Słynny fizyk Richard Feynman powiedział kiedyś, że osobą, którą najłatwiej nam oszukać, jesteśmy my sami. Oszukiwanie samego siebie jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi dobrze wykształconych, postrzegających się za mądrych i świadomych. Należąc do wyedukowanych, frasobliwie składających dłonie, noszących marynarki z łatami na łokciach, wielu nabiera pewności, że wie i rozumie. Nawet nie przebiega im przez myśl, że nie myślą, a tylko potwierdzają. Nie zauważają też momentu, gdy władzę na umysłami przejmuje stado. Wszyscy zaczynają „myśleć” tak samo. A jak mawiał Bertrand Russell:

tam gdzie wszyscy myślą tak samo, nikt nie myśli zbyt wiele.

I nie chodzi tu wcale o to, że mamy do czynienia z pseudo intelektualistami czy sprytnie kamuflującymi się idiotami. Zagrożeniem staje się samowzmacniający się mechanizm utrwalania. Z czasem niektóre idee stają się zwyczajami, a zwyczaje Prawdą przez wielkie P. (Ostatnio cyrylicą.) Każde odstępstwo jest uznane za zdradę. Rozumujący inaczej wichrzyciele są zagrożeniem dla ustanowionego porządku i narażają się na bycie wyszydzonym. Zgłaszającym krytyczne uwagi przykleja się szkarłatną literę i spuszcza spodnie do poziomu kolan.

To głupota – powiecie - W ten sposób nigdy nie zrozumiemy więcej.

Tak – odpowiem – ale co z tego? W pierwszym szeregu rzucających zgniłe pomidory nierzadko są ci, których nie spodziewamy się na wiecu poparcia uznanego błędu.

Zauważcie, że ludzie, którzy setki lat temu wierzyli, że słońce okrąża Ziemię, nie byli głupi. Nie zawsze też można ich było uznać ofiarami religijnych dogmatów. Człowiek BYŁ w centrum wszechświata –wystarczyło wyjść z domu i spojrzeć w niebo by się o tym przekonać. Zabrało nam setki lat by zrozumieć, że jest inaczej.

Naprawdę sądzicie, że w naszym podejściu do faktów tak wiele się zmieniło? Że dzisiaj jesteśmy inni? Badania mówią inaczej. Kiedy w głowach powstaje solidna budowla wierzeń chętnie sięgamy po to, co ją wzmacnia i utrwala. Jednocześnie z odrazą i uprzedzeniem reagujemy na coś, co mogłoby ją skruszyć. Raz stworzona forteca poglądów, nie tylko pozwala nam poczuć się bezpiecznym, ale też, a może przede wszystkim, kształtuje nasze postrzeganie. Spoglądamy na świat z jej murów, wieży, dziedzińca. Jest wszystkim, co znamy. Aż tu nagle wpada naukowiec, książę na białym koniu, z prezentacją w powerpoint’cie, i na wykresach pokazuje, że zamek stoi na bagnach, że zgodnie z modelem statystycznym za chwilę się rozpadnie, bo jego mury są zmurszałe, a w ogóle to za linią horyzontu jest Eden, w którym rum rośnie na drzewach. Myślicie, że mieszkańcy zamku pokiwają głową, zaakceptują złe wieści i wyciągną z nich wnioski na przyszłość? Nic z tego. Tak jak oni my również czule tulimy wyniki badań naukowych, ale głównie wtedy, gdy potwierdzają to, w co już wierzyliśmy. Wszystko co mówi nam: „nie masz racji, a twój zamek stoi na piasku” traktujemy batem, odrzucamy jako niewiarygodne, błędne i nieodnoszące się do nas.

Naukowcy, i nie tylko oni, tkwią w przekonaniu, że ludzie potrzebują tylko wiedzy i faktów. Wystarczy im tego dostarczyć a w mig dostrzegą swoją niewiedzę, stukną się w głowę „o jaki byłem głupi”, i podskakując radośnie podążą w kierunku światła mądrości. Błąd.

W tym kontekście często zadaję sobie pytanie, na które niestety nie umiem odpowiedzieć: jaka jest skuteczność tzw. kampanii edukacyjnych? Rozejrzyjcie się dookoła: znacie kogoś, kto po wysłuchaniu informacji o tym, jak szkodliwe jest palenie śmieci, jedzenie cukru, czy szybka jazda samochodem; powiedział coś w rodzaju: „mają rację, moje zachowanie było głupie, zmienię się”. Jeżeli tak, to to by znaczyło, że idea deficytu wiedzy, jako tego co powstrzymuje nas od robienia nonsensownych i szkodliwych rzeczy, naprawdę działa. Jeżeli NIE, to znaczy, że robimy coś źle.

„Luki w wiedzy” czyli model tłumaczący, że powodem, dla którego dokonania badaczy nie trafiają pod kopuły naszych czaszek jest ignorancja, ma ostatnio trudny czas. Paradoksalnie właśnie teraz, gdy efektów pracy naukowej jest najwięcej, naukowcy przegrywają w walce z głupotą i szerzącymi się bzdurami. A przy tym, jak się wydaje, nie chodzi tu wcale o to, że ludzie nie wierzą nauce. Powód jest inny.

Obserwujemy, że nierzadko wykształcone osobniki naszego gatunku przyjmują i upowszechniają punkt widzenia, o którym powiedzieć, że nie ma oparcia w wynikach badań, to nic nie powiedzieć. Przykładowo: istnieje wiele powodów odrzucania wiedzy naukowej na temat zdrowia, ale głupota niekoniecznie jest jednym z nich. Okazuje się, że nie ma żadnej bezpośredniej zależności pomiędzy poziomem inteligencji a odmową szczepienia dzieci. Wydaje się niemal paradoksem, że skłonność do takich zachowań, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, obserwuje się głównie wśród osób z dyplomem uczelni.

Błądzimy wszyscy bo każdy ma skłonność do zwracania uwagi na te informacje, które utwierdzają nas w naszym myśleniu. Psychologowie nazywają to „błędem potwierdzenia”. Jego istotą nie jest jednak ignorowanie dowodów, które nijak nie pasują do naszych przekonań, ale raczej selektywne koncentrowanie uwagi na tym, co potwierdza nasze hipotezy. Tak jak głodny doszukuje się jedzenia w abstrakcyjnych malunkach, tak samo my znajdujemy to, co nam odpowiada, odrzucając resztę. Jeżeli ofiarujecie mi czekoladę z orzechami, a ja będę przekonany, że dostałem orzechy, to jedząc, starannie je wydłubię. Nie zrobię tego świadomie. Nie po to by siebie oszukać. Ja po prostu będę widział tylko orzechy.

Kiedy z wiedzą naukową pędzimy do innych by obwieścić to co ważne, zbyt często wierzymy, że oto mamy przed sobą ludzi domagających się dowodów niczym niewierny Tomasz. Zakładamy, że nasi słuchacze odbierają nasze tezy z regułą: nie uwierzę dopóki … Tymczasem, wydaje się, że prawda jest zgoła inna: częściej trafiamy na anty-tomaszów, osoby, w których postępowaniu dominuje zasada:

nie zobaczyłbym, gdybym nie uwierzył.

Na początku tego tekstu napisałem, co Richard Feynman powiedział kiedyś o oszukiwaniu samego siebie. Ale, tak naprawdę, to skąd wiemy, że on rzeczywiście to powiedział. Słyszeliśmy? Raczej nie. Ktoś inny słyszał i zapisał? Możliwe. Wydaje się, że takie słowa do niego pasują – tak, był niezwykle błyskotliwy. A może – powiedzą inni – on wcale tego nie powiedział? A co jeśli przypisaliśmy mu te słowa bo ich sens i inteligencja Feynmana składają się w spójną całość. Ostatecznie dla mnie to nieważne. Uwielbiam takie cytaty i zostanę przy tym, że ich autorem był właśnie słynny fizyk, bez względu na to, jak ciężkie działa wytoczą moi oponenci. Zrobię tak, bo to pasuje mi do tego tekstu, i dlatego, że tak właśnie działa błąd potwierdzenia.