Nazwijcie mnie miękiszonem ale jednym z moich ulubionych filmów jest melodramat. Nie mogę co prawda uwierzyć, że Clint Eastwood przekonał mnie w roli romantycznego amanta, ale się udało. “Co wydarzyło się w Madison County” to romantyczna opowieść o relacji między Robertem, fotografem z National Geographic, i Francescą, gospodynią domową z Iowa (w tej roli Meryl Streep). Ona ma rodzinę. On jest sam. Gdzieś przy stole w wiejskim domu znalazła się przestrzeń na taki oto dialog:

Francesa: Naprawdę nikogo nie potrzebujesz?

Robert: Raczej, potrzebuję wszystkich. Kocham ludzi. Uwielbiam się z nimi spotykać.

(...)

Francesca: Nie żałujesz, że nie masz rodziny?

Robert: Nie każdy musi ją mieć.

Francesca: Jak możesz żyć tylko na własny rachunek? Co z innymi ludźmi?

Robert: Już ci mówiłem, że ich kocham.

Francesca: Nie kochasz nikogo szczególnego.

Robert: Mimo to kocham wszystkich.

Francesca: To nie to samo.

Robert: Wiem, że to nie to samo. Ale to co mówisz nie jest normalne. Nie jest właściwe.

Francesca: Nie o to chodzi.

Robert: Ależ o to chodzi. Mam trochę na pieńku z tą amerykańską etyką rodziny, która zahipnotyzowała cały kraj. Pewnie uważasz, że tacy jak ja to biedne zagubione dusze, których przeznaczeniem jest błąkanie się po tej planecie bez telewizji i kuchenki elektrycznej.

Choć Francesca energicznie zaprzecza wydaje się, że coś jest na rzeczy. Większość z nas tkwi w przekonaniu, że każdy chce żyć z kimś. W wyobrażeniu idealnego życia zawsze pojawia się druga osoba; cudowna, piękna, z rozwianym włosem i idealnym uśmiechem. To ideologia zaangażowania w relacje, sprowadzająca się do prostego stwierdzenia: tylko będąc w związku możesz być szczęśliwym, dojrzałym i spełnionym. Takie myślenie ciągnie za sobą nieufne, pełne stereotypów i dyskryminujące, nastawienie do singli.

Stereotypowo postrzegani.

Mężczyźni za samo bycie mężczyzną. Rzadko.

Kobiety za bycie kobietą. Częściej.

Single za bycie singlem. Najczęściej.

Dziesiątki badań świetnie udokumentowały, jak jadowicie oceniani są ci, którzy nie żyją w romantycznych związkach. Formułując zwyczajowy sąd większe znaczenie przypisujemy temu, co ludzie wpisują w rubryce “stan cywilny” niż  w kratce “płeć”. Nierzadko uznaje się, że single są niewystarczająco ciepli by tworzyć relacje, niewystarczająco towarzyscy by budować związki, za to wystarczająco samotni w znaczeniu: wylewający łzy. Singielki wysłuchują, że “nienawidzą mężczyzn”, “są oziębłe” i “mają skłonności homoseksualne”. Do tego w bonusie otrzymują ostrzeżenia w rodzaju: “jesteś zbyt wybredna” albo “jesteś za bardzo niezależna”. A przy tym nierzadko są zmuszane do tego by trzymać się z dala od niektórych par ze względu na słabo ukrywaną podejrzliwość żon.

Stereotypowy samotnik opisywany jest też jako osoba o mniejszych zdolnościach społecznych, z niższą samooceną, mniej zadowolona z życia, niedojrzała, egoistyczna. Żeby tego było mało, to na dobicie, dorzuca się jej brzydotę. Pakiet stereotypowych cech singli uzupełnia: rozwiązłość seksualna, do której jakoby mają większe skłonności. Czasami zastanawiam się czy to nie zazdrość przemawia przez oceniających? Drodzy wytykacze wad i niedoskonałości, spieszę was poinformować, że nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że single są bardziej rozwiąźli seksualnie niż osoby żyjące w parach. A w dodatku zadowolenie z pożycia osób żyjących w stałych związkach jest wyższe niż u osób samotnych. Możecie przestać zazdrościć. Już widzę te rozdziawione gęby: “to może być jeszcze gorzej?”

Swój udział w krytyce singli mają też ekonomiści. Z gospodarczego punktu widzenia  single są nieefektywni; wydają mniej niż osoby żyjące w małżeństwie i rodziny z dziećmi. Z tym też bywa jednak różnie. Zgadzam się, że trudno sobie wyobrazić singla kupującego podgrzewacz do butelek, dziecięcy kask albo prezent z okazji rocznicy ślubu.  Jednak, jak się okazuje, samotni mężczyźni częściej niż małżonkowie interesują się fitnessem i podróżami, a samotne kobiety większą wagę niż żony i matki przywiązują do zabiegów kosmetycznych. Jedni i drudzy częściej trzymają zwierzęta, chętniej spędzają czas na rozrywkach, i  dominują jako grupa wśród konsumentów dóbr luksusowych. Część singli prowadzi życie, na które wielu rodzin zwyczajnie nie stać.  Przypadający na 11 Listopada dzień singla w Chinach stał  pod znakiem niezwykłego szaleństwa zakupów online, porównywalnego w swej skali do walentynek w Stanach.

Wszystkiemu winny Platon

Skąd w naszej kulturze pomysł, że potrzebujemy drugiej osoby? Jednym z tych, którzy bezpośrednio przyczynili się do stworzenia mitu  o dwóch połówkach, był nie kto inny jak Platon. W “Uczcie” opisał, jak to bogowie zniesmaczeni ludzkim dążeniem do osiągania boskich atrybutów, postanowili ludzi ukarać. Zeus uznał, że każdego człowieka trzeba przeciąć na dwie połowy.  "(...) ja ich teraz, powiada, poprzecinam, każdego na dwie połowy; zaraz się ich tym osłabi, a równocześnie będziemy z nich mieli większy pożytek, bo ich będzie więcej na ilość (...) Rzekł i porozcinał ludzi na dwoje, tak jak owoce na kompot."

W ten sposób, według mitologii greckiej ludzie nie tylko przestali być istotami chodzącymi na czterech nogach, Ale też stworzono w nich potężne pragnienie bycia z drugą osobą,  konieczność znalezienia drugiej połówki.  Jak pisze Platon: “Po takim rozcięciu naturalnych całości tęsknić zaczęło każde za swoją drugą połową”*

Jest jednak w tekście Platona coś co śmiem twierdzić umyka wielu czytelnikom. Kiedy Platon opisuje całą scenę, tak zapowiada wyrok wygłoszony przez Zeusa, : "Dopiero Zeus po namyśle niejakim, a ciężko mu to przychodziło, powiada:”

Czy to nie sugeruje, że staliśmy się poniekąd ofiarami niezbyt rozgarniętego i porywczego bożka rzucającego piorunami?

Psychologowie społeczni wskazują, że krytykowanie innych to forma mechanizmu samopotwierdzania. Umacniamy się w ten sposób w przekonaniu, że:  szkoła, studia, praca, małżeństwo, potomstwo; to model normalny, właściwy, najlepszy. O ile nikt nie pyta nas dlaczego założyliśmy rodzinę,  mamy żonę, męża, dzieci, od singli i singielek oczekuje się, że będą mieli dobry  powód wyjaśniający tkwienie w chorobie i odmawianie terapii.

Efekty pracy Belli de Paulo, chyba najbardziej rozpoznawalnego autorytetu w zakresie badań nad singlami, pozwalają wierzyć, że osoby samotne mogą mieć bardziej satysfakcjonujące życie towarzyskie i doświadczać większego rozwoju psychologicznego niż duża część małżonków. Dodatkowo okazuje się, że single czują się bardziej związani z rodziną i przyjaciółmi. Bycie w parze sprawia, że nierzadko izolujemy się od ludzi wokół. To tłumaczy na przykład, dlaczego tak często nawiązujemy nowe znajomości, gdy w podróż wyruszamy sami, a rzadziej, gdy jedziemy z rodziną lub w grupie.

Badania pokazują również, że single należą do grup najczęściej dyskryminowanych. Tak, dobrze przeczytaliście: “dyskryminowanych”. Nie tak bardzo jak geje, kobiety, czy mniejszości etniczne, ale jednak. W wielu firmach stosuje się prostą zasadę: kto nie ma rodziny, może pracować więcej, brać nadgodziny, wykonywać dodatkowe zadania. Średnie zarobki singli są niższe w stosunku do zarobków innych osób o tych samych kwalifikacjach. Panny i kawalerowie nie korzystają z ulg, benefitów, dodatkowych dni wolnych należnych małżonkom i rodzicom. A dodajmy do tego, że ich sytuacja materialna najczęściej zależy od tego co wpłynie na ich konto, podczas gdy w parach konta są dwa. Wiele dowodów naukowych znajduje swe potwierdzenie w codziennych obserwacjach. Choćby w rodzinie mojej studentki jest sześcioro rodzeństwa. Tylko ona nie wyszła za mąż. Zgadnijcie kto zajmuje się chorymi rodzicami?

Przepełnieni dobrymi intencjami cenzorzy życia innych zwykle mają w swojej głowie określoną wizję singla. Laleczkę voo-doo, w którą z lubością wbijają szpile. Model wywołujący reakcje. Rzadko pozytywne. Oczywiście, to wszystko w kamuflażu dobrych intencji: przecież ona jest taka nieszczęśliwa (kolejny stereotyp). Dominuje przekonanie, że osoby żyjące samotnie mogą wyjść z choroby, zmienić swój stan, stać się tacy jak my, w domyśle zdrowi i w pełni normalni. Tymczasem za byciem samemu stoi jakaś przyczyna, wybór albo brak możliwości wyboru; świadomość własnych celów i niemożność pogodzenia ich z życiem z innym człowiekiem albo tak przyziemne ograniczenia, jak brak pracy.

Status relacji: stolik dla jednej osoby, drinki dla dwóch.

Mnie też single drażnią, tak jak każdy kto może podróżować więcej, spać dłużej, swobodniej dysponować swoim czasem. Złości mnie to, że z niektórymi nie mogę i konkurować, bo ze względu na liczne zobowiązania już na początku jestem na straconej pozycji. Zazdroszczę im, że z dnia na dzień mogą rzucić wszystko w diabły i wyjechać w Bieszczady, nie myśląc o innych. Ale dokonałem wyboru i nie chcę się z niego tłumaczyć.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Przypisuję relacjom międzyludzkim duże znaczenie.  Badania potwierdzają, że osoby żyjące w satysfakcjonujących związkach zwykle są szczęśliwsze. Te same badania pokazują, że bycie z kimś, poza okresem “motyli w żołądku’ nie jest magicznym antidotum na brak sensu i udrękę codziennych zmagań.

Zamykamy świat w zestawie uproszczeń, a każde z nich nie jest niczym więcej niż właśnie uproszczeniem; rozleniwiającym umysł odrzucaniem różnorodności i szczegółów. Stosowane do innych ludzi może być po prostu krzywdzące. Nie twierdzę, że wśród singli nie ma zapatrzonych w siebie egoistów, niedojrzałych hedonistów, nastawionych na konkurowanie o status pawianów czy emocjonalnych pokrak. Ale czy takich ludzi nie ma również wśród tych, którzy żyją w parach?

****************************************************************************

*Platon, “Uczta”, tłum. Władysław Witwicki, wolnelektury.pl