Pieniądze mają wiele funkcji. Mierzą wartość. Pozwalają porównywać rzeczy nieporównywalne jak choćby sokowirówkę i wczasy w Pobierowie. Służą przechowywaniu wartości; oszczędzamy je dziś by móc je wykorzystać w przyszłości. (Może z wyjątkiem rubla.) Pieniądze dostarczają narzędzi do rozliczenia; dzięki czemu za skoszenie trawnika nie płacimy dziś prosiakami czy rzepą. Są też środkiem wymiany, zamieniamy je na rzeczy lub usługi.

Jest jednak coś, co zwykle wymyka się naszemu myśleniu o dutkach.

Najczęściej uznajemy, że dziesięć dolarów to po prostu dziesięć dolarów. Czy jednak na pewno? Czy dziesięć dolarów, które bezrobotny mężczyzna dostaje od pracującej zawodowo żony, by mógł pójść z kumplami na piwo, to te same dziesięć dolarów, które sam zarobił. Czy sto złotych wydane przez kobietę na kosmetyczkę, jest tym samym gdy pochodzi ze wspólnego, małżeńskiego konta, i gdy jest urodzinowym prezentem od ojca.  W obu przypadkach odpowiedź brzmi: „nie”. Pieniądze mają ukryte, często niedostrzegalne znaczenie. Liczy się nie tylko kto i ile wydaje, ale też kto i jak je zdobył, kto je kontroluje, kto decyduje o ich wydawaniu.

A zatem nie musi być tautologią stwierdzenie „pieniądze to pieniądze”. Inaczej traktujemy tę samą sumę, gdy otrzymujemy ją w ramach pomocy charytatywnej, inaczej gdy zarobimy, a jeszcze inaczej gdy dostaliśmy w prezencie. Choć zdarza się, że takie myśli nie aktywują systemu refleksyjnego w naszym mózgu, nie podlega dyskusji, że to w jaki sposób zarabiamy, rozdzielamy i wydajemy pieniądze, może wpływać na nasze relacje z partnerem.

Każda para, nawet jeżeli tego nie planuje, przyjmuje jakieś rozwiązanie dotyczące dysponowania pieniędzmi.

Decydujemy, w jakim stopniu pieniądze są „wspólne”?

Przyjmujemy jakieś rozwiązania w zakresie tego, kto podejmuje decyzje o ich codziennym wykorzystywaniu? A kto o dużych zakupach?

Jak pary to rozwiązują?

Rozwiązania mogą być różne:

· Po pierwsze, cały dochód obojga partnerów trafia w jedno miejsce, ale tylko jedno z nich decyduje o wydatkach.

· Po drugie: każdy z partnerów odpowiada za jakiś rodzaj wydatków, np. mężczyzna ponosi wszystkie koszty związane z samochodem i opłaca rachunki za mieszkanie, podczas gdy kobieta odpowiada za wydatki na jedzenie. W takim przypadku to co pozostaje w ich kieszeniach jest do ich własnej dyspozycji.

· Po trzecie: prawie wszystkie dochody podlegają uwspólnianiu. Zarobione pieniądze trafiają do jednej puli, do której oboje z partnerów mają dostęp. Pary stosujące to rozwiązanie zwykle mówią: „te pieniądze nie są ani moje ani jej/jego; to są nasze pieniądze”.

· W końcu po czwarte; każdy z partnerów ma własne źródło dochodu, i nikt nie ma dostępu do wspólnych środków.

Zanim pójdziemy dalej, spróbujcie sobie odpowiedzieć na pytanie, który model jest najlepszy?

Który się sprawdza?

Spełniając moją prośbę proszę, starajcie się nie myśleć o tym, jaka to szkoda, że wcześniej nie przemyśleliście podziału pieniędzy w domu, a teraz jest już za późno by coś zmieniać.

To co? Wybraliście już wasz najbardziej preferowany model?

Wiecie już kiedy bylibyście najszczęśliwsi?

A chcecie wiedzieć, który model jest najlepszy?

Moja odpowiedź Was nie zadowoli: żaden.

Badano szczęśliwe pary z co najmniej kilkuletnim stażem. Okazało się, że mają różne sposoby zarządzania pieniędzmi, ale każdy z partnerów uważał, że rozwiązanie, które stosują, jest dla nich dobre. Pozwólcie, że podkreślę, niech to wybrzmi: „każdy z partnerów” był zadowolony ze stosowanego rozwiązania. Naukowcy wskazują, że bez znaczenia jest sposób gospodarowania i ilość pieniędzy. Kluczowe jest wzajemne zaufanie. Każdy z partnerów musi wierzyć, że druga osoba nie wydaje nadmiernie, ale też że dotrzymuje niepisanej umowy: płaci rachunki na czas, informuje o dużych wydatkach, które planuje.

To przeciwieństwo tego, o czym czytamy na forach internetowych:

Użytkowniczka Jalicja77 skarży się na męża: „zawsze był rozrzutny i wydawał mnóstwo pieniędzy na głupoty”. Inna internautka, Weronika, ma wątpliwości, co do przyszłości związku a wszystko przez to, że jak tylko on „dostaje wypłatę od razu zaczyna się szaleństwo, zabiera mnie do restauracji, kupuje ciuchy albo inne gadżety”. Dla innych podejście do pieniędzy może być powodem niewchodzenia w związek: „facet mieszka z rodzicami, nie płaci rachunków, a mimo to nie potrafi nic zaoszczędzić”.

Pewnie zauważyliście, że pogrywam wbrew stereotypom, i piszę o rozrzutności mężczyzn. W drugą stronę też to działa, a do tego jeszcze dochodzi, przynajmniej w odczuciu mężczyzn, kwestia wielkości zarobków. Artur skarży się: „brakuje mi słów, znowu kupiła, znowu zabrakło, znowu przepłacone, mieszkanie to jeden wielki magazyn. A w odpowiedzi: za mało zarabiasz, za małe mieszkanie, a inni. Ale kocham i zaciskam portfel w zębach”.

Optymistyczne jest to, że o ile w 2005 roku pieniądze były najczęstszą przyczyną nieporozumień – kłóciło się z ich powodu 31% polskich par o tyle w roku 2019 spadły na czwarte miejsce; kłóci się o nie co dziewiąta para. Choć to nie do końca na temat, to pewnie zadajecie sobie pytanie, o co najczęściej kłócą się pary? Życie codzienne, obowiązki domowe, bałagan. Brudna skarpeta na środku pokoju, częściej jest problem niż nierozsądne wydatki, albo zbyt małe dochody. Nie wiem, jak to oceniacie, ale dla mnie to pozytywna zmiana.

Istnieją powody, by sądzić, że sednem problemu gospodarowania pieniędzmi są nie tyle cyferki na koncie, ale sposób rozmawiania o nich. Większość z nas wzrastało w rodzinach, w których nie mówiło się o pieniądzach. Przyznajcie się: wcześniej wiedzieliście o kamicy żółciowej cioci i chorym pęcherzu wujka, niż o tym, jakie oszczędności zgromadzili rodzice. Z jakiegoś powodu ciężko się o tym rozmawia. A jak już do tego dochodzi, nierzadko wymieniamy się ciosami: „za mało zarabiasz” „nie, to ty za dużo wydajesz”. Tymczasem, jak mówią wyniki badań: pary, w których komunikacji między sobą towarzyszy najwięcej negatywnych emocji, najczęściej kłócą się o pieniądze.

Z kolei badania szczęśliwych par pokazują, że w większości z nich jeden z partnerów zajmuje się codziennymi wydatkami. Zauważmy, że takie rozwiązanie wymaga wzajemnego zaufania i dobrej komunikacji.

Ponadto szczęśliwe pary zwykle nie mają długów lub mają wypracowany mechanizm ich spłacania. Badania przeprowadzone w Stanach sugerują, że zadłużenie może negatywnie oddziaływać na satysfakcję ze związku. Jeżeli przemknęła Wam przez głowę myśl: „no to mamy przechlapane, do spłaty kredytu za mieszkanie zostało jeszcze 20 lat” - to spieszę uspokoić – zwykle to nie o takie długi chodzi. Konflikty wynikają z zadłużenia konsumpcyjnego; ktoś wziął pożyczkę by kupić samochód, ktoś inny ciągle się zadłuża na karcie kredytowej. Zadłużenie z powodu: kosztów leczenia, wydatków na kształcenie czy zakupu domu okazuje się nie być istotne.

Kolejny ważny wniosek z badań szczęśliwych par: żadna z nich nie wydawała więcej niż zarabiała a każda dbała o to by mieć oszczędności. I w końcu: ważne dla satysfakcji związku okazuje się być to, jak oceniamy naszego partnera w odniesieniu do wydatkowania pieniędzy. Co ciekawe to, jak wydajemy pieniądze sami albo wspólnie z partnerem okazuje się nie być istotne. A dla tych, którzy burzą się z powodu złych decyzji podejmowanych przez partnera małe przypomnienie: pamiętajcie, że kiedyś wy też byliście przedmiotem tych decyzji.

Moja żona, która najczęściej jest pierwszym czytelnikiem pisanych przeze mnie tekstów, po przeczytaniu tego, nie omieszkała mi przypomnieć, jak bardzo dobrze gospodaruje pieniędzmi, i jak ja bardzo jestem z tego zadowolony. Myślicie, że jak już o tym wspomniałem, to pozwoli mi kupić nowe trampki na lato?