Kiedyś rozpierała mnie zawiść, za gardło trzymała mnie chora ambicja, a żądza sukcesu kłuła moje ego każdego dnia. Patrzyłem z zazdrością na wspaniałe wyniki kolegów po fachu, którzy przyciągali do swych wydawnictw najlepiej sprzedających się pisarzy, zdobywali prawa do najgorętszych zagranicznych przebojów i redagowali najlepsze przewodniki. Chciałem być taki, jak oni, zajmujący pierwsze rzędy w teatrze, filharmonii i operze, wychylający kieliszek za kieliszkiem na wernisażach obiecujących artystów, znani, szanowani.

Nie mogę powiedzieć, że nie próbowałem. Założyłem maleńkie wydawnictwo z kolegą ze studiów za pieniądze zarabiane nocą, wystukane klawiaturą oraz okupione niekończącym się cierpieniem oczu i kręgosłupa.  Niemal całe moje studia zmarnowałem na tłumaczenie fachowej literatury fińskiej, co, gdybym był nieco bardziej wrażliwy, mogłoby uwznioślać moją duszę szlachetnymi wierzgnięciami nibynóżek ameby. Niestety, nie osiągnąłem i tego, więc gdy przyszło do odkurzania starego mieszkania w kamienicy, nie doceniłem wewnętrznego piękna mordowanych przeze mnie roztoczy i pozostałem głuchy na ich przerażony pisk. Mój kolega był chyba bardziej uduchowiony niż ja, bo cała brudna robota spoczęła na moich wątłych barkach, gdy on jako dumny współwłaściciel aspirującego wydawnictwa, podjął się zdobywania kontaktów, co czynił z wielkim oddaniem. Gdy ja taszczyłem kupione na wyprzedaży garażowej biurka, on snuł się po artystycznych kawiarniach i oczarowywał swym wdziękiem wszystkich oprócz tych, którzy mogli coś do naszego interesu wnieść. Znosiłem to godnie, bowiem mój kolega miał rodziców nieco bogatszych od moich.

Wspominałem coś o kawiarniach artystycznych. Zgodnie z moim kumplem stwierdziliśmy, że będziemy wydawać tylko ambitną literaturę i poezję. Żadnych książek kucharskich, poradników gospodyń domowych, przewodników po Włoszech, podręczników. Słowem niczego, co mogłoby nam podbić sprzedaż. Postanowiliśmy więc zawiązać współpracę z młodymi, obiecującymi autorami, których świeże spojrzenie na świat mogłoby podbić wydawniczą scenę, a przy okazji uczynić nasze wydawnictwo maszynką do zarabiania pieniędzy. Skoro to teraz mówię, z łatwością można zgadnąć, że wyszedł z tego guzik z pętelką.

– Wiesz stary, nie mogę ciągnąć tego dłużej – pewnego dnia zza rozeschniętego biurka dopłynął przez rozrzedzone upałem powietrze głos mojego kolegi.

– To zbieraj manatki i idź w świat – odrzekłem.

I tak byłem z niego dumny. Wytrzymał dwa lata.

Pierwszy poradnik wyszedł z mojego wydawnictwa pół roku później. Oszukiwałem się, że starannie zilustrowany „Traktat o plamach” ma pewne zacięcie artystyczne, a nawet literackie. Miał i to nawet na tyle duże, że do dziś sprzedaje się dobrze. Na tyle dobrze, że chce mi się wyć, gdy spotykam go w przypadkowo w domach moich znajomych. Niektórzy są nawet na tyle głupi, że mi go pokazują, co zawsze skwitować muszę uprzejmym uśmiechem:

– Cieszę się, że jest przydatny.

Smutno mi, że jeszcze nie wybieliłeś sobie łba.

Nie kupiłeś świetnego tomiku wierszy Penttiego Saarkoskiego, nad którym męczyłem się po godzinach, żywiąc się nadzieją i zimnymi pierogami ruskimi.

Mrzonki te porzuciłem po czterech latach od założenia wydawnictwa, ale za każdym razem, gdy podpisuję umowę na nową książkę kucharską, przechodzą mnie dreszcze, jakbym był w febrze. Co jest dosyć trudne, gdy rozpaczliwie ratując swoją sytuację, podpisuję takie umowy mniej więcej raz na tydzień. Nakład: pięćset egzemplarzy. Koń by się uśmiał.

Tak mijają lata, a ja nieuchronnie starzeję się za tym samym odrapanym biurkiem, gdyż mnożenie kosztów potrzebne mi jest jak deszcz na urlopie w lipcu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na urlopie w lipcu.

Tamtego dnia był właśnie lipiec. Zimny, paskudnie parny, gdy spadł deszcz, okropnie suchy, gdy nie padało. Fasolka szparagowa, pomidory i czarne porzeczki osiągały na rynku astronomiczne ceny, co z przerażeniem stwierdzałem każdego ranka, przejeżdżając na rowerze nieopodal straganów.

– Kiedy zahaczysz o krawężnik, będzie po tobie – mruknąłem pod nosem. – Do końca życia tego nie spłacisz.

Jechałem tak dalej i mierzyłem spojrzeniem tych wszystkich, którzy na skutek przebytej w dzieciństwie traumy nie kupią u mnie nawet przewodnika po Krakowie. Tłumaczyłem sobie to traumą, by równia pochyła mego szaleństwa nie zmieniła nagle swego położenia i nieodwołalnie zsunęła mnie w otchłań. Szkoła, lektury, represje, przemoc literatury… Dobrze, że dojechałem do pracy, bowiem inaczej w myślach zdołałbym wysadzić cały system edukacji.

– Nigdy od myśli nie przechodzisz do czynów, ot co – warknąłem do siebie, mocując się ze starym gratem w kanciapie na zapleczu.

– Dzień dobry, może kawy? – zza drzwi wychynęła się burza kruczoczarnych włosów i jej posiadaczka, która była moją jedyną sekretarką.

Posthipiska, zen, dwa koty i całkowity brak praktycznego zmysłu, który ratował mnie przed bankructwem.

– Z przyjemnością – gdy sobie o tym przypomniałem, uśmiechnąłem się do niej promiennie, na co ona wyszczerzyła do mnie swe olbrzymie zęby, które łyskały w półmroku biura jak pogańskie ognie na Łysicy.

– Ze śmietanką?

– Bez chemii.

Zamknęła za sobą drzwi, a ja utonąłem w myślach, jak w zupie parnego powietrza, które tym razem zwiastowało kolejną burzę. Tamtego dnia wybrałem się do domku w środku lasu, gdzie meszki cięły, jakby opętał je zły duch, a słodkie jagody plamiły palce.

– Proszę, chyba panu przecieka pióro – nad uchem usłyszałem głos mojej sekretarki.

– O, dziękuję – odparłem odruchowo i wyszarpnąłem papierową chusteczkę w ostatnim momencie.

Jagody okazały się atramentem mojego starego pióra, które od paru miesięcy postanowiło ostatecznie złożyć mi wypowiedzenie. Ja jednak nie zgadzałem się na nie i wystawiałem się na złośliwe, zawsze niespodziewane akcje sabotażu.

W pokoju znalazło się kilka komarów.

Nagle w zawiesistą ciszę wbił się brzęczący dźwięk domofonu.

– Odbiorę – mruknąłem. – Nie przeszkadzaj sobie.

Podniosłem słuchawkę.

– Ja do wydawnictwa, można? – zaskrzeczał kobiecy głos, przetworzony przez wiekowy głośnik.

– Tak, już otwieram – odpowiedziałem i wpuściłem ją do środka.

Otworzyłem drzwi i stanęła przede mną istota rodzaju żeńskiego, jakiej nie dane było mi oglądać przez ostatnie lata. Wysoka, szczupła tak, jakby żywiła się samym powietrzem, lecz przy tym niesamowicie gibka. Długie włosy pofarbowane na głęboki zielony kolor okalały jej twarz, w której oczy barwy lasu o poranku spoglądały z ciekawością na moje poplamione palce i wyraz głębokiego cierpienia malujący się na mej twarzy wszelkimi barwami.

Tak wyobrażałem sobie Świteziankę z ballady Mickiewicza. Idiota, powinienem wyciągnąć z tego podobieństwa jakieś wnioski.

W ręce trzymała wielką teczkę, w której krył się powód jej wizyty w moich skromnych progach.

– Dzień dobry, nazywam się Adela Witz – wyciągnęła ku mnie długopalcą dłoń.

– Miło mi panią poznać – wciąż nie wiedziałem zbytnio, co ta osoba robi w mojej zapadłej wydawniczej dziurze.

– Słyszałam, że wydaje pan literaturę piękną i to właśnie mnie do pana sprowadziło – powiedziała, gdy usiedliśmy oboje.

Ja za moim biurkiem, ona na fotelu z tej samej garażowej wyprzedaży. Sprężyny jęknęły, a ja zaniosłem modły do Stwórcy, aby siedzenie się nie zapadło.

– Tak, chociaż ostatnio nieco zwolniłem tempo – odparłem.

Ostatnia powieść: dwa lata temu, ostatni tom wierszy: trzy lata temu. To tylko przejściowy zastój, z pewnością.

– Napisałam ostatnio swoją pierwszą powieść i szukałam odpowiedniego miejsca, w którym mogłabym ją wydać. Bałam się nieco konkurencji w większych wydawnictwach, więc pomyślałam, że przyniosę ją do pana – posłała mi uśmiech, który mógłby omotać każdego, lecz nie mnie.

Otrząsnąłem się już ze zdziwienia. Firma przewodnicka zerwała ze mną umowę. Oczywiście, że przyjmę tę jej powieść, bo inaczej nie dotrwam do pierwszego.

– Książka jest z gatunku fantasy. Wiem, że to dosyć eksploatowana ostatnio dziedzina, ale sądzę, że jestem sobie w stanie w niej jakoś poradzić – kolejny uśmiech wydał mi się już tylko karykaturą, choć musiałem przyznać, że zęby miała proste i białe.

– Nie wątpię – kurtuazja kiedyś mnie zamorduje.

– Czy mogłabym panu zostawić jedną kopię gotowej powieści i wyciąg z drugiej części, nad którą już pracuję? – położyła na biurku swoją teczkę.

– Ależ oczywiście, z przyjemnością się jej przyjrzę – położyłem z uśmiechem rękę na opasłym stosie kartek.

Moje zainteresowanie gatunkiem fantasy kończyło się na „Silmarillionie” Tolkiena. Słusznie podejrzewałem, że nie jestem na bieżąco.

– Proszę zostawić numer telefonu do pani. Zadzwonię, jak tylko się z nią uporam.

Rozpromieniona wręczyła mi wizytówkę.

– Jestem panu tak wdzięczna. Będę czekać z niecierpliwością.

Ostatni uśmiech, wyrazy grzeczności przy drzwiach, spokój. Opadłem na krzesło, z przerażeniem mierząc to, co dobrowolnie tu wpuściłem.

– Kto to był? – niemal natychmiast drzwi do pokoiku mojej sekretarki uchyliły się.

Niezapowiedziane wizyty były tu rzadkością. Teraz wiem, że byłoby lepiej, aby tak pozostało.

– Aspirująca, młoda i ambitna autorka powieści fantasy. To, na co zasługujemy – odparłem zgryźliwie, co jednak wcale jej nie speszyło.

– To chyba dobrze, prawda?

– Najzupełniej.

Niektórzy są zadziwiająco odporni na ironię.

Następne dni minęły mi na przedzieraniu się przez potencjalne objawienie w fantasy. Na jej obronę mogę powiedzieć, że nie znalazłem żadnego błędu gramatycznego. Chociaż to. Pięć dni po jej wizycie zadzwoniłem do niej i, zgodnie z moimi najgorszymi przeczuciami, przyjąłem powieść.

– Ustalę tylko parę spraw z drukarnią i rozpoczniemy cały proces – starałem się brzmieć tak optymistycznie, jak tylko to możliwe.

– Wiedziałam, że na pana mogę liczyć.

– Zrobię, co tylko się da.

Do teraz nie wiem, czy było to odpowiednie zakończenie rozmowy.

– Niech pani dzwoni do drukarni – stanąłem w drzwiach sekretariatu, który nieudolnie improwizował narzuconą mu rolę.

– A czy oni przypadkiem nie powiedzieli nam ostatnio, że nie przyjmą już nic od nas?

Powiedzieli.

– Na pewno to było tylko takie zagranie. Tak naprawdę nie mogą bez nas żyć – uśmiechnąłem się do niej i po chwili dodałem – Dobrze, może lepiej żebym ja zadzwonił.

Wykręciłem numer, podniosłem słuchawkę i wysłuchałem tego, czego dokładnie się spodziewałem. Gdy zachrypnięty tysiącem papierosów głos właściciela, który wypominał mi moje zaległości sięgające zapewne i dziewiątego wcielenia wstecz, umilkł wreszcie, odetchnąłem głęboko i wyłuszczyłem mu sprawę.

– W tysiącu egzemplarzy? – prychnął drań, rozwalony zapewne za swym biurkiem i pijący trzecią kawę z mleczkiem, z pianką, z cukrem i z czymkolwiek jeszcze.

– Tak. Sądzę, że da sobie radę. Ma potencjał.

Skrzyżowałem palce prawej ręki w zdziecinniałym geście. Rozmawiałem przecież przez telefon.

– „Po Wrocławiu z krasnalami” też ponoć miało. I jakoś zbyt wiele bachorów nie łazi po Breslau z pana przewodnikiem.

Wyraźnie trafiłem na jego zły dzień. Ale ja zawsze miałem dzień od niego gorszy.

– Jak podrzucę ich parę do księgarni w centrum, to pan zobaczysz, jaki to jest strzał. Nie byłem ostatnio we Wrocławiu, ot co.

– To mi pan najpierw to sprzedaj i zapłać, a potem pomyślimy.

– Sprzedam na pniu, ale niech mi pan to przyjmie – potrafiłem być paskudną, oślizgłą pijawką, gdy chciałem, a teraz chciałem. – Korekta zrobiona, wszystko załatwione, plakaty w drodze…

– Plakaty? – przerwał mi. – Od kiedy to pan wydaje pieniądze na promocję?

– Od teraz – odparłem słodko. – Jestem przekonany o sukcesie tej książki i chcę ją dobrze wypromować, bo dziewczyna szykuje drugi tom.

W słuchawce zapadła cisza. Cisza przerywana rytmicznym sapaniem. Czułem się, jakbym siedział w jego sczerniałych płucach i właśnie zachciało mi się kaszleć, gdy mruknął w końcu:

– Dobra, dawaj pan tu tę książkę. Nie wiem, która to z pana ostatnich szans, ale lepiej, żeby pan ją dobrze wykorzystał.

– Jestem dozgonnie wdzięczny – odparłem, ale trzask odkładanej słuchawki pozbawił odbiorcę okazji do wysłuchania jeszcze jednego mojego kłamstwa.

Dwa domy i po jednym samochodzie na członka rodziny. I on ma mi dawać ostatnią szansę? Brak szacunku do wydawcy.

Pokontemplowałem chwilę zwycięstwo, po czym poleciłem mojej sekretarce, by schwytała jakiegoś potrzebującego drobnych chłopaka i dała mu do rozwieszenia plakaty, które zrobiłem dzień wcześniej. Siedziałem nad nimi całą noc, ale byłem z nich dumny, jak tylko dumny może być z plakatu niewydarzony filolog i niespełniony wydawca.

Teraz z czystym sumieniem mogłem zadzwonić do Adeli.

– Pani książka już jest w drukarni – na początek wyprzedziłem nieco fakty – i umowa gotowa. Może już pani przyjść i ją podpisać.

– To cudownie, nawet pan nie wie, jak się cieszę – jej głos sączył się przez słuchawkę jak miód gryczany.

Ciemny, słodki, karmelowy.

– Ja też – pozwoliłem sobie na chwilę szczerości. – Pani książka z pewnością przyniesie i pani, i mnie wymierne zyski.

Miałem taką nadzieję. Moje bankructwo pukało mi do drzwi, ale ja na razie nie chciałem go wpuszczać. Niech poczeka, jeśli cierpliwe.

– Dzisiaj niestety nie mogę podjechać, ale jutro na pewno się zjawię – powiedziała z niejakim wahaniem w głosie, którego niestety nie dosłyszałem.

– Będę czekał – odparłem radośnie i rozłączyłem się.

Jedynym, co mnie teraz interesowało, było to, czy ta książka nie podoba się tylko mi, czy i miłośnikom fantasy. Oprócz tego czułem się tak, jakbym właśnie zjadł kolację w pięciogwiazdkowej restauracji, zapłacił kartą i wyszedł bez spoglądania na rachunek. W szufladzie biurka czekała na mnie spocona i zmęczona kanapka z twarogiem. W swych myślach jadłem ją na porcelanie. Gdy ów posiłek skończyłem, uznałem, że należy mi się chwila odpoczynku z książką, po czym aż do zamknięcia biura kontemplowałem zgrabność erotyków Jana Andrzeja Morsztyna.

Gdy Adela weszła, czułem się, jakbym zza swego biurka wcale nie wychodził.

– Dzień dobry! – powitała mnie od progu wraz ze skrzącymi się oczyma, lśniącymi zębami i wypchaną torbą optymizmu.

Uniosłem się i zaprosiłem ją na fotel. Jeszcze wczoraj dokładnie sprawdziłem sprężyny.

– Naprawdę nie wiem, jak mogę wyrazić to, jak się czuję – usiadła prosto, a jej oczy wpiły się w moje jak zęby wygłodniałej żmii wpijają się w mysz.

Wtedy jednak tak o tym nie myślałem.

– Oczywiście, próbuję sobie wyobrazić, jakie to wspaniałe – odparłem z uśmiechem. – Nagle pani słowa z szuflady wyskakują… i hop, już są w książce, w rękach czytelników.

– Na pewno ma pan w tym spore doświadczenie – powiedziała z wystudiowanym podziwem w głosie. – Ja żadnego.

– Parę debiutantów tu przed panią siedziało – odparłem cicho.

Dosłownie para. Jeszcze na samym początku mojej działalności. Nie wrócili tu więcej.

– Niech pan nie będzie taki skromny – roześmiała się – i niech pan poda mi długopis, zapomniałam swojego.

Podpisała umowę, niemal pół strony zakreślając wielkim zawijasem.

– Zapowiada się wspaniała współpraca – rzekła na odchodnym. – Nie mogę się doczekać premiery. A tak na marginesie: świetne plakaty.

Zamknęła za sobą drzwi, a ja opadłem na krzesło. Równie dziwacznej istoty jeszcze nie spotkałem.

Nie miałem wątpliwości co do mojej aparycji. Lata spędzone wśród książek i wszelakich papierów otoczonych świętą aureolą kurzu, zrobiły swoje i nie czyniłem sobie żadnych nadziei. Wtedy w głowie zaświtała mi jedna z tych myśli, która mogłaby uratować moją duszę, zanim było na to za późno:

„Przecież jej zależy tylko na wydaniu książki. Odwróci się od ciebie swymi czterema literami, gdy tylko znajdzie lepszą propozycję.”.

Mam wyjątkowy dar do ignorowania takich ostrzeżeń.

– Młoda, sympatyczna, nieco egzaltowana – mruknąłem. – Kto by się taką przejmował? Jeśli tylko jej książka będzie się dobrze sprzedawała, może tu ze sobą przyprowadzić nawet samego Belzebuba, a ja z uśmiechem podam mu rękę.

Książka sprzedawała się znakomicie. Tak znakomicie, że pierwszy nakład dosłownie wyparował z księgarni i zanim zadzwoniłem do drukarni, żeby zamówić dodruk, dla uspokojenia musiałem napić się melisy i przeczytać dwa razy „Pokutę w kwartanie”. Napełniony pokorną wdzięcznością do losu, który chyba po raz pierwszy zanotował moje istnienie na tyle dobrze, by się do mnie uśmiechnąć, moja ręka z lekkością baletnicy Degasa podniosła słuchawkę.

– Dwa tysiące dodruku poproszę – rzuciłem od niechcenia.

Po drugiej stronie moich uszu doszedł stłumiony łomot. Nogi mego drogiego rozmówcy spadły z biurka.

– W dwa tygodnie sprzedał się tysiąc, który u pana zamówiłem – dodałem. – Mogę pokazać dowody i spłacić przy okazji te drobne zaległości, które mi się w międzyczasie stworzyły.

– Ależ naturalnie – po chwili milczenia odparł właściciel drukarni. – Tylko zastanawiam się, ile razy ty mi będziesz zawracał głowę kolejnymi dodrukami? Głowy do tego nie mam. Zamów panie od razu z siedem tysięcy, to nam wszystkim będzie łatwiej.

Tym razem ja musiałem zamilknąć. Mój beznadziejnie filologiczny umysł z trudem operował liczbami. W końcu odparłem:

– Zgoda, ale na te zaległości będzie pan musiał chwilę poczekać.

– Nie śpieszy mi się – jego głos zmiękł jak masło w upalny dzień.

– Zamówiłem siedem tysięcy dodruku naszej nowej powieści – oznajmiłem, odłożywszy słuchawkę.

– Siedem tysięcy? – moja sekretarka niemal zleciała z krzesła, na którym nałogowo huśtała się, doprowadzając stary mebel do trzasku przeraźliwego i pełnego skargi.

– Tak, siedem i trzy zera – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.

– Ale my na koncie tyle nawet nie mamy…

– Drukarnia nie będzie robić nam problemów – przerwałem jej.

Jej pełne niedowierzania oczy wypełniły cały pokój swą talerzowatością. Uśmiech nie chciał mi zejść z ust, trwał tam jak przyklejony, a upał kanikuły miał w sobie słodki smak tokaju.

Dodruk topniał we wspaniałym tempie, a ja co tydzień dzwoniłem do Adeli i informowałem ją na bieżąco o wynikach. Na jej konto zaczęły spływać coraz większe sumy, co wyraźnie wprawiało ją w dobry nastrój, czego nie omieszkałem notować przy każdym telefonie.

– Musimy to uczcić – oznajmiła, gdy ogłosiłem, że zamówiłem właśnie trzeci dodruk. – Co pan powie na kolację w jakimś miłym miejscu?

Nie wahałem się ani chwili.

– Z przyjemnością – odparłem. – Owoce morza i wino?

– Jak najbardziej.

Właśnie się z nią umówiłem. Z nią. Nie mogłem w to uwierzyć. I na dodatek to ona wyszła z propozycją.

To była moja pierwsza myśl. Drugą były dziury w moim starym garniturze jeszcze ze studniówki. Trzeba było coś z tym zrobić.

Piątkowy wieczór, upał, ogródek włoskiej restauracji. Gdy czekałem na Adelę w nowym garniturze i spływałem potem zmieszanym ze świeżym zapachem wody kolońskiej, surrealizm owej sytuacji motał mój zdrowy rozsądek i czynił ze mnie wyfraczonego idiotę. Kiedy się pojawiła, ubrana w długą lnianą suknię i uśmiech mówiący wszystko i nic zarazem, zrozumiałem to, co Jan Andrzej usiłował powiedzieć mi w swych wierszach przez ten cały lipiec pod Psią Gwiazdą. Jednak gdy teraz próbuję to sobie przypomnieć, mam w głowie pustkę szklanki bez mleka.

Po drugiej lampce wina moje obrzydzenie wobec kłamstw zmalało.

– Czy myśli pan, że mogę mieć szansę na jakąś nagrodę w tym roku? – spytała Adela. – Za udany debiut?

– Na pewno – odparłem. – Rozbiła pani bank swoją książką.

– To wspaniale! – rozpromieniła się Adela. – Wierzę panu całkowicie.

Spojrzałem na nią i na swój opróżniony kieliszek. Trzeci.

– A ja w pani karierę.

Klnę się na wszystkie świętości, że tak wtedy myślałem naprawdę. Lipcowa noc huczała w mojej głowie tysiącem złotych pszczół.

– I w pani tysiącletnie smocze królestwo – dodałem cicho.

Cała literatura skurczyła się do tej jednej durnej książeczki, która wtedy wydawała mi się ważniejsza od Kalewali, wszystkich fińskich poetów i Morsztyna razem wziętych.

Nie pamiętam, kiedy rozmowa spłynęła na tematy tak intymne, że oszczędzę cierpliwości papieru i tego nie zapiszę. Niedojedzona ośmiorniczka patrzyła na mnie z litością i olbrzymim smutkiem, gdy wziąłem Adelę pod rękę i odprowadziłem. Aby tylko! Nawet nie pamiętam z którego domu i o której wyszedłem od niej rano, by moje potargane włosy rozwiał poranny wiatr.

Od tej pory stałem się pierwszym wielbicielem prozy Adeli Witz. Promocja jej drugiej książki szła pełną parą; w całym mieście wisiały olbrzymie plakaty zaprojektowane przez najętego grafika. Ba, nagrałem nawet krótką reklamę do lokalnego radia i wkręciłem tam Adelę na audycję. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by nasze spotkania nie skończyły się nigdy. Oprócz tego zdobyłem prawa do tłumaczeń paru dobrze sprzedających się książek z zagranicy, co jeszcze bardziej powiększyło moje dochody. Wyremontowałem biuro, a moją sekretarkę uczyniłem szefową dwóch dziewczyn, bez których moja biedna mistrzyni jogi utonęłaby pod lawiną papierów, terminów, obowiązków. Meble w moim gabinecie lśniły nowością, a w ostatniej szufladzie biurka leżał porzucony tomik poezji Jana Andrzeja Morsztyna, pokryty kurzem i zaschniętymi okruszkami twarogu. Nieotwierany od wieków całych.

Jednak gdy pytałem się Adelę o naszą przyszłość (nie tylko wydawniczą), milkła nieco, co tłumaczyłem sobie jej artystyczną duszą, gdy rozdział po rozdziale czytałem trzecią część z serii o smoczym państwie. Starałem się jak mogłem w swym starokawalerstwie uczynić wyrwę i, jak przynamniej mi to się wydaje, wychodziło mi to całkiem nieźle. Niemal całkowicie opróżniłem swoją szafę pełną starych koszulek i dziurawych skarpet, by zastąpić je wspaniałymi strojami jak z żurnala. Czasopisma mody męskiej wciąż jednak nieco wstydliwie czytałem w bibliotece, nie pozwalając, by przekroczyły próg mojego mieszkania, które również przeszło gruntowny remont. Jednak dopiero, gdy kupiłem sobie nowe pióro wieczne od Viscontiego, poczułem, że przeszłość mojego życia zamknęła się w najniższej szufladzie biurka.

W tamtym czasie żyłem również ogłoszeniem wyników nagrody za najlepszy debiut tego roku. W dzień, gdy listonosz doręczył Adeli zaproszenie, poszliśmy do tej samej restauracji, by usiąść przy tym samym stoliku i tym samym winie. Październik był ciepły, lecz liście wirujące w bryzie wieczoru mimo płomienności swej barwy niosły ze sobą chłód tego, co nieuniknione. Wtedy myślałem tylko o listopadzie. Tamtego dnia, gdy tokowałem jak głuszec na puszczy i śniłem o naszej wspólnej świetlanej przyszłości, Adela wydawała się być wyjątkowo smutna i roztargniona.

– Coś tobie dolega? – w końcu klapki spadły mi z oczu na tyle nisko, by to zauważyć.

– Nie, nic, nic. Zamyśliłam się tylko. I wiesz…

– Masz pomysł na czwartą część, tak?

Nie dałem jej dokończyć. Ja, który tak kiedyś tego pilnowałem, który byłem dżentelmenem rozmowy i księciem etykiety, przerwałem Adeli i zacząłem na nowo wić nić kolejnego zwycięstwa.

Pożegnała mnie krótkim całusem, przypadkowym przechodniem na moim policzku.

Dzień przed galą próbowałem się do niej dodzwonić, lecz automatyczna sekretarka za każdym razem szczekała w słuchawce jak źle wychowany ratlerek. W ekscytacji wychodziłem z siebie, szalałem w gabinecie, czytałem przypadkowe fragmenty książki Adeli i wirowałem w najgłupszej szczęśliwości.

Garnitur odebrany z czyszczenia, woda kolońska, nowy samochód, popołudnie szare, plugawe i pluchawe, późnolistopadowe. Korek wił się wolniej niż podtopiona dżdżownica, czego nie mogłem wprost wytrzymać i gdyby nie okoliczności, kląłbym jak szewc.

– Tylko żeby Adela się nie spóźniła – mruczałem do siebie. – Gdybym ją miał tu ze sobą, byłbym pewien, a tak…

W końcu dotarłem przed budynek, gdzie kłębił się już tłum autorów, wydawców, dziennikarzy. Byłem wśród nich, ja, wydawniczy parias, obiekt kpin, szara mysz. Szara mysz przedstawiana najważniejszym w papierowej branży, szara mysz ściskająca dłoń najlepszych szermierzy pióra, szara mysz otoczona dyktafonami. Szybowałem ku swemu miejscu, niesiony przez ludzką falę. Gdy zorientowałem się, że wyznaczono mi miejsce dość daleko od miejsca Adeli, było już za późno. Światła powoli tłumiły swą jasność, a ja kręciłem się na fotelu, jakby obskoczyło mnie wygłodniałe stado pcheł. I nagle ujrzałem ją we drzwiach, piękną jak najdziksze marzenie. Gdyby tylko mi wypadało, wrzasnąłbym do niej na całą salę. Wtem Adela obróciła się nagle i jakaś wysoka postać wzięła ją pod rękę i zaprowadziła na miejsce. Ostatni błysk światła padł na jego twarz. Mój były towarzysz niedoli, kolega ze studiów, złoty chłopiec, który bał się porażki.

Moja twarz stała się podobna śmiertelnemu całunowi, a z zaciśniętego gardła wydarł się jęk.

– Co pan robi, zaczyna się! – wyszminkowana facjata odwróciła się ku mnie.

Musiałem mimowolnie kopnąć oparcie jej fotela.

– Już, już – mruknąłem. – Coś mnie chyba ugryzło.

Coś? Ambicja, kolego, ambicja! Wraz ze zgaśnięciem świateł zgasła we mnie miłość do Adeli Witz, co, gdy myślę o tym teraz, nie świadczyło o uczuciu zbyt wielkim. Śledząc prezentację śmigającą na białym płótnie, nie słyszałem trzasku serca łamiącego się w mojej klatce piersiowej, nie mdlałem też (Boże broń!), ani nie wyczyniałem innych tego rodzaju rzeczy, które zazwyczaj śmiertelnie zakochani robią przy takich okazjach. Rzeczywiście, przez chwilę rozważałem teatralne zerwanie się z miejsca i wybiegnięcie w siną noc, ale po namyśle zrezygnowałem z tego. Jakbym wtedy wyglądał? Co powiedziałby o mnie ten złoty chłopaczek i jego Adelka? Nie, nie dam im tej marnej satysfakcji, niech poznają moją godność i… moją zemstę. Nie miałem jej jeszcze w głowie, kiedy siedziałem na miejscu jelenia honorowego z honorowymi rogami i słuchałem z masochistycznym napięciem słowa konferansjera, którego włosy zostały zapewne przed występem dokładnie wylizane przez jakąś krasulę.

– A teraz przechodzimy do ogłoszenia najlepszego wydawniczego debiutu roku – wyszczerzył się do publiczności, a ciężki od brylantyny kosmyk opadł mu na czoło. – Konkurencja była w tym roku, zresztą jak w każdym, ogromnie zacięta, ale dzięki temu nasze szacowne jury miało z czego wybierać.

Przy wtórze oklasków na scenie pojawiło się szacowne jury. Koń by się uśmiał – dwóch dżentelmenów z brodami, których długość przewyższała zapewne ich intelekt i dwie uwiędłe damy o kolczykach zwieszających się z uwiędłych uszu.

– O ogłoszenie werdyktu proszę pana Andrzeja Bobra.

Teatralny gest, ukłony i powitania, które wywołany Bóbr kieruje ku publiczności, więc ku mnie też. Nie chciałem, żeby kłaniał mi się Bóbr, kimkolwiek ten z pewnością przesympatyczny człowiek by nie był. Z ramion wyrosły mi skrzydła anioła zemsty, nie miałem nastroju na krotochwile. Gdybym miał przy sobie coś niebezpiecznego, już by mnie zamknęli na dożywocie.

– Mieliśmy, jak co roku, bardzo dużo dylematów przy przyznaniu nagrody – rozpoczął Bóbr, mlaskając nieapetycznie przy każdej głosce „l”.

Już za to miałem ochotę go zaszlachtować. I taki zasiada w jury? A ja mam być od niego gorszy, z jego łap z ukłonami odbierać nagrodę?

Czemu każdy musi być ode mnie lepszy?

– Braliśmy pod uwagę wiele czynników. Oprócz wartości artystycznej i literackiej debiutów, ważna była też dla nas popularność i, ogólnie rzecz biorąc, oddziaływanie, jakie ów debiut wywarł na rynek wydawniczy w minionym roku – „ł” też u niego szwankowało, składnia kiepska.

Gotowałem się w moim garniturze, a przecież twarz miałem zimną. Nie dawałem przystępu emocjom, tak się zemsty nie czyni.

– No, co pan robi?! – syknęła moja sąsiadka z przodu.

Znów musiałem kopnąć jej oparcie.

– Po burzliwej naradzie – przerwa na kurtuazyjny chichot jury – postanowiliśmy nagrodzić główną nagrodą powieść Adeli Witz pod tytułem „Ostatnia klątwa smoczego królestwa”, która ukazała się w wydawnictwie Morszczyn i Listownice. Prosimy na scenę autorkę wraz z wydawcą.

– Gromkie brawa! – zakrzyknął konferansjer, odrzucając w tył rękę.

Rzeczywiście, brawa rozległy się jak na komendę, a ja musiałem wstać i przecisnąć się przez zapory kolan współuczestników tej zmowy, tej farsy, w której jeszcze tak niedawno pragnąłem wziąć udział tak bardzo, że żmiję zaprosiłem do swego serca.

Poprawiłem marynarkę od garnituru i pokonując kolejne stopnie ku scenie, szukałem wzrokiem sylwetki Adeli, by szarmancko podać jej rękę. Niestety odebrała mi tą przyjemność – stała już na scenie i udawała, że mnie szuka, machając ręką i robiąc z dłoni daszek. Z tej samej dłoni, którą całowałem pewnego lipcowego dnia kipiącego od miłości, ulotnych spojrzeń, zapachów, wina i namiętności.

– Póki mi panno dotrzymujesz zgody – warknąłem cicho.

Zrozumiałem sonet Jana Andrzeja. I kochać można, i nienawidzić, a tak naprawdę wszystko to funta kłaków niewarte.

Wstąpiłem na scenę, z gracją niosąc nogi po stopniach. Uśmiechnąłem się z przejmującym chłodem ku zgromadzonej przede mną czeredzie. Na dobrą sprawę ten chłód zauważyła tylko Adela.

Podsunięto mi mikrofon, który chwyciłem mocno jak rasowy rockman i na wpół obrócony do autorki mego triumfu i poniżenia, ozwałem się ku publiczności w te słowa:

– Bardzo dziękuję za zaproszenie mnie na tak wyjątkowe wydarzenie, ale tak naprawdę to nie mam nic więcej do dodania ponad to, że to ta wyjątkowa Adela Witz, ta, która teraz stoi przed państwem, jest tak naprawdę autorką swego własnego sukcesu i to ku niej powinny płynąć oklaski. Ja w pewnym momencie podałem tylko dłoń.

Oddałem mikrofon w ręce Adeli. Żywiołowe oklaski. Trzymała go, jakby nie wiedziała, co z nim zrobić. Wyszczerzyłem się ku niej szyderczo.

– Bardzo dziękuję mojemu nieocenionemu wydawcy – skapitulowała. – Bez niego wciąż rękopisy moich książek leżałyby w dolnej szufladzie biurka i kurzyłyby się w najlepsze.

To ona też miała swoją dolną szufladę biurka? Ona, która wszystko, jak się wydawało, nosiła na wierzchu, w podręcznej teczce?

– Udzielił mi wsparcia niemal tak wielkiego, jak to, którego udzielił mi mój chłopak – przypuściła atak.

Było tak naiwne, że niemal zwinąłem się ze śmiechu, powstrzymując się tylko siłą woli. Wyszła na młodziutką, zakochaną idiotkę. Dobrze, że go z tego miejsca jeszcze nie pozdrowiła. Chłopak? Co to za słowo w ustach literatki?

Oczywiście rozległy się brawa. Publiczność łasa jest na takie zwierzenia.

Nastąpiło wręczanie statuetek, ukłony, dyganie i inne takie machania rękoma, które mają ukryć prawdziwą ludzką naturę. Szczerzyłem się razem z nimi wszystkimi, razem z nimi machałem rękoma i szurałem butami, dźwigając olbrzymią metalową konstrukcję, która miała mi być nagrodą za te wszystkie lata upokorzeń. Niech i to będzie, skoro nie mają nic lepszego. Wyrosłem ponad to, to całe przedstawienie obchodziło mnie już tyle, co zeszłoroczny śnieg. Wbijałem bezczelne spojrzenie w spłoszone oczy Adeli Witz, która coraz mniej przypominała mi Świteziankę, a coraz bardziej tego rozpustnego młodzieniaszka, którego ja miałem właśnie zamienić w modrzew. Zastanawiałem się tylko, gdzie mógłbym go posadzić. W parku? Zbyt romantycznie. Zacząłem żałować, że nie kupiłem sobie jeszcze domu z ogrodem. Przy drodze wylotowej? O, już znacznie lepiej.

W końcu farsa się skończyła i mogliśmy na powrót zająć miejsca. Poczekałem, aż Adela mnie minie, po czym dopadłem do niej i ująłem pod rękę, dzierżąc w drugiej te parę pospawanych prętów, które najchętniej wbiłbym jej pod żebro.

– I jak się podobało? – szepnąłem wprost do jej ucha, wykrzywiając usta w obłudnym grymasie.

Odwróciła się przerażona.

– Ja tobie wszystko wytłumaczę, naprawdę. Proszę, zostań na przyjęciu, poznasz go… – próbowała wyswobodzić się z mego uścisku.

Puściłem ją z litości.

– Przedstawiać mi go nie musisz, dobrze się znamy – odparłem sucho. – Nie martw się, zostanę na tym przyjęciu, skoro ci tak na tym zależy.

Wspiąłem się na swoje miejsce, tuląc do siebie ciepłe już kawałki metalu. Miałem przed sobą jeszcze godzinę siedzenia i rozmyślania nad tym, jak najgodniej powitać mego byłego kolegę.

– Adi, stary druhu, ty tutaj? – rozłożyłem ramiona w powitaniu i ogarnąłem nimi zaskoczonego Adriana, całkowicie ignorując Adelę.

Stała obok niego jak sierotka z kieliszkiem szampana w ręce i strachem w jej sarnio-żmijnych oczętach.

Złoty chłopaczek postanowił podjąć grę.

– Jezu, jak ja cię dawno nie widziałem – chwycił mnie starym gestem palcami za policzek i potrząsnął nim mocno.

Najchętniej przywaliłbym mu na odlew, ale nie pora na to była i miejsce.

– Wreszcie obaj tu jesteśmy – uśmiechnąłem się ku niemu. – A tak długo o tym marzyliśmy, tyle łez wylaliśmy. Prawda?

– Oczywiście, że prawda – odparł. – Ale to ty jesteś tu bohaterem.

– I twoja utalentowana narzeczona – zwróciłem się w kierunku Adeli, która niemal wylała na dywan resztę szampana.

Adrian zmierzył nas podejrzliwym wzrokiem. Zacząłem mieć wątpliwości, czy on na pewno wie o wszystkim.

– Tak, tak. Jest po prostu cudowna – wydusił z siebie wreszcie.

Już was mam! Postanowiłem nie odpuszczać ani o centymetr. Brnąłem dalej, choć byłem świadom ryzyka, balansowałem towarzysko tak, jak nigdy. Dziwna to była rola, ale wyzwalała mnie ona, władcę ze mnie czyniła. Jan Andrzej byłby dumny.

– A kiedy się poznaliście? Adela jest tak dyskretna, o niczym mi nie powiedziała – rzekłem słodko, gruchając niemal jak gołąbek.

– Ech… Kiedy to było? – Adrian podrapał się w głowę zupełnie nie burżujskim gestem. – W lipcu? Chyba jakoś tak. Prawda, Adelo?

Spojrzałem wprost w jej oczy.

– Nie, chyba jakoś wcześniej – odparła.

Wiedziała dobrze, że jakąkolwiek odpowiedź by wybrała, w moich oczach wyjdzie na dwulicową rozpustnicę.

– Ach, to wprost cudownie! – zapiałem bez sensu z pozoru. – Można by wręcz rzec – tu zawiesiłem głos tak, by Adela zdążyła zatopić we mnie skamieniałe z przerażenia spojrzenie – że jesteśmy niemal spowinowaceni. W wydawniczym sensie, oczywiście – dodałem słodko a kokieteryjnie.

– Bynajmniej, stary, bynajmniej – odparł Adrian.

Coś w jego głosie, w zakamarku modulacji, a przede wszystkim w wibracji głoski „b” sprawiło, że moja czujność, uśpiona jadowicie słodkimi owocami mej wymowy, zbudziła się znów.

– Wpadnijcie do mnie przy okazji – napięcie sprawiło, że sformułowałem to zaproszenie nieco zbyt sucho, zbyt ostro. – Pogadamy trochę, może przy okazji o następnej części powieści naszej wspaniałej Adeli? – wróciłem na stare tory.

Adela znów zbladła.

– Oczywiście nie musimy się spotykać w wydawnictwie – uprzedziłem Adriana, który właśnie nabierał powietrza w płuca.

Ty już się nagadałeś w swoim życiu. Teraz kolej na mnie.

– Znam taką jedną restaurację, taką włoską, ale elegancką, jeść dają smacznie i wykwintnie. Jest w centrum… ale diabli mi chyba pamięć porwali, nazwy sobie nie przypomnę. Byliście może tam kiedyś?

Zawiesiłem moje spojrzenie na twarzy Adeli. Musiało jej ciążyć jak zimowy płaszcz.

– Chyba masz na myśli „Bellę” – odparła z pewnym trudem.

– Tak! To właśnie ona, dziękuję – rozświetliłem swe oczy błyskiem. – Macie czas w przyszłym tygodniu?

– Nie wiem…

– Ależ tak, oczywiście – przerwał Adeli Adrian. – Jakże bym miał go nie mieć dla ciebie? – poklepał mnie po plecach.

Mój kręgosłup anatomiczny i moralny zadygotał wściekle. Uśmiechnąłem się obłudnie.

– Tu rozmawiać się po prostu nie da – dodał Adrian. – Poważne rozmowy nie zasługują na takie traktowanie.

Zatoczył dłonią szybkie koło, jakby w rozdrażnieniu, a światło żyrandola zagrało mocnym akordem na jego twarzy. Przez chwilę zdawało mi się, że mrugnął do mnie swym starym, porozumiewawczym mrugnięciem, które przemieniało jego sympatyczną poniekąd facjatę w pozbawioną moralności maskę kabotyna toczonego przez chorobę francuską.

On wie?

Jego przelotny grymas nie dawał mi przez kolejne dni pełnego pokoju ducha. Reakcja Adeli nie zaskoczyła mnie – wiedziałem, że nie ma w sobie siły i bezczelności, by uderzyć, znieważyć, a nawet skompromitować moją osobę w oczach Adriana.

– Latte czy cappuccino? – mistrzyni zen uchyliła drzwi do mojego gabinetu.

– Espresso.

– Z cukrem?

– Z goryczą.

Ona siedziała przede mną w fotelu, w tym fotelu na dwie sprężyny i słowo honoru. Młoda i ujmująca, z plikiem kartek w ręce, przemawia do mnie słodkim jak jagody głosem, komar brzęczy nad jej uchem, siada na zielonym puklu włosów, długopalca dłoń chwyta kosmyk nerwowym gestem, komar odlatuje, śmieje się, kryguje, przegląda się w moich oczach, poprawia suknię, dykcję, pyta się, waha, oczekuje.

Byłem sędzią. Wydałem zły wyrok. Od własnej decyzji złożę apelację.

– Proszę.

Przede mną w małej filiżance aromaty swe roztaczała czerń. Wypiłem ją do dna.

– Przyniosłam panu te druki, o które pan prosił.

– Prosiłem o coś? – chwyciłem podane kartki. – Ach tak, dziękuję.

– I pan miał jeszcze uzupełnić…

– Co znowu?

– O, to – fale włosów mojej sekretarki zatopiły me biurko aż po stos papierów, bocianie gniazdo mego żaglowca. – Rano panu dałam.

Rzeczywiście. Obiecywałem, że się tym zajmę.

– Trzeba było mi przypomnieć.

– Ale pan powiedział, żeby nie przeszkadzać.

Spoglądała na mnie z niepokojem, a ja musiałem udawać, kryć blask w oczach. Parsknąłem śmiechem.

– Chyba dziś coś się ze mną dzieje. Ten deszcz działa mi na nerwy, migreny i Bóg wie, na co jeszcze.

Uśmiechnęła się i wyszła. Raczej jej nie przekonałem. Szkoda mi było jej dobrego nastroju, ale nie mogłem nic na to poradzić.

Lubiłem ją, ale co to znaczy? Kolejne zobowiązania, związki, kolacje? Czy przed nami coś więcej niż teatralne igraszki, parady próżności tłustych portfeli?

Odchyliłem się w skórzanym fotelu i zabębniłem palcami o blat biurka. Pióro od Viscontiego podskoczyło nerwowo. I to było moje życie, a ja począłem nim gardzić.

Ale czy począłem nim gardzić dopiero teraz?

Całe swoje życie spędziłem jako outsider rozpaczliwie pragnący dla swoich dziwactw zyskać odrobinę uznania – odrobinę uwagi, może jakiegoś uśmiechu, szczerego zainteresowania niewynikającego bezpośrednio z relacji panujących na koncie człowieka, którego los rzuci w moje ramiona. Wcześniej myślałem, że mój cel tkwi gdzie indziej, że błyszczy na ostatnim szczeblu drabiny stworzenia, czy jakiejś innej idei prowadzącej swój połowiczny żywocik w umysłach takich idiotów jak ja.

Bo kimże innym ja jestem?

Kimś, kogo skrzywdzono.

Zabrałem się do wypełniania wniosku. Coś rozmywało mi atrament. Musiałem poprosić moją sekretarkę o jeszcze jedną kopię. Przyniosła mi ją razem z chusteczkami.

Na moją obronę mogę powiedzieć tylko, że nie spędzałem tych dni wyłącznie na użalaniu się nad swoim nędznym bytowaniem – w mojej udręczonej zadręczaniem siebie głowie dojrzewał wspaniały kwiat vendetty. W swojej naiwności wyobrażałem go sobie jako poinsecję – możliwy powidok z zakupów w nieprzyjemnym miejscu, w którym jarzą się jarzeniówki, a półki uginają się od zupełnie mi niepotrzebnych tak zwanych dóbr.

Tak – muszę to przyznać, choć mi wstyd, chyba nawet bardziej niż tego, co zrobiłem wcześniej i tego, co zrobiłem później. Ten wspaniały pomysł odnalazł mnie właśnie tam, podczas zdejmowania koncentratu pomidorowego z, chcąc nie chcąc, regału. Wstyd mi, wstyd mi tym bardziej, że ów pomysł rozpalił mój umysł, rozgrzał policzki do czerwoności, rozpędził krew w tętnicach i zatrząsnął mymi dłońmi. Cechowała go symetria doskonała, wdzięk wirującej w powietrzu ważki, miał pewność jej lotu i siłę jej szczęk. Nie stronił też od niebezpieczeństw, igrał z ryzykiem, frunąc nad spienionym wodospadem, lot jego śledziłem.

Dobiegł mnie huk i plaśnięcie o posadzkę.

Koncentrat, który jeszcze przed chwilą tak pewnie trzymałem w ręce, leżał teraz potrzaskany u mych stóp. Czerwona masa zastygająca na białych kaflach między odłamkami szkła miała w sobie coś z grozy kruchości istnienia, dramatu przemijania.

Na szczęście słoik był niewielki.

Zapłaciłem za zakupy i za szkodę. Moją sylwetkę obarczoną dwiema torbami otulił miłosierny mrok, który skutecznie radzi sobie z brzydotą egzystencji.

Te pozostałe, paskudne dni dłużyły mi się tak bardzo, jak pozwalał im na to dawno już tam na górze ustalony harmonogram. Chciałem to wszystko przyspieszyć, więc pewnego razu, nie będąc w stanie przeczytać ani jednej umowy, zadzwoniłem do Adriana, przypominając mu słodkimi słowy o wyczekiwanym przez nas wszystkich spotkaniu. On z kolei zachował zdystansowaną, życzliwą radość – tak, to w głosie mojego kumpla było w stanie wystąpić jednocześnie, co przydawało mu tajemniczego uroku tak powszechnie cenionego w kawiarniach literackich, na wywrotowych, sobotnich spotkaniach studenckich, podczas których łatwo było i świat wysadzić, jeśli się miało fantazję.

Ja się chyba wtedy uczyłem.

Wreszcie nastał ten dzień – bez bicia dzwonów i pienia archanielskiego, tak po prostu. Było diabelnie zimno, listopad wył wiatrem i szczypał niezliczonymi, wścibskimi paluszkami lodowatego deszczu po całej twarzy i, co gorsza, po tej małej, zawsze odsłoniętej części karku. Gdyby nie misja i szatański plan zemsty, nie wystawiłbym za drzwi nawet koniuszka długiego co prawda, ale nieodmiennie mojego, nosa. By być w swojej opowieści szczerym od początku do końca, muszę przyznać, że nie pamiętam, o czym myślałem, gdy wiązałem krawat przed lustrem i poprawiałem poły nowo kupionej marynarki. Chyba stroiłem do siebie nieskończenie głupie miny, jak zwykle zresztą i podśpiewywałem jakieś dziwaczne piosenki z radia, których nawet nie lubiłem. Pewnie uważałem się wtedy za najprzystojniejszego anioła zemsty, jakiego wydał świat. W zasadzie i wtedy byłem kretynem.

Mogłem pojechać tam tramwajem, lecz w wtedy taka myśl nawet nie przemknęła mi przez głowę – musiałem przecież zamówić taksówkę, rzucić się na tylne siedzenie i nonszalancko machnąwszy ręką na cały listopad, rzucić:

– Na róg Mickiewicza i Wiosny Ludów.

Pisk opon, bryzg kałuż – w tamtym momencie byłem już Humphreyem Bogartem.

Zajechaliśmy spóźnieni. Spóźnieni tak, bym mógł wkroczyć śmiało do „Belli”, rzucić to wspaniałe, poszukujące spojrzenie po wszystkich stolikach i rozpromienić się na widok moich drogich przyjaciół.

– Straszne korki były – sapnąłem, opadłszy na miękko wyściełane krzesło.

– Grunt, żeś przyjechał – uśmiechnął się Adrian. – Zaczynaliśmy się już niepokoić, prawda Adelo?

Siedziała obok niego w ciemnoszarej, długiej sukni okrywającej ją tak cnotliwie, że z pewnością bym się na to nabrał.

– Tak, tak – odparła, poruszywszy się lekko, jakby głos Adriana zbudził ją z czegoś w rodzaju snu, czy letargu.

Jej oczy błysnęły spod powiek. Nie byłem na tyle głupi, by przypuszczać, że pójdzie łatwo.

– Co u was słychać? – zapytałem, zaordynowawszy kelnerowi nasze zamówienie. – Szczególnie u ciebie, Adrianie, bo sytuacja Adeli jest mi znana z zawodowego punktu widzenia, prawda?

– Bynajmniej – odparła i uniosła hardo głowę. – Dobrze dbasz o mnie.

Zimno w jej tonie zadziwiło mnie tak samo, jak to, co właśnie powiedziała. To tylko pierwsze posunięcie. Przełknąłem cicho ślinę. Spłynęła wolno po gardle.

– Dużo się zmieniło, odkąd sobie od ciebie poszedłem – odparł Adrian, ignorując słowa Adeli. – Imałem się różnych zajęć, wiesz przecież, zawsze mnie ciągało we wszystkich kierunkach – roześmiał się nieco zbyt głośno i sztucznie.

Wypadał jak na razie najgorzej. Wyczułem jakąś pętlę w jego duszy, coś, co dusiło go, coś, co zaciskało się wokół jego trzewi, co ledwo pozwalało mu odetchnąć. Walczył, by się opanować.

– Poszedłem do innych wydawnictw, co tu ukrywać – spoważniał nagle i odzyskał kontrolę nad swą twarzą.

Maska kabotyna błyskała brokatem w półmroku. Kelner podał aperitif.

– Głupio tak było siedzieć za biurkiem, ale jakieś pieniądze były. Tfu! Nie rozmawiajmy o tym przy kolacji, nasze zdrowie! – zakrzyknął i wznieśliśmy kieliszki ku sobie.

Znowu to mrugnięcie. Świeczka paliła się na naszym stoliku, mogłem mieć przywidzenie.

– I za nasze literackie, i wydawnicze sukcesy! – dodałem, skłaniając głowę ku Adeli.

– I za szczęśliwe spotkanie! – jej skupione, nieprzejrzyste oczy odparły moje spojrzenie.

– Co było dalej? – zapytałem, gdy wzięliśmy łyk chłodnego, musującego płynu.

– Dalej była orka na ugorze – uśmiechnął się, z niejakim przekąsem. – Zabawne to dla mnie, przynajmniej teraz, ale poszedłem sobie z trzech dobrych wydawnictw, bo po prostu nie mogłem wysiedzieć za biurkiem. I co zabawniejsze, za każdym razem myślałem, że to nie moja wina, a w tym wydawnictwie tylko dybią na moją niezależność. Nie zastanawiałem się, w czym mógłbym być lepszy, tylko brnąłem dalej w to bagno, ot co. Aż w końcu odkryłem to – podniósł głos, a twarz rozjaśniła się mu w idiotycznym poczuciu triumfu – zrobiłem sobie test predyspozycji.

– Naprawdę? – udałem oświeconego właśnie prostaczka, w duchu zaś rechocząc sprośnie z głupoty tego złotego chłopaczka, który był mi kiedyś przyjacielem.

– Tak. Brzmi to może głupio, ale naprawdę, dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że najlepiej odnajdę się w pijarze. Teraz moje życie wydaje mi się takie oczywiste, to wszystko, co robiłem już jako student, ale wtedy było to jak oświecenie, jakbym właśnie wyszedł z mroku na rozświetloną słońcem polanę, rozumiesz chyba?

– Oczywiście – odparłem obłudnie.

Już mi nie uciekniesz Adrianie, złapałem cię. Znam już przynętę, która najbardziej ci posmakuje. Nabijam ją właśnie na haczyk.

– Od tamtej pory moje życie nie było może łatwiejsze, ale miałem chociaż poczucie celu – Adrian kontynuował swoje idiotyczne zwierzenia, a Adela śledziła jego przesadną gestykulację z lekko uniesionymi brwiami.

Podano przystawkę.

– I wtedy właśnie, w środku początku, jeśli to tak mogę nazwać, spotkałem Adelę – kontynuował z ustami pełnymi skubniętej żarłocznie bruschetty.

Pomidorowa pasta osadziła się w kąciku jego wspaniale skrojonych ust.

– Razem było nam łatwiej znosić to wszystko, prawda?

Adela skinęła głową, nie odrywając się od swojego chlebka. Z niejakim zdumieniem odkryłem wreszcie, co mówił jej wzrok. To była pogarda.

– No i znosiliśmy to razem: ona – początkują pisarka, ja – początkujący pijarowiec. Było trudno, co tu kryć, ale wspieraliśmy się nawzajem i jakoś szło. Aż tu nagle pierwsza książka Adeli wystrzeliła jak rakieta w twoim wydawnictwie…

– No i pochwal się Adrian, nie bądź taki skromny, to ty znalazłeś Morszczyn i Listownice – Adela pogładziła go nagle po ramieniu. – Przypomniałeś sobie o twoim starym kumplu i powiedziałeś, żebym zaryzykowała. I się opłaciło – posłała mu uśmiech Świtezianki, słodki, trujący, pełen mocy, o którą jej nie podejrzewałem.

– Tak, tak – zmieszał się Adrian.

– Tak było? – uniosłem głos w zdziwieniu. – Ależ Adrian, i ty nie przyszedłeś do mnie? Do starego kumpla?

– Ech… Bo wiesz… Nie wiedziałem, czy będziesz mnie jeszcze chciał zobaczyć po tym, co zrobiłem – spuścił głowę zakłopotany.

Nie byłem w stanie stwierdzić, czy jego zmieszanie było autentyczne, czy wyreżyserowane.

– Ciebie? Nie żartuj sobie, ja bym cię nigdy, przenigdy, od drzwi swoich nie odpędził – zakrzyknąłem. – Ciebie? Musiałbym nie mieć serca. Zresztą – czy to twoje odejście było takie ważne? Nie trzeba być wspólnikiem, by być przyjacielem. Ale bywa tak, że to chodzi w parze.

– No właśnie – wtrąciła się Adela. – A tak się bałeś.

Z tych kilku słów gorycz wylewała się na głowę Adriana.

– Głuptas – zakończyła i zajęła się podanym przez kelnera makaronem.

Te same smutne ośmiorniczki łypały teraz z jej talerza. Zamówiła to, co zamówiłem wtedy ja.

– Kochanie, skąd miałem wiedzieć? – Adrian próbował odzyskać grunt pod swymi skórzanymi bucikami.

– Ja znam swoich przyjaciół – odparła dobitnie a delikatnie.

Nie doceniłem jej kunsztu. Adrian stał się i jej ofiarą. Nie miał już szans.

– Nie chciałem się narzucać, tym bardziej, że…

– Nie masz pracy? – dokończyła za niego Adela. – I co? Przecież to chodziło o moją książkę, a ty wyobrażałeś sobie nie wiadomo co.

– Jeszcze jej nie masz? – zapytałem z troską.

Nigdy nie przypuszczałbym, że Adela ułatwi mi zadanie. Teraz to było tak proste, aż nierealne.

– No… Nie mam – przyznał Adrian. – Ale to nie znaczy, że…

– A ty wiesz, że ja jeszcze nie mam pijarowca z prawdziwego zdarzenia? – przerwałem mu bezlitośnie. – Do tej pory sam to załatwiałem i jestem już tym trochę, szczerze powiedziawszy, zmęczony, bo nie jestem do tego stworzony, tak jak ty. Wiesz, niby nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale to nie jest ta sama rzeka. Możemy stworzyć przyjacielską spółkę, razem z tobą i Adelą.

Z widelca Adeli spadła ośmiorniczka. Kropla oliwy wsiąknęła w biały obrus.

– Ja nie wiem, czy…

– Ale ja wiem – przerwała mu. – Grzechem by było, gdybyś odmówił.

Spojrzała na niego, nabiwszy na widelec niesfornego głowonoga.

– No to nie pozostaje mi chyba nic innego – uśmiechnął się do mnie tym swoim obrzydłym mi uśmiechem.

Nie działał już na mnie. Najwyraźniej na Adelę też.

– Ale wiesz, w co się pakujesz – pogroził mi, w swoim mniemaniu żartobliwie. – Będziesz miał ze mną same kłopoty.

Roześmiał się tak, jakby połknął kij, który właśnie miał mu wyleźć przez usta. Widok był to iście tragikomiczny. Nie żałowałem go jednak.

– Nie przesadzaj, na pewno doskonale się odnajdziesz, nasz szef się o to postara.

Posłałem Adeli zdziwione spojrzenie. Uniosła lekko brwi, nie spoufalając się mrugnięciem. Najwyraźniej myślała o czymś innym, inne miała cele. Przynajmniej na razie zbieżne z moimi.

– Jaki szef, Adelo! – zakrzyknąłem. – Możemy przecież założyć spółkę. Znamy się w końcu jak łyse konie, prawda?

Oboje w tym samym momencie wlepili we mnie zadziwione ślepia. Wygrałem. Wygrałem. Zapiałbym z radości, ale powstrzymałem się w ostatnim momencie.

– Co z wami? – roześmiałem się lekko. – Nie chcieliśmy rozmawiać za dużo o interesach, ale skoro już tak wyszło…

– Ale… Jak…? – próbował wykrztusić Adrian, dławiąc się swoją małżą.

– Normalnie. Wszystko możemy uregulować już w przyszłym tygodniu. Moja propozycja jest jak najbardziej poważna – zmieniłem wyraz twarzy tak kamienny, na jaki tylko mnie było stać.

Chyba zadziałało.

– Musimy się chyba jeszcze… – szepnął złoty chłopaczek, do którego wyciągnąłem rękę.

– Nie musimy – uprzedziła go Adela. – Ja w to wchodzę.

Adrian nie mógł się wycofać. Klamka zapadła.

– No to w poniedziałek zapraszam do siebie, moi wspólnicy – podałem im kolejno ręce nad suto zastawionym stołem.

Kątem oka dojrzałem kelnera przechodzącego koło mojego miejsca.

– Czy mógłbym prosić o jeszcze trzy kieliszki szampana? – zapytałem, na co kelner skinął głową i zniknął w głębi restauracji.

– Trzeba to uczcić – oznajmiłem radośnie moim wspólnikom.

Wstawiliśmy się wszyscy tamtej nocy we wspaniały sposób. Piliśmy dużo i każdy w duszy kolejne toasty wznosił za coś innego. Ja piłem za zemstę.

Wszystkie formalności załatwiłem w mig – potrzebowałem tylko ich podpisów, które składali chętnie, acz z delikatnym niedowierzaniem, wpatrując się w moją facjatę z mieszaniną zauroczenia i niedowierzania. Pieniądze potrafią uczynić z ludzi niewinne dzieciątka. Przynajmniej w momencie, gdy właśnie dostają je do tych swoich zabrudzonych lodami łap. Jeśli potrafiły przemienić demoniczne spojrzenie Adeli Witz, to mogą wszystko.

Jeśli one mnie zmieniły, czeka mnie potępienie. Zacząłem czuć do tego odrazę.

Jedno tylko miałem pocieszenie – najtrudniejsze już za mną. Teraz wystarczy czekać na dogodną chwilę.

Adrian zameldował się u swego biurka trzy dni później. Był gotowy na wszystko, z uśmiechem zbitego błazna i nieodłączną skórzaną aktówką targaną przez niego wszędzie, dokąd tylko go zapraszano. Przyjąłem go ciepło, wskazałem miejsce, zakres obowiązków, ekspres do kawy, zlew, kubki, jednym słowem to, co on pewnie uważał za przydatne, po czym zamknąłem się w swoim gabinecie i otworzyłem tomik wierszy Morsztyna. Ostatnio chyba zaniedbywałem swoje powinności, lecz, ku mojemu zdziwieniu, nic się nie zawaliło. Nikogo nie przygniótł regał, czy obowiązki. Stałem się najwyraźniej niepotrzebną maszyną do podpisywania, którą trzyma się dla jej wygody w osobnym pokoju.

Maszyna czytała Morsztyna i miała się względnie dobrze.

Adrian zaglądał do mnie raz po raz z dziwacznymi pytaniami, które wydawały mi się kompletnie nie na miejscu, ale nie mi to oceniać. Odpowiadałem na nie w minutę, po czym oglądałem jego zgrabne, niezgarbione jeszcze plecy obciągnięte idiotyczną, kusą marynarką i medytowałem nad marnością wszystkich ziemskich uciech.

Musiałem jeszcze trochę poczekać z odegraniem ostatniego aktu tej kiepskiej komedyjki. Nie mogłem się spieszyć, dobrze o tym wiedziałem.

Pewnego grudniowego dnia zmuszony byłem wezwać Adelę w sprawie następnej części jej dobre zapowiadającego się wydawniczego tasiemca. Postanowiłem, że nie będę przed nią ukrywał faktu nieprzeczytania przeze mnie książki – ma poczuć samotność.

– Adela Witz do pana! – mistrzyni zen ogłosiła do słuchawki, którą bawiła się ostatnio w najlepsze, doprowadzając mnie na skraj załamania nerwowego.

– Dobrze, niech wejdzie – odparłem, wciąż drżąc od nieoczekiwanego wybuchu dźwięku.

Drzwi otwarły się szybko i wmaszerowała przez nie Adela. Nie zdjęła płaszcza w przedpokoju i ośnieżona lekko wełna opinała ją tak ciasno, jakby nie miała pod zwierzchnim okryciem najcieńszego choćby swetra.

– Pewnie będzie krótko – usiadła niezaproszona, nie przywitawszy się. – Pan nie przeczytał tej książki, ale chce ją wydać, prawda?

– Tak – odparłem krótko.

– Dlaczego pan to robi?

– Bo to się opłaca. I tak schwycą wszystko, co pani napisze.

– Po tym wszystkim?

– Oni nie wiedzą o niczym.

– Ale nie wiem, czy…

– Tandeta idzie najlepiej. Proszę mi zaufać, mam doświadczenie.

– Nie o to mi chodzi.

Spojrzała na mnie przeciągle.

– Nie widzi pan, kiedy przyszłam?

Teraz to ja byłem w kropce. Nie wiedziałem.

– Kto wziął urlop?

Komu ostatnio dawałem urlop? Nie mogłem sobie przypomnieć.

– Mojemu narzeczonemu, tej trąbie jerychońskiej – niemalże warknęła. – Nie wie pan nawet, co się dzieje w pańskiej… firmie – wyraźnie hamowała się, by nie przeklinać.

Nie widziałem powodu, dlaczego miałaby tego nie robić.

– I co? Mam udzielać porad dla par w kryzysie? – zadrwiłem, wykrzywiając usta w wyschły uśmiech. – Mam za rączkę was prowadzić? Czego pani ode mnie chce?

– Ja od pana nic nie chcę oprócz odpowiedzi na jedno pytanie. Czemu pan to zrobił?

– Co? – udałem niewiniątko.

Nie chciałem, by rozmowa zboczyła na ten temat. Postanowiłem zamknąć go tak szybko, jak to tylko możliwe.

– Czemu jesteśmy pana wspólnikami? Przecież pan nienawidzi Adriana.

– Ja? Mojego kumpla?

– Niech pan nie udaje, kiepsko to panu wychodzi. Chciałam zapytać już wcześniej, ale nie miałam okazji. Chcę wiedzieć, w co weszłam, to wszystko.

Miałem trzy wyjścia. Szczere, półszczere i nieszczere. Obracałem się zawsze w szarościach.

– Poczułem, że to idealna okazja, by zrzucić z siebie trochę odpowiedzialności – przeciągnąłem się w fotelu. – Mam nieco więcej spokoju.

Słuchała mnie uważnie, spoglądała krytycznie. Byłem oceniany.

– I co dalej? – spytała tylko, gdy umilkłem.

– Nic.

– Nic? Przecież oboje dobrze wiemy o czymś, o czym nie mówimy.

– I co to ma do rzeczy?

– To, że to nie ja chciałam do ciebie przyjść z moją pierwszą powieścią. To był pomysł Adriana. Wepchnął mnie do ciebie i zamknął na klucz, życząc miłej zabawy. Nie rozumiesz?

Nie tego się spodziewałem.

– Rozumiem.

– Gdyby nie to, że jesteśmy wszyscy wspólnikami, ta szuja nie przestąpiłaby już progu mojego domu.

– Mieszkacie razem?

– On mieszka u mnie. Przyszedł do mnie tylko w koszuli i w spodniach.

– Nic nie ma?

– Nic.

Zamilkłem na chwilę. Mój plan nie legł w gruzach, lecz obudziły się we mnie wątpliwości. Wahałem się, patrząc w oczy Adeli Witz, która nigdy… Precz z tym wszystkim. Koniec.

– Dziękuję, że pani mi o tym powiedziała – tylko to mogłem rzec.

Westchnęła lekko i skinęła głową.

– Wiedziałam, że mi nie pomożesz. Ale trudno. Tu masz zarys kolejnej części. Na tym ci tylko zależy.

Położyła na moim stole chudą teczkę, której zmizerniałe rogi wytarte były od częstego używania. Wstała i wyszła, nie żegnając się, nie obracając głowy w moim kierunku. Drzwi zamknęły się cicho.

Siedziałem w bezruchu czas jakiś i wpatrywałem się w klamkę, licząc słoje na sklejce otaczające zamek, przyczajone pod dziurką od klucza. Zdziwiłem się tym, gdzie jestem. Opuszkami palców musnąłem biurko, przełknąłem ślinę. Wyprostowałem się na fotelu, mechanizm obrotowy zatrzeszczał. Ktoś tu był przed chwilą, czułem leśny, świeży zapach. Przymknąłem oczy i zaczął padać śnieg. Byłem na polance, na tej samej, na której latem zbierałem jagody. Teraz runo leśne spało pod białą kołdrą, utulone ciszą. Zimno kłuło mnie w nos, otrzeźwiało mnie to, odetchnąłem głębiej i rozejrzałem się wokoło. Kolumny wyniosłych sosen łączyły się w sklepienie, przez które wfruwał do mojej samotni niebiański, biały puch. Musiałem być już tu od dość dawna, lecz było mi ciepło, jedynie nos zamarzał powoli, bezboleśnie. Nagle między odległymi kolumnami przemknął płomień. Wzdrygnąłem się i z mojej głowy spadła śnieżna czapa. Płomień zbliżał się, klucząc, zamiatając swoje ślady płomienistą kitą, a ja drętwiałem ze strachu, choć był to tylko mały lis. Podbiegł niemal do moich stóp, obwąchał mnie i odsłonił zęby w pogardliwym uśmiechu. Skulił uszy, a barokowa peruka, którą nosił na głowie, przechyliła się nieco. Poprawił ją niedbałym ruchem łapki i zniknął w krzakach.

Musiałem chyba otworzyć okno, bo w pokoju zimno było jak w kostnicy.

Nie mogłem dłużej czekać. Wziąłem kartkę i nakreśliłem wiadomość do mojej sekretarki.

„Następny plan wydawniczy: <<Dzieła zebrane Jana Andrzeja Morsztyna>>. Zatrudnić prof. z UJ. Nakład: 30 000. Pilne. Wykonać natychmiast”.

Utopię tych, którzy mnie skrzywdzili, na mym własnym statku. Zaprosiłem ich na pokład, ster im dałem do potrzymania, a sam przebiłem dno. Obojętnym mi było, że i oni skrzywdzili samych siebie.

Wstałem i ubrałem długi, ciepły płaszcz, który kupiłem sobie ostatnio specjalnie na taką pogodę. Wyłączyłem komputer, pogasiłem światła i otworzyłem drzwi, lecz nagle coś kazało mi wrócić do biurka. Dolna szuflada, tomik wierszy Morsztyna. Wsadziłem go do kieszeni i wyszedłem z biura w ciemną, cichą grudniową noc. Moje ślady zniknęły pod świeżym, mokrym śniegiem.

W księgarniach piętrzą się stosy poezji Morsztyna, stosy poezji Morsztyna spadają z regałów, nabijając guzy wściekłym księgarzom, stosy poezji Morsztyna niekupowane przez nikogo gniją na śmietnikach, a bezdomni robią sobie z nich ogniska.

A ja śmieję się cicho, ze swojej wyższości, pełen pogardy dla ziemskich rozkoszy. Uciekłem w ramiona przeznaczenia, zanim dopadła mnie śmierć w doczesności. Jestem w rozkosznym niebycie.