Kiedy w roku 1975 większość islandzkich kobiet przez jeden dzień nie gotowała, nie sprzątała, nie opiekowała się dziećmi, cały kraj się zatrzymał. Ten jeden dzień, który Islandczycy wspominają jako „długi piątek” pokazuje nam jak ważna jest praca, którą wykonują kobiety. Bardzo długo niepłatna praca kobiet nie była przedmiotem zainteresowania zdominowanych przez mężczyzn katedr ekonomii. Dziś wielu z nich przyznaje, że duża część wzrostu gospodarczego, jaki obserwowaliśmy w drugiej połowie XX wieku miała swoje źródło w opiece sprawowanej przez kobiety.

Gdy otworzymy raport Time to care” przygotowany przez OXFAM w 2020 roku to znajdziemy w nim informacje, że na całym świecie kobiety wykonują trzy razy więcej niepłatnej opieki niż mężczyźni. Każdego dnia dostarczają 12,5 miliarda godzin takiej pracy. Jeżeli przeliczymy to na pełnoetatowe zatrudnienie to otrzymamy 1,5 miliarda osób pracujących osiem godzin dziennie bez wynagrodzenia. Chichotem diabła jest to, że nieodpłatna opieka i praca w domu pozostaje niewidoczna i niedoceniana. Bo w życiu jest tak jak w nauce: liczy się to co się liczy.

Jednym z powodów dlaczego ekonomia przez długi czas odsuwała od siebie zagadnienie pracy niepłatnej były trudności z jej wyceną. Nawet zwykle mało wrażliwi ekonomiści czuli się nieswojo mając przykleić metkę z ceną czemuś, co tradycyjnie było uznawane za pracę wykonywaną z miłości. Przecież matka opiekująca się dzieckiem nie myśli o tym, ile by mogła zarobić. W przypadku pracy niepłatnej nie działa też zwykły mechanizm rynkowy tzn. taki, w którym cena jest wyznaczana na poziomie, za który ktoś chce sprzedać a ktoś inny jest gotów kupić. W przypadku pracy niepłatnej nie ma transakcji wymiany. A jednak, jak pokazuje przykład Islandii, niepłatna praca kobiet w gospodarstwie domowym to para w lokomotywie gospodarki, słońce w baterii fotowoltaicznej, kalorie dla żywego organizmu. (W tym miesiącu chyba już się wystrzelałem z efektownych porównań)

Niezwykle przejmujące są informacje w rodzaju: gdyby policzyć wartość pracy, jaką wykonują gospodynie domowe w domach na całym świecie wyszłaby suma większa niż dochód 50 największych firm na świecie. Tak, tak weźcie wszystkie te znane i mniej znane Amazony, Walmarty, Apple Jabłuszka i VW samochody dla ludu a okaże się, że kobiety w domach, tu cudzysłów, „zarobiły” więcej niż wszystkie te giganty.

To działa na wyobraźnię.

Musi działać.

Ale powolutku.

Skąd się wzięła wartość, którą podaje OXFAM w swoim raporcie?

Skąd 10,8 biliona dolarów wartości nieodpłatnej pracy w domu? Tego typu obliczenia wykonywane są zwykle w trzech krokach:

Najpierw sprawdzamy ile godzin tygodniowo dana osoba wykonuje pracę nieodpłatną w ciągu tygodnia. Potem mnożymy to przez 52 by uzyskać liczbę godzin rocznie. Następnie mnożymy to przez wybraną stawkę pieniężną taką jak np. płaca minimalna.

Ta metoda jest prosta tylko z pozoru. Problemy pojawiają na etapie szacowania czasu, różnic indywidualnych, jakości tego, co robimy i przypisanej stawki.

Po pierwsze samo wyznaczenie czasu przeznaczanego na pracę niepłatną jest problematyczne. Często robimy kilka rzeczy na raz; szczególnie teraz, gdy pozwala nam na to technologia. Wrzucam pranie, włączam zmywarkę, wstawiam obiad a jednocześnie spoglądam czy dziecku nie przychodzą do głowy głupie pomysły. Ile czasu przypisać każdej z tych czynności? Wcale nierzadko w badaniach, w których szacowano czas przeznaczany na różne aktywności okazywało się, że badani nie spali, i pracowali 25 godzin dziennie.

Powiedzmy jednak, że niektóre, dokładniejsze metody, w miarę precyzyjnie pozwalają określić czas, jaki przeznaczamy na różne rzeczy. Wtedy pojawia się inny problem: co zrobić w sytuacji, gdy niektórzy daną czynność np. gotowanie obiadu wykonują szybko a inni celebrują obieranie ziemniaków i struganie marchwi. Czy wartość pracy amatorów powolnego działania powinna być większa tylko dlatego, że są powolni? A co zrobić, gdy ktoś jest specjalistą w tym co robi, a ktoś inny dopiero stawia pierwsze kroki?

Z tym bezpośrednio wiąże się kolejna trudność. Jeżeli wyceniając pracę niepłatną oprzemy kalkulację na ilości czasu; czas x stawka = wartość, to nic nam to nie powie o jakości tego co robimy. Kalkulując w ten sposób tak samo wycenimy dwa obiady, z których każdy był efektem godziny gotowania. Nie ma znaczenia, że jeden z nich to zielonkawa breja o konsystencji oleju silnikowego i o takim samym smaku, a drugi to potrawa, która gdyby tylko była nieco gorsza mogłaby z powodzeniem pojawić się na stole w najlepszej restauracji. Tak samo mogę spędzić 8 godzin na opiece nad dzieckiem przez cały czas nie robiąc nic poza ograniczeniem mu dostępu do materiałów łatwopalnych albo aktywnie się z nim bawiąc. W obu przypadkach skalkulowana wartość pieniężna opieki będzie taka sama.

No i ostatnia rzecz: stawka. Oxfam przyjął płacę minimalną, w Gazeta.pl założono 40 złotych za godzinę; niektórzy mogliby się obrazić. Skoro uczę się z dzieckiem angielskiego to powinienem mieć stawkę taką jak korepetytor. W końcu godzina mojego czasu będzie warta tyle ile bym musiał zapłacić za korepetycje. Skoro gotuję, to jak kucharz. Naprawiam kran, to jak hydraulik; podwożę dzieci do szkoły, jak taksówkarz itp. Zauważmy jednak, że to wymaga od wykonawcy danej czynności wiedzy i umiejętności zawodowców. Dlatego ktoś wpadł na pomysł by zamiast każdej czynności przypisywać  inną stawkę na zasadzie: godzina sprzątania warta godzinę pracy sprzątaczki; można wszystkie czynności wynagrodzić tak samo. W ten sposób zrównane jednak zostało zamiatanie podwórka z edukowaniem dziecka.  I tak źle i tak niedobrze.

To o czym tu piszę to tzw. metody nakładowe. Czas jest nakładem. Stosuje się jeszcze metody wynikowe; patrzymy na to ile kosztuje efekt. Ktoś ugotował obiad: to pytamy ile za taki obiad trzeba by zapłacić na rynku. Stosowanie tych metod nastręcza bardzo wielu problemów, i raczej jest rzadko stosowane.

Takie refleksje na koniec.

Wycenianie pracy niepłatnej nie stanowi podstawy by domagać się za nią wynagrodzenia. Praca rynkowa ma jednak inny charakter. Ot choćby jeśli będąc zmęczonym nie posprzątam pokoju to coś co byłoby niedopuszczalne, gdybym za sprzątanie pokoju otrzymywał wynagrodzenie. Pojawia się też bardzo praktyczna kwestia: wyobrażacie sobie lotne oddziały policji ds. wynagradzania pracy niepłatnej sprawdzające czy dom jest posprzątany, dziecko nakarmione a zakupy równo ułożone w lodówce?

Inna rzecz to motywacja: dzisiaj zwykle wewnętrzna (gotuję bo chcę mieć posiłek), płacąc zmienilibyśmy ją na zewnętrzną (gotuję, bo mi za to płacą).

W końcu najważniejsze, wymykające się wszystkim regułom czynności takie, jak sprawowanie opieki.  Nie można tej czynności przeliczyć po prostu na czas; to, i chyba nikomu nie trzeba tego tłumaczyć, coś znacznie więcej: relacje, odpowiedzialność, solidarność, chęć służenia innym.

W tym miejscu nie możemy jednak skończyć.

Chcę żeby to wybrzmiało.

Fakt, że dokładne wyrażenie w pieniądzu wartości pracy niepłatnej, a szczególnie opieki, jest praktycznie niemożliwe w żaden sposób NIE PODWAŻA WARTOŚCI TEJ PRACY.

Wycena pracy to nie jest zwyczajne ćwiczenie intelektualne ale sposób na pokazanie jak cennym i niezbędnym dla nas i dla całego społeczeństwa jest to, co robimy w domach. To też sposób by podkreślić, że za wykonywanie takiej pracy nie tylko nie otrzymuje się zapłaty ale jest się wprost karanym. No i w końcu, wykonywanie pracy niepłatnej, to jeden z podstawowych czynników utrzymywania nierówności płci na świecie.

A tak szczerze: jak myślisz, kto bardziej przyczynia się do dobra ludzi: matka troskliwie zajmująca się swoimi dziećmi czy makler spekulujący na walutach gospodarek wschodzących? Jako społeczeństwo wynagradzamy jego, nie dostrzegając jej.