Wskaźniki:

inspiracja: 0

werwa: 0

animusz: 0

Poczucie bezsensu, marazm, pustka: 10

To poniedziałek? A może po prostu brak kawy?

Zabrzmi, jak w reklamie leków: to może być languishing.

Languishing to pojęcie stworzone przez Coreya Keyesa. Można je tłumaczyć jako „osłabienie”, "brak werwy/animuszu”, „marnienie”, albo też mniej formalnie „ciężkie zwlekanie się z wyra”. Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologów definiuje, to jako brak zdrowia psychicznego charakteryzujący się znudzeniem, apatią i utratą zainteresowania życiem. To przeciwieństwo zapału, zaangażowania, poczucia celu. Osoby nim dotknięte wiedzą, że dobre życie istnieje, ale uznają je za nieosiągalne. Gdy szukam metafory do tego by to opisać przypomina mi się musical Metro i Katarzyna Groniec śpiewająca:

Co dzień ta sama zabawa się zaczyna
I przypomina dziecinne twoje sny
Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się ugina
I tam są wszyscy, a naprzeciw – ty

Ludzie doświadczają osłabienia w różny sposób. Tym, co łączy wszystkich jest brak motywacji i ogólne zobojętnienie. To poczucie stagnacji; utknąłem i nie mogę się poruszyć; i pustki: nic mnie nie kręci, nie interesuje, nie pociąga. Grzęźniemy i przedzieramy się przez błoto, a świat, który widzimy wydaje się być zamglony, nieostry. Na pytanie: „Jak ci leci?”, najchętniej odpowiedzielibyśmy przeciągłym stęknięciem, niczym nastolatki wracające ze szkoły.

Choć u pozbawionych werwy ludzi nie dostrzega się symptomów choroby, nie są też oni okazem zdrowia psychicznego. Brakuje im motywacji, mają trudności z koncentracją, nie interesują się życiem wokół, i nie szukają rzeczy, które zwykle przynosiły im radość. Choć psychicznie mogą nie czuć się ani dobrze ani źle, każde zadanie, przed którym stają, okazuje się być bardziej wyczerpujące niż to bywało wcześniej. Nie są leniwi. Po prostu nie czują radości z tego co robią, trudno im się zebrać, i częściej mają ogólnie złe samopoczucie.

W opublikowanym w 2002 roku artykule, Corey Keyes zauważa, że ci sami ludzie, którzy nie chorują na depresję jednocześnie nie są wcale kwitnący. To właśnie oni są najbardziej narażeni na doświadczenie zaburzeń psychicznych w przyszłości. Według szacunków autora 12% osób dorosłych doświadcza marnienia. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem zaskoczony. Tylko 12?  Niebezpieczeństwo poczucia blee kryje się w tym, że często go nie zauważamy. Stajemy się obojętni na własne zobojętnienie. Znika nasz zachwyt nad światem. Ulatniają się popędy. Pozostając ślepymi na własne marnienie nie szukamy pomocy.  Choć dla laików może to wyglądać na depresję - to wcale nią nie jest. Jak na łamach The New York Times pisał psycholog Adam Grant to, że nie kwalifikujemy kogoś jako „cierpiącego na depresję” nie oznacza, że ta osoba nie zmaga się z trudnościami. To że ktoś nie jest zdiagnozowany jako „wypalony” nie jest równoznaczne z uznaniem go za pełnego wigoru. „Marnienie” jest bowiem gdzieś w połowie skali między depresją a rozkwitaniem.

Radzenie sobie z poczuciem „blee”

Choć każdy przypadek jest oddzielny i może wymagać specjalistycznej pomocy psychologowie sformułowali ogólne zalecenia, które mogą pomóc w radzeniu sobie z marnieniem. Wspomnę tylko trzy z nich: przepływ (ang. flow), unikanie skrajności, oraz akceptacja i samowspółczucie.

#Flow

Wspomniany wcześniej psycholog, Adam Grant, szukał rozwiązania w koncepcji przepływu. Flow to doświadczenie, w którym tak bardzo koncentrujemy się na tym co robimy, że przestajemy myśleć o sobie, nie dostrzegamy uciekającego czasu, jesteśmy nakierowani na osiąganie celu. Aby doświadczyć przepływu musimy wykonywać czynności wymagające umiejętności, które jednak nie mogą być ani zbyt łatwe (wtedy się nudzimy) ani zbyt trudne (wtedy doświadczamy frustracji).  Dlatego, choć możesz czuć się zaangażowany  i stracić poczucie czasu podczas oglądania serialu – to czego doświadczysz nie jest przepływem. Stąd też wniosek, niektórym się to nie spodoba; umykanie w fikcję seriali nie jest drogą wychodzenia z marazmu. W ten sposób nie osiągniemy przepływu a także towarzyszącego mu uwolnienia dopaminy, która z kolei sprawia, że ludzie częściej odczuwają radość i mają więcej energii do działania.

#Unikanie skrajności

Obok szukania przepływu sposobem na radzenie sobie z poczuciem osłabienia może być unikanie myślenia w kategoriach skrajnych. Świat jest czarno-biały tylko na starych fotografiach ale nawet tam mamy odcienie szarości. Jeżeli dotyka nas coś złego, to nie oznacza, że wszystko się wali. Gdy trafia nam się cud, to nie znaczy, że całe nasze życie jest cudowne. Pomiędzy skrajnościami są jeszcze inne kolory. W tym samym czasie, jednocześnie możemy doświadczać mroku i brzasku, najważniejsze jest by popadając w mrok nie przenosić tego na wszystkie nasze doświadczenia.

Psychologowie zwracają uwagę, że dwie rzeczy pomagają: uświadomienie sobie, że nasza normalność jest w tym momencie zakłócona, ale jest to przejściowe; oraz, że mamy potencjał do tego, by sobie z tym poradzić. Kluczowy w tym wszystkim jest spójnik „a”. Jestem zmęczony pandemią a zarazem podekscytowany nowym projektem. Jestem sfrustrowany, że tak trudno mi się zebrać do niektórych zadań a jednocześnie jestem wdzięczny komuś, kto był dla mnie ostatnio miły.

#Samowspółczucie i akceptacja

Wszyscy pewnie znacie te słowa autorstwa Reinholda Niebuhra:

Boże, daj nam pokorę, byśmy przyjęli w pokoju to, czego zmienić nie możemy, daj nam odwagę, aby zmienić to, co powinno być zmienione, i daj nam mądrość, abyśmy umieli odróżnić jedno od drugiego.

Osłabienie, jak wszystko czego doświadczamy, jest mieszanką wpływu okoliczności i tego, co dzieje się w naszych głowach. Dlatego warto zauważyć, że są dwa rodzaje trudnych sytuacji; takie w których możemy coś zrobić i takie, które wymykają się naszej kontroli. Większość psychologów uważa, że mając jakiekolwiek możliwości wpływania na to co się dzieje powinniśmy z nich korzystać. W takim przypadku sprawdzają się strategie aktywnego radzenia sobie z problemami. Jednakże tego typu podejście na nic się nie zda, gdy to co nas dołuje, wynika z okoliczności pozostających poza naszą kontrolą. Wtedy potrzebne są inne narzędzia, takie jak: (samo)współczucie i akceptacja. Przykładowo: badania osób chorych na raka wskazują, że pogodzenie się z chorobą znacząco zmniejsza cierpienie u pacjentów onkologicznych.

To samo dotyczy większości sytuacji, gdy to co się nam przytrafia, wymyka się naszym możliwościom wpływu. Ważne jest by pamiętać, że akceptacja nie oznacza poddania się, a jedynie zwrócenie swej uwagi na to co tu i teraz. Psychologowie nazywają to akceptacją aktywną. Polega ona na przyjęciu tego, co jest, i robieniu wszystkiego co możliwe by uczynić sytuację lepszą. Kluczowym w aktywnej akceptacji jest rozpoznanie naszych myśli i uczuć, a następnie skupienie się na tym, co uważamy za ważne. Jak przekonują nas bohaterowie filmu „Choć goni nas czas” czasami przyjmuje to dość przyziemną formę. Pozwólcie, że zacytuję:

Trzy rzeczy, które musisz zapamiętać, gdy się zestarzejesz:
Nigdy nie przegap toalety.
Nigdy nie zmarnuj erekcji.
Nigdy nie ufaj pierdom.

Jak widać każdy ma swoją hierarchię ważności. A swoją drogą „Choć goni nas czas” to film dobrze pokazujący, czym może być akceptacja tego, co jest poza naszą kontrolą. Śmiertelnie chory na raka Carter (w tej roli Morgan Freeman) poznaje w szpitalu miliardera Edwarda Cole’a, (Jack Nicholson) z którym wyrusza w podróż swego życia. Świadomy nieodwołalności przemijania i bliskości końca Carter stara się z(usuń) wycisnąć, co się da z chwil, które mu zostały.

Jeszcze jeden przykład? Proszę bardzo: disnejowska Roszpunka – przez całe życie zamknięta w wieży przez złą czarownicę,  – maluje, gotuje, śpiewa, czyta, dba o swoje blond włosy; a przy tym jest ciekawska i inteligenta.

Takie rzeczy tylko w filmach. Niewielu z nas jest jak Roszpunka. Większości z nas akceptowanie tego nad czym nie mamy kontroli przychodzi trudno, wtedy zawsze zostaje flow i pamiętanie o odcieniach szarości.

Kiedy już to napisałem przyszła refleksja:

Rany, jak dobrze, że mam tego bloga.

Pisanie dla Was to moje prywatne źródełko dopaminy.