Od dawna szukamy sposobów na ograniczanie ilości węgla w atmosferze. Wiele z proponowanych metod; jak choćby wychwytywanie go bezpośrednio z powietrza i zakopywanie w ziemi, jest piekielnie drogich, skomplikowanych i, no cóż, nieprzetestowanych. Marzy nam się metoda: tania, prosta, pewna.

A co jeżeli ona już od dawna istnieje?

A przy tym jest raczej low-tech niż high-tech?

Tak wiem, to jest passe.

Żeby ją sprzedać szerszej publice nie możemy po prostu mówić, że to powrót do korzeni.

W porządku. Rozumiem. Spróbujmy więc pójść z duchem czasu.

Nazwijmy ją: 4.0. Natura 4.0?

Dodajmy hasło reklamowe: Bo jesteśmy tego warci.

I spróbujmy ukształtować grupę odbiorców.

No ale po kolei.

Badania przeprowadzone przez naukowców z Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że jeden wieloryb wart jest tyle, co tysiące drzew. Dojrzałe drzewo, pochłania około 22 kilogramów dwutlenku węgla rocznie. Wieloryb w ciągu swojego życia średnio 33 tony. Humbak, kaszalot czy płetwal na wieki usuwają węgiel z atmosfery. A co ważniejsze: będąc w atmosferze dwutlenek węgla przyczynia się do efektu cieplarnianego, a wychwycony i zmagazynowany w ciele wielorybów tego nie robi. Szacunki oparte na cenie praw do emisji mówią o tym, iż przez 150 lat, od  roku 1870, tylko dzięki wielorybom udało się wychwycić z atmosfery węgiel wartości 30 bilionów dolarów.

Nieźle.

Ale dodajmy jeszcze coś o czym dowiedzieliśmy się całkiem niedawno. Okazuje się, że obecność wielorybów– największych żywych organizmów zamieszkujących planetę, przyczynia się do tworzenia i wzrostu jednych z najmniejszych: fitoplanktonu. Fitoplankton, czyli dryfujące mikroskopijne rośliny, nie tylko dostarcza połowę całego tlenu do atmosfery, ale też wychwytuje z niej 37 miliardów ton CO2: około 40% tego, co produkujemy. To mniej więcej tyle co 1,7 biliona drzew, a bardziej obrazowo: czterokrotnie więcej niż całe lasy Amazonii.

Fitoplankton, rośliny wielkości kilkuset mikrometrów (10−6) po części wzrastają dzięki wielorybom. A dokładnie dzięki ich bogatym w żelazo i azot produktom przemiany materii. Naukowcy opisali tzw. „pompę wielorybów”. Nurkujące olbrzymy przenoszą z głębin na powierzchnię konieczne dla rozwoju fitoplanktonu minerały. A do tego, przenoszą go z miejsca na miejsce na duże odległości. To  z kolei określono mianem „taśmy wielorybów”. Mówiąc wprost: pozostawiając za sobą to, co pozostaje po konsumpcji, wieloryby nawożą „pola” fitoplanktonu. (zob. grafikę)

Oczywiście wielkie morskie ssaki to nie jest jedyne źródło minerałów dla fitoplanktonu. Swoje robią też burze piaskowe, osady rzeczne czy drobinki przenoszone przez fale i wiatr. Często jednak niektórych minerałów; azotu, fosforu, żelaza, jest za mało. W tym miejscu na scenę wkraczają wielkie, migrujące walenie. Gdyby udało nam się zwiększyć ich liczebność mogłoby to istotnie przyczynić się do wzrostu fitoplanktonu. A to by się nam przydało. Zwiększenie masy fitoplanktonu o 1% dałoby efekt w postaci zredukowania dwutlenku węgla równy pojawieniu się 2 miliardów drzew.

W idealnym świecie dbalibyśmy o wieloryby. Tak po prostu. Mielibyśmy w sobie tyle mądrości by dostrzec w nich piękno i rolę w ekosystemie. W prawdziwym świecie potrzeba argumentów. A żadne argumenty nie są tak skuteczne, jak te wyrażone w banknotach z wizerunkiem Benjamina Franklina. Choć może wydać Wam się to dziwaczne; natura ma swoją wartość. Ekonomia dostarcza argumentów do tego by zacząć myśleć o niej jako towarze, elemencie rynku, źródle usług. Wszystko to jednak nie po to by ją utowarowić, ale po to by zacząć o niej myśleć, w kategoriach zysków i strat dla ludzkości.

Spójrzcie na taką kalkulację:

Złapany i zabity wieloryb to przychód w wysokości 40-80 tysięcy dolarów.

Sporo.

Tak, ale od tego musisz odliczyć to co wydałeś na połów, wynagrodzenie ludzi, zakup i konserwację statku, transport itd. Do tego dodajmy: wieloryb w odróżnieniu od kota, nie ma siedmiu żyć, raz zabity, raz przynosi dochód. Wszystko to sprawia, że żeby interes w ogóle się opłacał, konieczne jest zabijanie bardzo wielu morskich ssaków.

Jednak komercyjne wielorybnictwo to relatywnie niewielki problem. Największym jest tzw. przyłów – przypadkowy, niezamierzony połów ssaków i innych zwierząt morskich, w trakcie regularnych połowów ryb. W jednym z raportów wskazano, że statki rybackie wyrzucają za burtę więcej ryb niż przywożą na brzeg, a szacunki mówią o 300 tysiącach wielorybów zabijanych każdego roku.

Wieloryby, delfiny, żółwie, foki - wszystkie giną zaplątane  w sieci.

Koszt dla łowiących: zero.

Ekonomia, jak się okazuje bardzo użyteczna nauka, mówi nam jednak, że koszt powstaje, tylko nie pojawia się w zapisach księgowych. A to istotna, dająca do myślenia, różnica. Jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko wychwytywanie węgla z atmosfery to, biorąc pod uwagę bardzo skromne szacunki,  w ciągu swojego życia jeden wieloryb dostarcza nam usługi warte 2 miliony dolarów

A zatem każdego roku koszt przyłowu samych wielorybów to około 6 miliardów dolarów – strata, której nie odnotowuje się w żadnych księgach rachunkowych.

Zabijając tracimy wszyscy. Działa tu mechanizm tzw. efektów zewnętrznych: nie zawiniłem a ponoszę koszt. To jeden z głównych powodów zawodności rynku, co oznacza, że nie da się go rozwiązać, jeżeli państwo nie zareaguje. Negatywnym efektem zewnętrznym są choćby choroby wynikające z wdychania dymu. Palący przyczynia się do pogorszenia mojego zdrowia ale nie płaci za to ani złotówki. Inne przykłady: hałas z autostrady, smród fermy kur, czy, co tu daleko szukać, odgłos kosiarki do trawy sąsiada. Celem nie jest smrodzenie czy hałasowanie, one powstają przy okazji zwyczajnej działalności niemniej jednak ktoś, kto nie zawinił i nie korzysta, ponosi koszt. Celem tego, co robią ludzie łowiący ryby, nie jest zabijanie wielorybów, ale to się właśnie dzieje.

A teraz wyobraźmy sobie co by się stało, gdyby łowiący musieli wprowadzić rzeczywisty koszt zabicia wieloryba do swojego rachunku ekonomicznego. W pierwszym momencie doprowadziło by to do wywindowania ceny owoców morza do poziomu, na którym stać by na nie było tylko najbogatszych. W długim okresie zmieniło by się jednak samo podejście do połowów: powstałaby silna zachęta do szukania takich rozwiązań technologicznych, które ograniczają śmiertelność morskich ssaków. Zamiast „zamiatamy wszystko, co wpadnie w sieci” połowy stałyby się bardziej ukierunkowane.

Obok zerowego kosztu dla łowiących, są jeszcze dwa problemy związane z chronieniem wielorybów: własność i rozproszenie korzyści. Efekty zewnętrzne powstają po części dlatego, że wieloryby nie stanowią niczyjej własności. Jeżeli ginie wieloryb, to kto konkretnie traci? Komu należałoby się odszkodowanie? A co z rozproszeniem korzyści? Wartość humbaka czy płetwala błękitnego bierze się głównie z roli w ograniczaniu zanieczyszczenia i przychodach z turystyki. Gdy zapytasz mnie, ile dzięki żywym wielorybom zarobiłem w zeszłym roku to odpowiem: nic. Korzystają jednak wszyscy ale tylko niewielu widzi to w swoich portfelach. Korzyści z zabijania, nawet tego niecelowego, trafiają jednak do konkretnych osób. To sprawia, że umotywowane finansowo jednostki, są silniejsze i bardziej zdeterminowane a przez to też skuteczniejsze w swoich działaniach niż, często nieświadoma, większość.

Na koniec taka krótka, może niezbyt wzniosła i mało pokrzepiająca myśl: jest duże prawdopodobieństwo, że wydalający teraz wieloryb zrobił dzisiaj więcej dobrego dla ludzkości niż ja.