Międzynarodowa Organizacja Pracy (ang. ILO) w 114 krajach na świecie zebrała dane na temat wykształcenia pracowników. Wynika z nich, że prawie połowa (46%) pracujących ma pracę, która nie odpowiada ich wykształceniu. W tej grupie całkiem spora część, 3 na 10, to osoby wykształcone za bardzo. Pozostali mają za niskie wykształcenie w stosunku do stanowiska, na jakim pracują. O ile jednak niedostatecznie wysoki poziom wykształcenia dotyczy krajów biedniejszych o tyle nadmiar osób z dyplomami to cecha krajów bogatszych. Dla przykładu: w Tanzanii niemal 90% pracowników nie ma kwalifikacji wymaganych do wykonywania swojej pracy, 10% ma je na odpowiednim poziomie a tylko 1% zgromadził je w nadmiarze. Dla porównania: w Korei Południowej 2 na 5 pracowników jest nadmiernie wykształconych.

A w Polsce? Dane ILO wskazują, że co piąty pracownik w Polsce posiada kwalifikacje przekraczające wymagania, jakie stawia przed nim jego praca. Nie od razu musi to oznaczać coś bardzo złego. Praktycznie każdy, kto pracuje na stanowisku wymagającym niskich kwalifikacji, jest nadmiernie wykształcony. Dostawca pizzy, telemarketer, kierowca Ubera – to prace niewymagające wysokich kwalifikacji, i często, do ich wykonywania, wystarczy podstawowa znajomość matematyki lub prawo jazdy. (Mam nadzieję, że z tą matematyką to nie przesadziłem.)

Kłopot pojawia się, gdy nadmierne wykształcenie dotyczy absolwentów szkół wyższych. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że uzyskanie dyplomu ciągnie za sobą koszty. W wymiarze pieniężnym to oznacza wydatki związane z nauką, jak i pieniądze, które mógłbym zarobić, gdybym pracował zamiast studiować. Uczenie ciągnie też za sobą koszty w postaci czasu i energii. Nie dziwi więc, że często myślimy o nim jako inwestycji i, jak z każdej inwestycji, oczekujemy zwrotu: w postaci wyższego dochodu i satysfakcji z pracy. Zarobki są ważne, ale musimy też pamiętać, że użyteczność czerpana z pracy wyraża się nie tylko w ich wysokości, ale też w charakterystyce organizacji i wykonywanych zadań. Ważne dla satysfakcji z pracy są choćby: autonomia, warunki pracy, prestiż firmy, ...

Niewygodną prawdą ostatnich lat jest fakt, że coraz częściej uzyskanie wyższego wykształcenia nie skutkuje znalezieniem dobrej pracy. Dane dla Stanów Zjednoczonych mówią o tym, że 40% wszystkich absolwentów szkół wyższych pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Nawet dziesięć lat po ukończeniu studiów ten odsetek nadal jest na poziomie 30%. W Polsce badania na temat premii z wykształcenia przeprowadzał m.in.  Janusz Czapiński czy Irena Kotowska. Wynika z nich, że począwszy od drugiej dekady XXI wieku, uzyskanie tytułu licencjata nie daje niemal żadnych korzyści finansowych. Osoby z tym tytułem zarabiały średnio tyle samo lub nawet mniej niż ci, którzy podjęli pracę po ukończeniu szkoły średniej. Badania pokazują też, że od lat zmniejsza się premia za tytuł magistra i doktora.

Wyraźnie widać, że czysto dochodowa wartość wyższego wykształcenia maleje. Podczas gdy jeszcze niedawno dyplom magistra był czymś, co dawało przewagę w ubieganiu się o atrakcyjne miejsca pracy, współcześnie jest to po prostu warunek konieczny. W społeczeństwie, w którym niemal połowa absolwentów szkół średnich podejmuje studia, zrezygnowanie z tej drogi może być wręcz stygmatyzujące. W efekcie wiele osób jest uwięzionych w błędnym kole nadmiernego wykształcenia; musimy zdobyć dyplom, bez względu na jego jakość i znaczenie dla przyszłej pracy, bo tak robią wszyscy dookoła. A im więcej osób kończy studia, tym bardziej kosztowny jest wybór innej drogi. Już dzisiaj zdobycie dyplomu nie gwarantuje znalezienia dobrej pracy. W przyszłości nie będzie wystarczało do zdobycia jakiejkolwiek.

Wspomniane przeze mnie dane ILO mówią o nadmiernych wykształceniu wśród wszystkich osób pracujących. Jednak problem dotyka przede wszystkim tych, którzy relatywnie niedawno uzyskali swoje tytuły. Wiele wskazuje na to, że wśród nich odsetek nadmiernie wykształconych jest znacznie wyższy niż dla wszystkich pracujących. Nie ma danych dla Polski, ale przykładowo w Wielkiej Brytanii szacuje się, że 58% niedawnych absolwentów zajmuje stanowiska, które nie wymagają dyplomu. A pracodawcy wymagają go nawet, gdy treścią pracy jest głównie beznamiętne wstukiwanie danych czy obdzwanianie klientów.

Dlaczego tak robią? Bo mogą. Podczas, gdy co roku na rynku zjawiają się tysiące młodych ludzi z dyplomem w kieszeni, nie towarzyszy temu wystarczająco szybki wzrost liczby miejsc pracy dla osób wykształconych. A skoro tak, to do rozwożenia pizzy można zatrudnić magistra. A za barem sprawdzi się ktoś z licencjatem, kto inteligentnie poprowadzi rozmowę z pijącym na smutno klientem.

Strategia: „zatrudnię magistra do wyprowadzania psa” może wydawać się właściwym posunięciem. Badania sugerują jednak, że zatrudniając pracowników posiadających zbyt wysokie kwalifikacje  pracodawcy wyrządzają sobie krzywdę. Niedopasowanie prowadzi do znudzenia, nieodczuwania  potrzeby rozwoju, a w konsekwencji do obniżenia satysfakcji z pracy i zwiększonej rotacji personelu. Wśród osób dotkniętych przeedukowaniem często obserwuje się skłonność do niekorzystnych, z punktu widzenia organizacji, zachowań: spóźnianie się, przedwczesne wychodzenie z pracy, sabotowanie pracy zespołu a nawet kradzieże.

Naukowcy od dawna zachęcają do tego, aby dwa razy zastanowić się zanim zatrudnimy kogoś bardzo inteligentnego. Choć bystrzacha w szeregach naszego personelu może wydawać się uśmiechem losu, nierzadko jest odwrotnie. Często niewykonalnym zadaniem, przed jakim stoją pracodawcy, okazuje się znalezienie pracownikowi takich zadań, których trudność odpowiada jego potencjałowi. Ten sam problem obserwuje się wśród samych „przeedukowanych”. Osoby posiadające nadmierne i niewykorzystywane w pracy kwalifikacje często hodują w sobie negatywne postawy, intensywnie nawożąc je nudą i frustracją.

Dodatkowo całą sytuację komplikuje fakt, że o posiadaniu zbyt wysokich kwalifikacji najczęściej przekonane są osoby młode, które niedawno opuściły mury uniwersytetów. Pewni swojej wartości uznają, że pozycja, którą zajmują jest zbyt niska. W literaturze tłumaczy się to na kilka sposobów. Po pierwsze: frustracja absolwentów to po prostu efekt narcyzmu i przeceniania swoich umiejętności. Po drugie, winny jest produkujący masy absolwentów przemysł edukacyjny. Po trzecie, młodzi czują się niedowartościowani, bo przez lata rodzice, nauczyciele i społeczeństwo jako całość nadmiernie rozbudziło ich aspiracje. W końcu, po czwarte, gospodarka nie rozwija się tak, by zapewnić wszystkim, którzy tego chcą, odpowiednio wymagającego miejsca pracy. W efekcie powstaje błędne koło: muszę się kształcić by konkurować na rynku pracy, choć moje kwalifikacje często nie są nikomu potrzebne.

Czy to oznacza, że powinniśmy zmniejszyć liczbę osób idących na uniwersytety?

Odpowiem słowami Oscara Wilde’a:

„Nie da się być zbyt dobrze ubranym lub zbyt dobrze wykształconym.”

Ale o tym, co tak naprawdę znaczą te słowa, opowiem kiedy indziej.