W życiu nie może się trafić nic lepszego niż dobry przyjaciel. No może poza przypadkiem, kiedy przyjaciel przychodzi z winem. Inny człowiek jest nam niezbędny do oddychania,  tłoczenia krwi  w żyłach, zachwycania się  codziennością. Depresja i nieszczęście gnieżdżą się w izolacji. Pytani o to, co jest najważniejsze w ich w życiu ludzie często na jednym oddechu mówią o miłości i przyjaźni. Bycie otoczonym przez ludzi, którym możemy zaufać, i z którymi potrafimy dzielić nasz świat, wpływa pozytywnie na nasze szczęście. Potwierdzenie można znaleźć w licznych badaniach. W jednym z nich wykazano, że większość z nas woli spędzać czas z przyjaciółmi niż z bliską rodziną, długoletnim partnerem życiowym, czy własnymi dziećmi (o psie nic nie było).

Materiału do tego aby pisać hymn pochwalny na temat roli przyjaźni w naszym życiu jest  więcej niż lukru w świątecznych piosenkach puszczanych w supermarketach. Zajmują się tym poeci, pisarze, naukowcy, a dzisiaj tiktokerzy i Zenek - a to już  najlepszy dowód,  że temat jest nieco zużyty.

A jednak przyjaźń ciągle potrafi zaskakiwać.

Jest w niej coś zwariowanego i niedorzecznego.

Spotykam kompletnie obcego człowieka i zaczynam myśleć: "Kurcze, ja naprawdę go lubię”.

A czy zastanawialiście się nad tym:

Jak to się dzieje, że wybieramy tą, a nie inną osobę?

● Co sprawia, że niektórzy ludzie stają się naszymi przyjaciółmi, a inni nie?

Psy rozpoznają wrogów i przyjaciół poprzez wzajemne obwąchiwanie sobie pośladków. Chciałbym sądzić, że my ludzie jesteśmy w tym zakresie nieco bardziej wyrafinowani.

No dobrze, nie dobieramy przyjaciół stosując toporne metody rekrutacji; włącznie z przesyłaniem z CV, listem rekomendacyjnym, testem osobowości i rozmową kwalifikacyjną.

Wykorzystujemy w tym celu kilka prostych mechanizmów, które często pozostają poza naszą świadomością. I to o nich jest ten tekst.

24 metry

W jednym z klasycznych badań  śledzono, w jaki sposób nawiązywane są kontakty między ludźmi. Psychologowie obserwowali studentów pierwszego roku, którzy całkowicie losowo zostali zakwaterowani w akademiku. Po kilku tygodniach zapytano ich, kim są ich najbliżsi przyjaciele. Większość badanych wskazała na kogoś, kto mieszka w tym samym budynku. Ale to jeszcze nic.

Największe szanse na to, żeby być naszym najlepszym przyjacielem, miał nasz najbliższy sąsiad. Prawdopodobieństwo, że naszym najlepszym przyjacielem będzie osoba, która mieszka dwa pokoje dalej, było dwukrotnie mniejsze. A gdy odniesiemy to do osób mieszkających na końcu korytarza prawdopodobieństwo zmniejszało się czterokrotnie.

Przeżujmy to jeszcze raz.

Przypadkowe osoby, których pokój jest oddalony od mojego o 6 metrów mają czterokrotnie większe szanse na bycie moim przyjacielem, niż ci, od których drzwi dzieli mnie 30 metrów.

To nieludzkie.

Skandalicznie pozbawione polotu.

Wyobraź sobie:

"Słuchaj Piotr, a tak naprawdę dlaczego jestem twoim przyjacielem?”

“No cóż, miałem blisko".

Albo:

"Zaprzyjaźniłem się z tobą ponieważ nasze nazwiska zaczynają się na litery, które są blisko siebie w alfabecie.”

Czy może być coś bardziej banalnego?

Po tym jak napadło mnie wyparcie przyszła refleksja.

Z kim najczęściej się przyjaźniłem w klasie, na kolonii, czy w biurze?

Czy to czasem nie były te osoby, które mieszkały lub pracowały w tym samym pokoju co ja? A przynajmniej funkcjonowały na tym samym piętrze?

Im częściej się z kimś stykamy tym większa szansa, że go polubimy. W literaturze międzynarodowej pewnie to się nie przyjmie, ale u nas w Polsce możemy to nazwać mechanizmem inżyniera Mamonia:

“Proszę Pana ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. No, to poprzez reminiscencje. No jakże może mi się podobać piosenka, którą pierwszy raz słyszę”.

Ciekawe jest to, że aby kogoś polubić nie potrzebujemy wcale nawiązywać z nim bezpośredniego kontaktu. Na pewnym uniwersytecie przez cały semestr w wykładach uczestniczyły współpracowniczki eksperymentatora. Ich rola sprowadzała się do  siedzenia. Nie wchodziły w kontakt z innymi studentami ani z prowadzącym zajęcia. Milczące mimozy. Po kilku tygodniach studentom pokazano zdjęcia podstawionych studentek i poproszono o ocenę na skali sympatyczność i atrakcyjności. Im częściej kobiety uczestniczyły w zajęciach tym wyżej na obu skalach zostały ocenione.

Częstość kontaktu ma znaczenie, ale gdyby to było to jedyne kryterium, którym się kierujemy kształtując naszą przyjaźń naszym najlepszym przyjacielem byłby Lidl, Biedronka albo minister zdrowia w czasie pandemii.

Potrzeba czegoś więcej. Czegoś co pozwoli przejść od znajomości do przyjaźni.

Geny

Przyjaciele to rodzina, którą sam wybierasz ".

Coś może być na rzeczy.

Wyniki badania naukowców z University of California i Yale sugerują, że przyjaciele okazują się być do siebie genetycznie podobni. Najczęściej zaprzyjaźniamy się z osobami, które mogłyby być naszymi krewnymi; takimi kuzynami, którzy ujawniają się tylko w momentach sporów nad podziałem spadku.

Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze, możliwe jest, że zwracamy uwagę i bardziej troszczymy się o tych, którzy noszą w sobie nasze geny i mogą przekazywać je następnemu pokoleniu.

Po drugie, podobieństwo genów  sprawia, że pociągają nas podobne rzeczy i spotykamy się w podobnych miejscach. Jednym z najczęściej współdzielony przez przyjaciół genów jest ten, który odpowiada za wrażliwość na bodźce węchowe. Może łatwiej spotkać nam osoby, które tak jak my lubią zapach kawy albo lasu wiosną.

Podobieństwa

O ile geny i częste spotykanie się z inną osobą może być tym, co pozwoli zainicjować znajomość, o tyle dla podtrzymania i pogłębienia relacji, przejścia na level: “przyjaźń”, potrzebne jest jakieś lepiszcze.

Najsilniejszym spoiwem jest podobieństwo. Oczywiście odmienność pociąga. Jak w Monty Pythonie księgowy, który chciał być treserem dzikich zwierząt tak samo my bywamy zachwyceni osobami, które są bardzo od nas różne. Jednak na dłuższą metę atrakcyjni  okazują się ci, którzy są do nas podobni. Jak pisał C.S. Lewis:

„Przyjaźń rodzi się w momencie, gdy jedna osoba mówi do drugiej:
„Co? Ty też? Myślałem, że jestem jedynym."

Arystoteles miał ten sam pomysł, kiedy pisał, „niektórzy określają to jako kwestię podobieństwa; mówią, że kochamy tych, którzy są tacy jak my ”.

Czasami wydaje się to wręcz karykaturalne. Badania pokazują, że studenci pochodzący ze wsi częściej przyjaźnią się ze studentami pochodzącymi ze wsi, liberałowie z liberałami stereotypowi  maczo  z innymi maczo; tylko sadyści i masochiści znajdują wspólny język pomimo dzielących ich różnic.

Przypomina mi to żart rysunkowy. Na przyjęciu gospodyni poznaje ze sobą dwóch mężczyzn zwracając się do nich tymi słowami:

“Chciałabym żebyście się poznali. Żaden z was nie jest zbyt interesujący, ale razem możecie osiągnąć efekt synergii".

Ma rację: ludzie dobierają się na zasadzie podobieństwa.

Przyjaźnimy się głównie z tymi, którzy mają podobne do nas poglądy. Myślą tak jak my. Podobnie interpretują związki międzyludzkie, komunikują się w podobny sposób etc. etc. Łączą nas zainteresowania i doświadczenia. Do dzisiaj przyjaźnię się z moimi studentami, z którymi podróżowałem po Indiach czy Kambodży, a jednocześnie nie pamiętam wielu twarzy tych, z którymi nie łączyło mnie jakieś intensywne doświadczenie. Łatwiej mi rozmawiać się z obcą osobą, która przyznaje, że podróżuje z plecakiem, niż z kimś kto uwielbia białe hotele w dyskotekowych zagłębiach jakiegoś costa. Zawsze wiem, że trafiłem na właściwego człowieka, gdy jest fanem Małego Księcia i Kubusia Puchatka itd.

Zasadę dominacji podobieństwa - mało profesjonalna nazwa, którą właśnie wymyśliłem - świetnie możemy obserwować przyglądając się nastolatkom. Młodzież w tym wieku zyskuje dużą autonomię w doborze przyjaciół. A to jak z niej korzysta widać świetnie przy każdym spacerze po mieście. Pary, trójki, większe grupy głęboko przekonanych o swojej oryginalności i niepowtarzalności jednostek, dla każdego z nas, zewnętrznego obserwatora,  są zwykle trudne do odróżnienia. Te same ubrania, makijaże, fryzury, gesty i zachowania. Żywa rzeźba: „podobieństwo”.

Wzajemność

Psychologowie ewolucyjni wskazują, że tworzymy relacje oparte na odwzajemnionym drapaniu : “Podrap mnie po plecach, a potem ja podrapię ciebie”.

To dlatego, że lubimy być lubiani. Nawet jeżeli ktoś nie zgadza się z nami, reprezentuje inne wartości lub poglądy, ale okazuje nam zainteresowanie, podtrzymuje kontakt wzrokowy, rozmawiając nachyla się w naszym kierunku, uważnie słucha tego, co mówimy, okazujemy takiej osobie sympatię.

To oczywiste - twierdziło wielu - przyjaźń jest zwyczajną wymianą.

Problem z tym poglądem polega jednak na tym, że ludzie nie prowadzą mentalnych ksiąg przysług. Nie kodują tego, co dają i tego, co otrzymują. O ile na początku znajomości to, ile dostaję w stosunku do tego, ile daję rzeczywiście może mieć znaczenie, o tyle z czasem, gubimy się w rachunkach albo nie przykładamy do nich wagi. Jestem pewien, że tego doświadczyliście. W prawdziwej przyjaźni nie ma miejsca na kalkulację zysków i strat. Jest tylko człowiek, na którym  nam zależy.

Lubimy tych, którzy lubią nas.

Ja cię lubię ponieważ ty lubisz mnie.

Proste.

Świadomość tego, że jesteśmy dla kogoś atrakcyjni, przez kogoś szanowani i doceniani; sprawia,  że chętniej i łatwiej  przychodzi nam nawiązywanie kontaktu z taką osobą.

Ciekawe w tym kontekście jest również to, że ta zasada działa w odwrotną stronę: kiedy ja kogoś lubię jestem skłonny wierzyć, że ta osoba lubi mnie. W tym miejscu niemiłe zaskoczenie. Niedawno opublikowano badania, z których wynika, że tego typu przekonania, okazują się być bardzo naiwne. Tylko 50% osób, które badani uznali za swoich przyjaciół, odwzajemniało się tym samym.

Polub siebie by polubić innych.

Generalnie łatwiej nam polubić innych ludzi, gdy lubimy samych siebie. Mam wysoką samoocenę i dowiaduję się, że ktoś inny mnie polubił, wtedy łatwo przychodzi mi polubienie tej osoby. Jeżeli moja samoocena jest niska to, nawet gdy wydaje mi się, że ktoś mnie lubi, mogę taką osobę odrzucić. No bo niby dlaczego ktoś miałby mnie lubić? Mamy sporo badań wskazujących na to, że osoby z niską samooceną mają skłonność do nielubienia tych, którzy ich lubią ponieważ sami nie lubią siebie.

Aby zadziałała zasada wzajemności, abym polubił kogoś kto okazuje mi sympatię, musi być spełniony jeszcze jeden warunek. Muszę być pewny, że okazywanie mi sympatii nie służy jakiemuś celowi, nie ma charakteru instrumentalnego. Będąc wykładowcą na uniwersytecie mam to na co dzień. Szczególnie w okresie sesji egzaminacyjnej zapala mi się czerwona lampka, gdy podczas egzaminu ustnego student głośno zachwala książkę mojego autorstwa. Kompletnie inaczej jest, jeżeli robi to po tym, jak już wystawiłem mu ocenę. Jeżeli ktoś wkłada wysiłek w to by poprzez pochlebstwa, zdobyć moją przychylność, często czuję (choć może nie mam racji), że jest w tym jakiś ukryty motyw. W takim przypadku zamiast łagodnego i przyjaznego elfa budzi się we mnie wrogi nieokrzesany gnom.

Co z tego wynika?

● Skoro częstość spotykania ma znaczenie: najbardziej strategicznym miejscem do nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi w pracy jest pokój sąsiadujący z kuchnią, do której rano wszyscy przychodzą żeby sobie zrobić kawę. Zostawiając otwarte drzwi, tworzymy przestrzeń do zwiększania częstości kontaktów.

● Ekscytujące, pociągające, intrygujące, i jeszcze jakieś inne -ące są spotkania z ludźmi którzy bardzo się od nas różnią. To często fantastyczne doświadczenie, które zapamiętujemy na długo. Jednak różnice sprawiają, że nawet w sprzyjających warunkach tego typu relacje są zwykle krótkie i płyciutkie. Tym co buduje przyjaźń są podobieństwa.

● Lubimy tych, którzy lubią nas.

● Łatwiej nam polubić innych, gdy lubimy samych siebie.

● Nie zbudujemy relacji z drugim człowiekiem na nieszczerych pochlebstwach.

A na koniec.

Tak mnie patetycznie naszło.

Może nie było magii, w tym jak trafiliśmy na naszych przyjaciół. Brakowało fajerwerków i cukrowej waty.

Ale czy to nie jest niesamowite?

Jest ktoś do kogo możemy zadzwonić w środku nocy bo potrzebujemy wsparcia i usłyszymy: "Zaraz będę".