Roseto to niewielka, mająca około 1600 mieszkańców, miejscowość  położona w wschodniej Pensylwanii. Jej początki sięgają XIX wieku, kiedy w tym miejscu osiedlili się włoscy imigranci. Począwszy od 1962 roku Roseto stało się miejscem szczegółowych badań naukowców. Analizowano zachowania, nawyki, relacje społeczne a przede wszystkim stan zdrowia mieszkańców w okresie do 50 lat wstecz. A wszystko dlatego, że w porównaniu do innych miasteczek w okolicy, ludzie tworzący rosetańską społeczność okazali się być zdecydowanie zdrowsi. Profesor Wolf, jeden z pierwszych, którzy się zainteresowali się tym fenomenem,  określił go mianem: „Efektu Roseto”.

Jeżeli spodziewaliście się, że będzie to kolejny artykuł o zbawiennym wpływie diety śródziemnomorskiej, to myślę, że jestem w stanie Was zaskoczyć. Mieszkańcy Roseto z pogardą odnosili się do zdrowego stylu życia. Z ukształtowaną przez kulturę nonszalancją palili cuchnące, wgryzające się w płuca, niezwykle silne, włoskie cygara. Beztrosko sięgali po kieliszki i szklanki wypełnione winem. Regularnie jedli kiełbaski i klopsy smażone na smalcu, do tego salami i tłuste sery. (Jeżeli znacie jakiegoś dietetyka, który zaleca takie podejście do zdrowego odżywiania, to prześlijcie mi jego  namiary.) Cholesterol to była dla nich jakaś dziwna, bardzo odległa w czasie i przestrzeni kraina, o której czasami czyta się w gazecie. Przy tym większość mężczyzn pracowała w kamieniołomach, co zdrowiu też zbytnio nie służy; narażało ludzi na wdychanie trujących gazów i kurzu.

Pomimo tego, co dziś zwykliśmy określać warunkami niesprzyjającymi długiemu życiu w zdrowiu, okazało się, że mieszkańcy Roseto mieli o połowę niższy niż w pobliskich miejscowościach wskaźnik śmiertelności na zawał serca.  Podczas gdy w oddalonym o milę mieście Bangor w latach 1935-1944 doszło do 79 zawałów serca, w tym samym czasie w Roseto odnotowano ich 9. W obu miejscowościach mieli takie same warunki do życia, żyli w niemal tym samym miejscu na mapie, stąpali po identycznej glebie, pili tę samą wodę, otrzymywali niemal identyczne zarobki, wykonywali te same zajęcia. A jednak rosetanie byli znacznie zdrowsi.

Naukowcy uwielbiają anomalie takie jak ta, więc rzucili się by ją wyjaśnić. Jaką supermoc mieli mieszkańcy Roseto by łamiąc prawa dietetycznej machiny propagandowej zapewnić sobie długowieczność?

Jakie to nieamerykańskie…

To od czego zacznę opisując czym wyróżniało się życie mieszkańców miasteczka prawdopodobnie uznacie za najważniejsze, dlatego muszę być ostrożny. Chociaż w tym przypadku wszystko wydaje się być jasne; życie rosetan, potomków włoskich imigrantów, skupiało się wokół rodziny i bardzo bliskich relacji społecznych. Żaden człowiek nie był sam. Obowiązywała zasada: „nikt nie jest zaproszony wszyscy są mile widziani”. Nie ważne czy byłeś bogaty czy biedny, wykształcony czy ledwo kleciłeś zdania, rodzina i społeczność lokalna wypełniały twoje życie. W każdym domu mieszkali ludzie reprezentujący trzy pokolenia; starsi nie byli spychani na margines głównego nurtu życia, pełnili rolę swoistych mędrców, rozsądzając (rzadkie) spory. Bliskie związki z innymi gwarantowały ludziom wsparcie w trudnych chwilach. Stres i nieszczęście omijały Roseto szerokim łukiem. Ale nie tylko one. W Roseto zbrodnie zdarzały się tylko w książkach kryminalnych. Dosłownie nie było, nie to nie pomyłka, przestępczości, a przynajmniej żadne przestępstwa nie były zgłaszane. Statystyki nie odnotowały też żadnych nagłych wypadków wymagających interwencji służb. (Och być sobie policjantem w takim Roseto, to by była fucha. Przepraszam, rozmarzyłem się). Ludzie nie korzystali z pomocy socjalnej. Obok tego co w statystykach były też inne rzeczy zaobserwowane przez naukowców: w wiosce nikt nie obnosił się ze swoim bogactwem. Ostentacyjna konsumpcja była kulturowo nieakceptowalna. Niemal wszystkie potrzeby były zaspokajane wewnątrz lokalnej społeczności. Rosetanie robili zakupy w sklepikach rozmieszczonych w miasteczku chociaż wokół funkcjonowały inne, większe i oferujące tańsze produkty. Mieszkańcy zwykle zawierali małżeństwa wewnątrz społeczności lub z osobami przybywającymi do Roseto bezpośrednio z Włoch.

Tak to się skończyło.

Połowa lat 60. XX wieku to początek końca efektu Roseto. Tradycyjne życie jego mieszkańców powoli zaczęło się rozpadać na niepasujące do siebie elementy. Urodzone w Stanach dzieci włoskich imigrantów ruszyły na uniwersytety, łączyły się w związki z osobami spoza społeczności, przerzuciły się na amerykańskie żarcie i próbowały wcielić w życie ideał amerykańskiego przedmieścia. Trzypokoleniowe gospodarstwa domowe stały się reliktem przeszłości, podobnie jak silne przywiązanie do religii i tradycyjnych wartości. Zamerykanizowanie stylu życia to też długie godziny pracy, izolacja i stres. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Bardzo szybko rosetanie dołączyli do tego co obserwujemy w innych częściach Ameryki.

To co zaobserwowano w Roseto znajduje potwierdzenie w dzisiejszych badaniach. Przykładowo w raporcie opublikowanym w czasopiśmie Heart, w oparciu o dane o 2 milionach osób uczestniczących w 34 różnych badaniach wykazano, że osoby rozwiedzione, owdowiałe, i ci którzy nigdy nie byli w związku małżeńskim” są o 43% bardziej narażone na śmierć z powodu chorób serca , a 55% częściej umierają z powodu udaru mózgu, niż osoby żyjące w małżeństwach.

Nie chcę jednak żebyście wyciągnęli wniosek, że zawarcie małżeństwa jest rozwiązaniem problemów z sercem. Kluczowe w tym kontekście jest nie bycie samemu ale bycie samotnym. Zagrożone jest zdrowie ludzi, którzy odpowiadają „nie” na pytanie w rodzaju: czy masz z kim porozmawiać, kiedy tego potrzebujesz?; oraz „tak” na pytanie: czy czasami czujesz się samotny, chociaż chcesz z kimś być?. Są wśród nas tacy, którzy mieszkają sami ale nie czują się samotni, i tacy, którzy czują się samotni choć dzielą swoje życie z innymi. Bycie w związku nie chroni przed samotnością. A jak pokazują badania Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego samotność negatywnie wpływa na pracę naszego serca bez względu na wiek, poziom wykształcenia, wskaźnik masy ciała, palenie tytoniu i spożycie alkoholu. Podwaja też ryzyko śmiertelności, i trzykrotnie zwiększa ryzyko depresji. Ludzie samotni umierają szybciej, częściej cierpią na choroby psychiczne i, no cóż, są mniej zadowoleni ze swojego życia.

Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj pisanie o Efekcie Roseto może się wydawać sentymentalnym babraniem się w odmętach historii. Jednak nie umiem oprzeć się urokowi tej opowieści. Rozbudza we mnie jakąś tęsknotę za czasem minionym, i przypomina o tym, co utraciliśmy. Żyjemy w czasach, gdy zamykamy drzwi przed innymi, nie znamy sąsiadów, akceptujemy stres jako element codzienności. Choć na co dzień irytuje mnie, gdy ktoś mówi, coś w rodzaju: kiedyś to życie było lepsze, przykład Roseto sprawia, że chciałbym ożywić przeszłość.

*****************************************************************************