Jak Ci leci?

Masz dobre życie? Lubisz je?

Błagam, nie zbywaj mnie banalnym: jest w porzo. Obojętnie czy czytasz ten tekst, czy go słuchasz, nie usłyszę tego, co mówisz.  Nasza relacja autor–odbiorca pozwala Ci na bycie szczerym. Obowiązuje mnie niemalże tajemnica spowiedzi. Nikt się nie dowie, co sobie pomyślałeś.

No więc?

Masz dobre życie?

Pewnie mogłoby być lepsze?

Obojętne czy jest złe czy dobre, zawsze jest przestrzeń do tego by je poprawić. Widać to w badaniach. Ankietowani nigdy nie wybierają skrajnych odpowiedzi. Prawie nie ma na świecie ludzi, którzy w momencie badania uznaliby swoje życie za idealne. Zawsze jest coś, co można by zmienić, dodać, poprawić, ulepszyć.

Oczywiście nie wiem, co by to było w Twoim przypadku, ale zaryzykuję: raczej nie skłaniasz się w kierunku zwiększenia ilości pracy, wysiłku, potu, wyzwań wymagających poświęceń, trudnych do osiągnięcia celów. Coś mi mówi, że większość z nas by uczynić swoje życie lepszym poszłaby w kierunku dodawania mu przyjemności. Czyż nasz żywot nie zyskałby na jakości, gdyby dopełnić go tym co  lubimy robić i doświadczać? Czego mogłoby być więcej? Podróży, słońca w listopadzie, rozkoszy podniebienia, euforii tańca, śpiewu, chwil wypełnionych sensem i przyjemnością, błogości odpoczynku, płynącego zewsząd docenienia, radości bycia z bliskimi, czy radości unikania krewnych ze zdjęć. Menu jest obszerne, a każdy może dodać tu to, czego tylko zapragnie. Przyjemność jest dla nas celem i narzędziem do dobrego życia. Takie podejście nazywamy hedonizmem.

Hedonizm to filozofia, której główne argumenty sprowadzają się do tego, że przyjemność jest dobra, a dobre życie to przyjemne życie. Słynny XVIII wieczny myśliciel Jeremy Bentham przyjmował, że ludzie kierują się w swoim życiu tylko dążeniem do przyjemności i unikania bólu. Szedł nawet krok dalej uznając, że to co przyjemne jest moralnie dobre, a to co bolesne jest moralnie złe. No cóż, to już może przesada, ale chyba wielu z nas przyzna, że doświadczanie przyjemności, przynajmniej takich, za którymi nie idą negatywne konsekwencje jak choćby poranny kac, jest czymś dobrym. Czy w takim razie przyjemność jest głównym celem naszego życia?

Zastanówmy się. Czy tak trudno byłoby nam przyjąć, że człowiek tak naprawdę dąży do tego by wypełniać swój czas robieniem czegoś, co przynosi przyjemność i unika tego, co niesie za sobą ból.

Historycznie i kulturowo ukształtowany obraz hedonizmu jest, tu eufemizm, niekorzystny. Synonimem hedonisty jest leń, wygodniś, homo ludens, truteń. W biblijnej opowieści o synu marnotrawnym jej główny bohater to typowy próżniak i hulajdusza. Rzymskie uczty, greckie bachanalia czy studenckie imprezy nie kojarzą się z umiarkowaniem w sięganiu po rozkosze.

Choć słysząc słowo przyjemność łączymy je z łagodnym drapaniem po plecach, rogalami marcińskimi, igraszkami ciał czy słodkim lenistwem, nie można zapominać, że jej źródłem mogą być też rzeczy wzniosłe i ważne. Możemy ją czerpać z nauki, sztuki, pomagania innym, tworzenia, a nawet pracy. Koniec końców grecki filozof Epikur, jeden z najsłynniejszych przedstawicieli hedonizmu, odrzucał nieumiarkowanie banalnej konsumpcji i głosił, że najważniejsza jest czysta radość z samego życia.

A ból i cierpienie? Czy poza masochistami, jest ktoś kto świadomie nie stara się ich unikać?  Te całkiem logiczne argumenty prowadzą do wniosku, że nie jest całkowicie pozbawione sensu uznać, iż najważniejszym celem życia jest dążenie do przyjemności. Zakładając, że odczuwanie przyjemności jest po prostu pożądanym stanem umysłu, hedonizm wydaje się odkrywać prawdziwą, nieskrępowaną kagańcem społecznych norm, naturę człowieka.

Przyjmując, że każdy człowiek jest sędzią swojego życia, i wie co dla niego dobre, możemy uznać, że w momencie, gdy tego doświadcza, ma dobre życie. Ale czy na pewno? Czy gdybym mógł mieć to wszystko o czym marzę, czego chcę, do czego dążę, moje życie byłoby dobre?

W tym miejscu zwrócę Waszą uwagę, na eksperyment myślowy zwany: maszyną doświadczeń. Za jego pomocą filozof Robert Nozick stara się wykazać, że wypełnianie życia przyjemnością to nie jest najważniejszy cel człowieka.

Uczestnikom eksperymentu Nozicka składana jest bardzo atrakcyjna oferta, po przyjęciu której ich życie, będzie takie jakim je sobie wymarzyli. Wyobraźcie sobie maszynę, która może dostarczyć Wam dowolne przeżycie, jakie tylko sobie wyśnicie. Marzycie o łóżkowych igraszkach z supergwiazdami albo o inteligenckich dyskusjach na temat dokonań Sartre’a? Chcecie być poetami, podróżnikami, pisarzami, aktorami, podziwianymi youtuberami albo ratującymi życie lekarzami? Nie ma problemu. Maszyna da Wam to wszystko. Po podłączeniu do niej będziecie czuli i myśleli, że zdobywacie Mount Everest, przebiegacie maraton, piszecie (albo czytacie) bestseller – wystarczy, że tego właśnie chcecie. Nic nie stanie Wam na przeszkodzie. Możecie zaprogramować całe swoje życie i wypełnić je wszystkim, czego pragniecie. Dajcie upust swoim najśmielszym fantazjom. Maszyna wyprodukuje doświadczenia a wasz mózg nie odróżni tego co wytworzone od tego co rzeczywiste. Dzięki niej całe wasze życie rozegra się w waszej głowie, podczas gdy Wy będziecie zanurzeni w zbiorniku wypełnionym cieczą podtrzymującą procesy życiowe waszego organizmu. Pamiętajcie jednak, że w Waszym odczuwaniu tego, co doświadczacie za pomocą maszyny doświadczeń a tym, jak doświadczacie realnego świata nie będzie żadnej różnicy. A przy tym, co ważne, raz podłączeni do maszyny, nie będziecie pamiętać, że się na to zdecydowaliście. To jak? Jesteście gotowi? Podłączamy?

Przypomina Wam się Matrix?

Cóż, pomysł Nozicka powstał znacznie wcześniej niż film, i choć nie ma na to dowodów, podejrzewam, że rodzeństwo Wachowski po prostu go skopiowało. Zadający niewygodne pytania Neo ma pokazywać drogę bohatera. Tego, który połykając czerwoną tabletkę, może spojrzeć za kurtynę i zobaczyć prawdziwe życie. Nozick i kilku badaczy, którzy próbowali empirycznie sprawdzić jego pomysł, uważa, że większość ludzi zachowałaby się jak Neo. Może nie tyle odłączylibyśmy się od maszyny, co nigdy byśmy się do niej dobrowolnie nie podłączyli. Czujemy odrazę do zdrajcy Cyphera z tym jego „ignorancja jest błogosławieństwem” i chęcią zapomnienia o tym, jak naprawdę wygląda świat.  Cypher to prawdziwy hedonista – wybiera przyjemność, równając dobre życie z przyjemnym życiem. Tymczasem większość ludzi sceptycznie podchodzi do obietnicy pięciogwiazdkowego żywota. Ci nie chcą się podłączyć. Dla Nozicka jest to dowód na to, że w naszym życiu liczy się coś więcej niż przyjemność. Gdyby było inaczej większość z radością dała by sobie założyć elektrody na głowę. Dlaczego tego nie robimy? Powody mogą być różne. Wielu badanych twierdzi, że chce naprawdę przeżywać to, czego doświadcza, a nie tylko mieć takie wrażenie. Szczerze? Mam wątpliwości czy ten argument można dzisiaj obronić. Przyglądając się rozwojowi technologii, dzięki której zakładając okulary możemy znaleźć się w innym, nieprawdziwym, ale bardzo realistycznym świecie, mam wrażenie, że coraz więcej ludzi będzie po nią sięgać, zamiast szukać realnych doświadczeń. Z drugiej strony, jak pokazuje powszechna reakcja na „Truman Show”, ludzie zdają sobie sprawę z tego, że żyjąc w cukierkowym, ale jednak sztucznym, napędzanym bajtami, otoczeniu, pozbawiają się czegoś ważnego. Czegoś, co jest ważniejsze od odczuwania przyjemności: swobody decydowania o sobie, kontroli nad własnym życiem, namacalności doświadczeń. Duża liczba uczestników badań testujących pomysł Nozicka, postrzega podłączenie się do maszyny doświadczeń jako jakąś formę samobójstwa.

Zaproponowany eksperyment myślowy pokazuje nam, że ludzie tak naprawdę bardziej cenią rzeczywiste doświadczenie niż takie, które jest po prostu przyjemne.  Między tym co doświadczamy a tym co jest prawdą może być duża rozbieżność. Choćby życie Trumana Burbanka z „Truman Show”; patrząc tylko z perspektywy hedonistycznej musielibyśmy je uznać za cudowne: urocza żona, uroczy dom, w uroczym nadmorskim miasteczku. Ok, to wszystko to tylko scenografia dla reality show ale …on o tym nie wie. Tylko ludzie tacy jak my, znający prawdę, możemy uznać życie Trumana za beznadziejne. Zanurzony w kłamstwie, udawaniu, żyjący dla rozrywki gawiedzi.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem o eksperymencie Nozicka przyznam, że zacząłem się zastanawiać. A co gdybym na przykład w swoim wymyślonym życiu zrobił coś naprawdę dobrego: opracował lek na raka albo stworzył muzykę, którą zachwycałyby się miliony. I wtedy do mnie dotarło, że choć w swojej głowie taplałbym się w chwale i szacunku, to wszystko byłoby kłamstwem. Ostatecznie nikogo bym nie uratował, a moje utwory nikogo by nie cieszyły, z wyjątkiem ludzi, którzy by istnieli tylko w mojej głowie.

Wiesz co?

Ja chyba też wezmę czerwoną pigułkę i sprawdzę dokąd prowadzi królicza nora.

A Ty?