Koalicja największych amerykańskich firm związanych z turystyką: linie lotnicze, sieci hoteli, portale do rezerwacji miejsc czy w końcu właściciele parków rozrywki; stworzyła kampanię mającą na celu skłonienie Amerykanów do planowania przyszłych podróży.

Dwa elementy zwracają uwagę.

Wzbudzenie pragnienia. Aby to zrobić kierujemy uwagę odbiorców na to za czym tęsknią: podróże. Jak można to łatwo zrobić? Zachęć ludzi do tego, by przypomnieli sobie, jak bardzo miło było być na wakacjach np. poproś ich by dzielili się swoim zdjęciami.

Źródło zaspokojenia. Poczułeś pragnienie, to zrób to czego pragniesz: zarezerwuj podróż. Najlepiej teraz.

Wszystko razem zawiera się w komunikacie: jest pandemia, jesteśmy mniej szczęśliwi niż zawsze. To zarezerwujmy lot, hotel, atrakcje, bo planowanie podróży przyczynia się do szczęścia. Odpowiednio dobrani guru dobrego samopoczucia przyprawiają wszystko przekazem w rodzaju: już samo umieszczenie daty podróży w kalendarzu, sprawi, że poczujesz się lepiej.

No cóż, mam wątpliwości.

Chociaż nie. Nie mam!

To nie działa tak, jak by chciały American Airlines czy Marriot. Badania, które znamy mówią nam co innego. Ani wspominanie ani planowanie w warunkach niepewności „na bliżej nieokreśloną przyszłość” nie służą szczęściu.

Wspomnienia

Akcja taka jak ta sprawia, że przypominają nam się te niezwykłe momenty z przeszłości; widok Dolomitów, ryby pływające w pobliżu tajskiego Ko Tao, twarze wieśniaczek w Peru czy wino na molo w Lizbonie. Zdroworozsądkowe podejście pozwala przypuszczać, że wyciąganie właśnie teraz, w czasie pandemii, albumów ze zdjęciami to wyborny pomysł. Skoro już nie możemy pojechać, to przynajmniej zanurzmy się we wspomnieniach. Błąd. Zdrowy rozsądek to podły zdrajca. Wspominanie podróży w czasie, gdy z powodu zagrożenia dla życia nie możemy nawet snuć planów co do przyszłych wyjazdów, zakrawa na miano masochizmu. To jak wyciąganie zdjęć z romantycznych wieczorów z sympatią (to słowo ciągle jest w użyciu?), trzy dni po tym, jak zostawiła nas dla innego.

Naukowcy zajmujący się szczęściem szczegółowo to opisali.

Wspomnienia wpływają na naszą ocenę teraźniejszości poprzez dwa rodzaje efektów: kontrastu i asymilacji. Jeżeli niedawno doświadczyłem czegoś dobrego: ktoś był dla mnie życzliwy, zjadłem smaczny posiłek, spędziłem fantastyczny czas z dziećmi; to przypominanie sobie tego skłania mnie do pozytywnej oceny mojego życia. Tak działa efekt asymilacji. Wspominając niedawne, ze wszech miar dobre momenty w swoim życiu, czuję się szczęśliwszy. Ten sam efekt, będzie naszym przekleństwem, gdy niedawno przytrafiło się nam coś złego. Gdy rzuca nas dziewczyna, odchodzi ukochany chłopak, oceniając życie sięgamy po wyświechtany zwrot zaczynając się od „moje życie jest do”, a kończące się formą dopełniacza kolokwialnego określeniu tylnej części ciała. Kiedy cierpimy z powodu odrzucenia, zastanawiając się po jakie odurzenie sięgnąć, niezbyt jest dla nas pocieszające to, że przecież mamy za sobą pięć szczęśliwych lat w związku, który się właśnie rozpadł. Paradoks polega na tym, że oceniamy nasze życie na podstawie ostatnich godzin i dni, a odrzucamy wspomnienie minionych lat.

W przeciwieństwie do efektu asymilacji, który czerpie swoją moc ze wspominania zdarzeń stosunkowo niedawnych, efekt kontrastu żywi się relatywnie odległą przeszłością. Kiedy dzisiaj odświeżę sobie w pamięci coś złego; „a pamiętasz jak upadłeś na rowerze, obdarłeś sobie skórę na twarzy i straciłeś na chwilę przytomność”. A potem pomyślę, że od tamtego feralnego zdarzenia, przez kilka ostatnich lat nic podobnego mi się nie przytrafiło, to czuję się lepiej. Paradoksalnie więc, złe doświadczenie z odległej przeszłości może pozytywnie wpłynąć na to co myślę o swoim życiu dzisiaj.

A co się stanie gdy przypomnimy sobie skrajnie miłe doświadczenia? Takie jak choćby podróże. Większość z nas dobrze wspomina czas przeznaczony na podróżowanie (częściowo z powodu idealizującej przeszłość zawodności naszej pamięci). Gdy myślimy o nim dzisiaj, zamknięci, niepewni i ograbieni z możliwości planowania, to jak oceniamy nasze życie? Jako smutne i szare.  A gdy jeszcze nie możemy nawet wskazać, kiedy to się zmieni, zachęcanie nas do tego by przypominać sobie, jak może być fajnie to niezanieczyszczony sadyzm w koncentracie. To jak powiedzenie młodemu człowiekowi przeżywającemu swój pierwszy poważny zawód miłosny: „A pamiętasz, jak ona była piękna, gdy się po raz pierwszy spotkaliście? Szkoda, że nie wiadomo kiedy spotkasz inną, równie wspaniałą.”

Plany

Mój kochający podróże przyjaciel, nazwijmy go Łukasz, ma zasadę, którą zawsze chciałem od niego zapożyczyć. W ciągu kilku dni od powrotu z jakiegokolwiek wyjazdu miał już zaplanowany następny. I nie była to jakaś mglista wizja w rodzaju „kiedyś wyjadę w Himalaje” ale konkret: z datami, celem, czasami z biletem lotniczym i rezerwacją noclegu. Pewnie nieświadomie Łukasz stosuje się do  rekomendacji formułowanych przez wielu uznanych badaczy szczęścia: zadbaj o to by mieć coś konkretnego na co czekasz, a już samo oczekiwanie uczyni cię szczęśliwszym.

Badania potwierdzają coś co dla wielu z nas jest oczywiste: podróżowanie czyni nas szczęśliwymi. Ale pokazują też coś co oczywiste już nie jest: pozytywny wpływ podróży czy wyjazdów wakacyjnych na nasze szczęście ulatnia się już chwilę po tym, jak z nich wracamy. Za to przed wyjazdem nasze szczęście rośnie. Im bliżej planowanej daty tym silniej to odczuwamy. Oczekując na podróż, lub po prostu na coś bardzo dobrego, stajemy się szczęśliwsi. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, gdy to wydarzenie jest bardzo, ale to bardzo oddalone w czasie. W przypadku podróży zaplanowanej za trzy lata to się nie sprawdzi. Ale kiedy wyruszamy w drogę za trzy miesiące, każdego dnia coraz intensywniej to przeżywamy.

Oczekiwanie na podróż to antycypowanie pozytywnych doświadczeń, niezwykłych i cudownych przeżyć, a także … przyszłych wspomnień („Ale będzie fajnie…”). Naukowcy pokazują, że to właśnie wzmacnia nasze poczucie szczęścia. Amerykańscy studenci, uczestnicy większości badań psychologicznych, których wyniki są publikowane w czasopismach naukowych, zostali poproszeni o wyobrażenie sobie zakupu, jakiego chcą dokonać w przyszłości. Potem zmierzono ich samopoczucie. Efekt tego zadania okazał się być zależny od przedmiotu rozmyślań. Podekscytowanie obserwowane wśród tych, którzy myśleli o przyszłych przeżyciach, było nieporównywalnie większe niż u osób planujących wydać pieniądze na stuff (tak na marginesie: zmagam się z tym, że nie mam polskiego odpowiednika słowa stuff, pogardliwie opisującego rzeczy, które nabywamy i którymi się otaczamy).

O różnicy w efekcie czekania można się przekonać, gdy porównamy kolejki czekających na to, by kupić przedmiot i tych, którzy czekają by czegoś doświadczyć (koncert, pyszne jedzonko, przejażdżka na górskiej kolejce etc.). Internet pełen jest filmików przedstawiających dramatyczny przebieg oblężenia sklepów, walk wręcz i ryków przegranych w zmaganiach, których celem było posiąść. Kolejki do food-trucków,  bilety na darmowe przedstawienia w Central Parku, czy do wejścia na wystawy, trafiają co najwyżej na zdjęcia. Są nudne, brakuje w nich dramatyzmu, krwi i trzasku kości. (Zreflektowałem się, chyba są od tego wyjątki: kolejki oczekujących na wóz jadący do Morskiego Oka)

Czekanie, które czyni nas szczęśliwymi wydaje się być sprzeczne z intuicją. Przecież lepiej jest mieć tu i teraz, zamiast oczekiwać na coś, co ma się dopiero wydarzyć. Nie znam chyba nikogo, kto mówi „super, poczekam sobie, nie ma to jak dobre czekanko”. A jednak! Oczekiwanie na: koncert, premierę filmową, spotkanie z przyjacielem, aż w końcu na podróż; wszystko to daje pozytywnego kopa. W tym sensie zgadzam się z tym, do czego przekonują nas amerykańskie firmy: zaznacz datę w kalendarzu, kup bilet, zarezerwuj miejsce, wymyślaj co będziesz robić na miejscu. To rzeczywiście działa. Pod jednym jednak warunkiem: musimy być przekonani, że to na co czekamy, naprawdę się wydarzy. Brak pewności neutralizuje cały pozytywny efekt oczekiwania. Kiedy w marcu po raz pierwszy zostaliśmy zamknięci w domach miałem zaplanowane dwie podróże, jedną na czerwiec, drugą na wrzesień. Już wtedy się nimi cieszyłem i ciągle byłem przekonany, że się uda. W maju wiedziałem, że nie. Potem były jeszcze inne daty i za każdym razem to samo. W takich momentach wierzę, że można odwołać Święta.*

Gdy wyczekiwana data nadeszła, a my zamiast w Maroko siedzimy na kwarantannie, to efekt jest dokładnie odwrotny niż zamierzony. Po pierwsze niepewność co do wyjazdu oskubała nas z radości oczekiwania. Po drugie, niezaspokojone i dodatkowo wzmocnione dokonaniem rezerwacji pragnienie nie zostało zaspokojone. Nie pomoże tu opcja darmowej zmiany rezerwacji i przebukowania lotu.

*Sheriff of Nottingham (genialny w tej roli Alan Rickman) : Robin Hood steals money from my pocket, forcing me to hurt the public, and they love him for it? That's it then. Cancel the kitchen scraps for lepers and orphans, no more merciful beheadings, and call off Christmas.

Robin Hood: Prince of Thieves (1991)