zadanie do wykonania i nie ma większego znaczenia, kto je wykona. Zauważmy jednak, że pozwalając na to, by ktoś nas zastąpił, czasami nawet za to płacąc, nie tylko sami pozbawiamy się radości ale też możemy umniejszyć radość innych. Obiad ugotowany w domu zawiera w sobie nie tylko minerały, węglowodany i białka, ale też informację: „robię to bo jesteś dla mnie ważny”. Czytanie dziecku książki to nie tylko odhaczanie kolejnej czynności z elementarza dla super rodziców, ale też tworzenie relacji, na której korzysta i dziecko i rodzic. Nawet pies woli chodzić na spacer ze swoim panem niż z kimkolwiek innym. Tak mi się przynajmniej wydaje… Kotu za to wszystko jedno, kto napełni mu michę.

Czy teraz już wiecie dlaczego postanowiłem pisać o pracy niepłatnej? Wierzę, że trzeba o niej mówić by ją szanować. Zbyt często pozostaje niepoliczona i niedoceniana. Nie jest nieważna, jak chcieliby niektórzy; nie jest też pracą- miłość, za którą nie należy się docenienie, jak chcieliby inni. Okrutna ironia niepłatnej pracy domowej polega na tym, że zostaje zauważona i doceniona zwykle wtedy, gdy nie jest wykonywana.

Uderzmy w wysokie tony:

- niepłatna praca w domu to podstawa naszej gospodarki (dane pokazują, że nawet w bogatych krajach wartość pracy niepłatnej sięga 40% produktu krajowego brutto);

- niepłatna praca w domu to często mniejsze szanse w szkole i na rynku pracy dla osób ją wykonujących – w większości społeczeństw na świecie to kobiety i dziewczynki;

- niepłatna praca w domu, to źródło nierówności płciowych ( o tym już kiedyś pisałem w tekście: Jestem mężczyzną. Nie pomagam w domu!)

A schodząc całkiem na ziemię, tak blisko jak to dotyka lub może dotknąć każdego z nas. Stwórzcie sobie obraz w głowie: kobieta, która była aktywna zawodowo, rodzi dziecko i zajmuje się nim w domu. Jakiś czas potem zachorował jej ojciec. Z dnia na dzień wrócenie do pracy przestaje być finansowo opłacalne. Zostaje więc w domu. Doświadcza tego co dobre ale i tego co złe. Zdarzają się dni, gdy błogosławi każdą chwilę spędzaną z bliskimi i takie, gdy po dwugodzinnym wielokrotnie przerywanym śnie, nie umie zachować spokoju spoglądając na lądującą na podłodze kaszkę.

Będąc wykładowcą, urzędnikiem, dziennikarzem czy sprzedawcą nadal będziesz twierdzić, że to co ty robisz jest pracą, a to co robi ONA pracą nie jest?

To jeszcze nie koniec. Już za tydzień o tym, jak wycenia się wartość pracy niepłatnej.