opowieść pierwsza: alegoria

Dawno temu istniała Szkoła Rozwoju Zwierząt. Trafiały do niej zwierzęta pływające, wspinające się, latające i biegające. Nauka odbywała się według założenia: najlepsze zwierzęta, powinny tak samo dobrze wykonywać wszystkie rzeczy. Druga ważna zasada mówiła o tym, że jeżeli jakieś zwierzę miało skłonność do robienia jednej rzeczy (np. latania) i pozorną niezdolność do robienia innych rzeczy (np. pływania), to czas i wysiłek powinno się poświęcić temu drugiemu.

Jeżeli ktoś miał krótkie nogi i mocne skrzydła, uwaga powinna by zwrócona na bieganie aby maksymalnie wyrównać poziom umiejętności, nadrobić to w czym jest niedostatecznie dobry.

Tak więc kaczka zamiast pływać po stawie miała ćwiczyć kaczy chód. Orzeł zamiast latać ćwiczył bieganie. Szybowanie po niebie mógł sobie robić w czasie wolnym, dla rekreacji.

Wszystko w imię Edukacji.

Naturze nie  można było ufać w jej dziele tworzenia jednostki, bo wszystkie  jednostki powinny być symetrycznie rozwinięte zarówno dla swojego dobra, jak i dobra społeczności.

Zwierzęta, które z jakiegoś powodu nie wpasowywały się w system, ale trwały uparcie w swoim dążeniu do doskonalenia tego w czym były dobre, uważano za ograniczone i stawiano przed nimi coraz to nowe trudności. Kaczkę za jej niewystarczające osiągnięcia w bieganiu karano i poniżano tak by jej życie stało się naprawdę trudne.

Nikt nie mógł opuścić szkoły jeżeli w jakimś stopniu nie umiał: wspinać się, pływać, biegać i latać.

Orzeł nie zdał egzaminu ze wspinania się na drzewo. Mógł się dostać na jego szczyt inaczej ale zdaniem egzaminatorów robił to w niewłaściwy sposób, niezgodny ze standardami.

Prymusem był węgorz, z wielkimi płetwami piersiowymi, który wykazał się umiejętnością biegania, pływania, wspinania się na drzewa a nawet latania.

Ta metaforyczna opowieść została napisana ponad 100 lat temu.

Teraz powinienem napisać coś o aktualności starego tekstu.

Ale po co?

Przecież tego nie będzie na teście.

Opowieść druga: krótkie wprowadzenie do tego co naprawdę ważne.

Z powodów bliskości więzi krewniaczych zostałem wmanewrowany w partycypację w cyklicznie odbywającym się wydarzeniu noszącym wzniosłą nazwę: „test ósmoklasisty”. Jak co roku tysiące nastolatków i ich rodziców, próbuje udowodnić swoją wyższość innym tysiącom nastolatków i ich rodzicom. Gdzieś w środku są też nauczyciele. Niczym krzesła w fabryce mebli, przechodzą wielokrotne badanie wytrzymałości, trwałości, odporności na uderzenia i stabilności.

W atmosferze rwanych włosów, inwektyw odnoszących się do intelektu i narzekań na prowadzącą do braków wiedzy niesystematyczność, uświadamiane są nowe potrzeby. Rynek dostrzega nie niszę ale jamę, która wymaga wypełnienia. Jak co roku, wraz z kasztanami kwitnie popyt na usługiwspierające edukację. Na pniu rozchodzą się: książki, testy i skarpetki z czterolistną koniczyną. Korepetytorzy są gotowi pracować na trzy zmiany i mają utargi, jak smażalnie ryb nad Bałtykiem w lecie. Uczniowie i ich rodzice rzucają się też do internetu by poprzez prezentacje na YouTube szybko się czegoś nauczyć.

Czy celem jest wiedza? Umiejętności? Krytyczne myślenie? Kreatywność? Rozbudzona ciekawość?

Gdzieżby. W tym wszystkim zwycięzca może być tylko jeden. Pragmatyzm.

Pragmatyzm bierze wszystko.

Liczy się tylko to, ile punktów w ostatecznym rozrachunku otrzymamy, i czy będzie to więcej niż to co dostaną inni. Nikt już nie pyta o to co umiesz, co cię interesuje i pociąga. Chodzi o to by nauczyć się zdawać, by spełnić założenia i oczekiwania twórców systemu pomiaru.

Jak? Na to odpowiedzi udzielają online’owi korepetytorzy.

Na ekranie slajd z kilkoma uwagami:

„mail na 10 punktów nie musi być rewelacyjny,

wybitne maile nie są wynagradzane,

krótszy mail to mniejsza szansa na błędy”

W tle głos: „Gdybym rozmawiał z wami prywatnie nigdy bym wam tego nie powiedział ale na egzaminie może nie warto się wyróżniać.”

170 tysięcy odsłonięć i komentarze w rodzaju: „ten kanał to najlepsze co mnie w życiu spotkało”, „idealne na jutrzejszy egzamin”.

Chłopaki z YouTube’a wykonali świetną robotę. Piszę to całkowicie bez ironii. Naprawdę ich doceniam. Klarownie, krótko, bardzo pragmatycznie tłumaczą jak, tu cytat, „wydymać system”. Są świetnie przygotowani i rewelacyjnie przeprowadzają coraz bardziej znerwicowanych uczniów przez meandry testologii stosowanej. Odnajdują się w systemie. Nie ma się do czego przyczepić.

Powodzenie tego rodzaju filmików jest dowodem wynaturzenia zdominowanej przez testy edukacji. Jak pisze w „The Testing Charade” Dan Koertz konsekwencje, jakie wyniki testów mają dla uczniów, nauczycieli i szkół, sprawiają, że coraz więcej czasu i energii idzie w przygotowanie do zdawania testu a nie w prawdziwe nauczanie.

Opowieść trzecia: o przemianie bohatera i poszukiwaniu nadziei.

Jeden z wielu paradoksów, które obserwujemy polega na tym, że znaczenie, jakie przypisuje się testom (ósmoklasisty, czy maturalnego) ogranicza korzyści dobrego testowania. Dobre testy są potrzebne choćby po to, by zarówno uczniowie, jak i nauczyciele mogli się zastanowić nad tym, czy ich podejście do kształcenia się sprawdza. Dobry test daje odpowiedzi i ma bardzo praktyczne zastosowanie. W przypadku testu przeprowadzanego na koniec ósmej klasy, wydaje się, że cele są dwa: po pierwsze zmierzyć wiedzę i umiejętności, po drugie,  dzięki porównaniu wyników, określić jak uczeń wypada na tle innych. I tu pojawiają się moje wątpliwości. Jestem przekonany, że testy służą oddzieleniu dobrych od złych – ale czy to na pewno dobry powód do ich przeprowadzenia? A co z pomiarem wiedzy i umiejętności? Nie jestem pewien czy kogokolwiek to interesuje.

Popracujmy głową, i wyobraźmy sobie chaos, który by zapanował, gdyby na koniec szkoły podstawowej 90% populacji uczniów otrzymała maksimum możliwych punktów? Toż to byłby skandal. Trafiłem gdzieś na uwagę, że dobre pytanie testowe, to takie, na które poprawnie odpowiada nieco ponad połowa uczniów. Z założenia testy nie mogą zawierać tylko prostych zadań, z którymi poradzi sobie znacząca większość uczniów. Egzaminy, takie jak te na koniec podstawówki, nie służą tak po prostu pomiarowi stopnia opanowania materiału. To zdecydowanie za mało. Ich rolą jest selekcja.

Nie zgodzisz się?

Przecież - stwierdzasz - uczniom, rodzicom i nauczycielom chodzi tylko o to, by dzieci miały większą wiedzę, zdolność kreatywnego i krytycznego myślenia, świadomość swoich pasji, i odkryte silne strony. A wynik testu potwierdza, że proces produkcji standardowego modelu zakończył się sukcesem.

Na pewno?

Czasami zastanawiam się, co by było gdybyśmy uczniów i rodziców poprosili o dokonanie wyboru pomiędzy dwoma opcjami:

Opcja A. Zdajesz test na 90% ale większość uczniów uzyskała 92%.

Opcja B.  Zdajesz test na 40% ale większość uczniów uzyskała 37% i mniej.

Jeżeli rzeczywiście chodzi o wiedzę, którą test miałby mierzyć wszyscy powinni z radością sięgnąć po opcję A, w końcu 90% to bardzo dobry wynik. Coś mi jednak szepcze do ucha, że zdecydowanie większym powodzeniem cieszyłaby się opcja B.

Wypaść lepiej niż inni. Tu nie chodzi o wiedzę, ale o miejsce w szeregu.

To (relatywny) wynik testu jest królem, wiedza to co najwyżej tron. Ważny, szlachetny ale tylko mebel.

Wprowadzając testy, chcąc nie chcąc, tworzymy hierarchię przedmiotów ważniejszych i mniej ważnych. Tańczysz, lubisz przyrodę, szybko biegasz?

To nieważne.

Nie umiesz zdawać testów? Jesteś beznadziejny.

Teraz liczy się tylko polski, matma i język obcy.

Po co w ogóle są jeszcze inne lekcje?

Kształtujemy ludzkie postawy, tworzymy ludzi, których Erich Fromm opisywał jako nastawionych na mieć a gardzących być. Obserwuję to na uniwersytecie. Na pierwszych zajęciach zwykle a nie ma pytań w rodzaju: czego mogę się dowiedzieć podczas tego kursu? Czego się nauczę na tych zajęciach? Ale zawsze jest pytanie: jak wygląda zaliczenie i czy można być zwolnionym z egzaminu?

Testy mierzące osiągnięcia szkolne uczniów są wartościowym źródłem informacji, ale tylko w warunkach normalnego nauczania ukierunkowanego na ogólne kompetencje. O tym mówi nam prawo Campbella. Gdy wysoki wynik testu jest sam w sobie celem, który chcemy osiągnąć w nauczaniu, zarówno test jak i kształcenie stają się swoimi własnymi karykaturami.

Testy niczego nie uczą a przy tym przeorientowują sposób nauczania. Kiedy w teście z języka obcego pojawia się email możemy się spodziewać, że nauczyciele skupią się na tym, jak napisać email a nie na tym, jak budować rozbudowaną wypowiedź pisemną. Celem jest nabycie umiejętności zdawania testów, a nie rzeczywista wiedza i możliwości jej zastosowania. Jeżeli uczniowie rzeczywiście mają wiedzę i umiejętności powinni być w stanie wykorzystać je z powodzeniem do rozwiązywania różnego rodzaju zadań.

Zasada, na której coraz częściej opiera się kształcenie jest zwodniczo prosta: przy pomocy zestandaryzowanego testu zmierzmy wiedzę i umiejętności po to by stworzyć bodźce do osiągania jeszcze lepszych wyników. Kiedy nagradzamy ludzi za tworzenie tego co chcemy uzyskać, będą produkowali tego więcej. To zawodny i wynaturzający mechanizm. W pułapkę wpadają wszyscy: uczniowie, rodzice, nauczyciele. Choć wykorzystywanie testów jest istotne w procesie nauczania to stawianie ich na piedestale już nie. Mierzenie, w oderwaniu od myślenia o tym, co powinno być mierzone, i jak uzyskane wyniki mogą w racjonalny sposób doskonalić proces nauczania to lemingowy skok z urwiska.

Epilog

Orzeł, ląduj mi tu zaraz, miałeś ćwiczyć wspinanie na drzewa a nie sobie latać.

***********************************************************************

Choć nie jest to dokładne tłumaczenie a jedynie próba oddania sensu tekstu, pierwsze akapity powstały w oparciu o artykuł „An Educational Allegory” autorstwa Aesop, JR;  zamieszczony w Journal of Education, 12 października 1899 roku.

Wykorzystałem też książkę: Dan Koertz „The Testing Charade”