Zakonnik i gwiazda

Zakonnik i gwiazda
Et ecce stella, quam viderant in oriente,
antecedebat eos, usque dum veniens staret supra, ubi errat puer.
A oto gwiázda którą widzieli na wschód słońca
szła przed niemi aż przyszedwszy stanęła nad mieścem kędy było dziecię.
Mt 2, 9

– Adalbercie, skończyłeś już?!

– Tak, tak…

– To chodźże, bo nas prześwięcą, jak się znowu spóźnimy!

Szurać w złotych liściach było pięknie, pięknie było biec pod błękitnym niebem, pięknie było śmiać się z Barnaby, tego kochanego, strachliwego Barnaby, pięknie było podstawić mu nogę przy zakręcie i podtrzymać w ostatniej chwili, pięknie było zwolnić i dostojnym krokiem przemaszerować do kaplicy, udając, że nie widzi się dwuznacznych spojrzeń braci, którzy niemal wszyscy zebrali się już w środku.

Kiepską łacinę miał brat Anzelm, uszy bolały od słuchania jego chwiejnych akcentów – szkoda, bowiem temat był dobry, ale to nie jego wina, że zepsuł wszystko do cna swoją wymową. I nie była to wina Adalberta, iż przestał słuchać brata Anzelma i wyszedł myślami z kaplicy, by powrócić do stawu ze złotymi karpiami, które błyszczały o poranku jaśniej niż legendarny skarbiec klasztorny. Był tam kiedyś – wielkie lustrzenie, wolno sunące pod powierzchnią wody podobały mu się bardziej, lepiej rozumiał ich blask, gdyż karmił je przecież co dwa dni złotą pszenicą. Złote blachy nie drżały życiem, nie miały aksamitnej skóry ani delikatnych wąsów, którymi karpie łaskotały go, gdy dla zabawy wsadzał rękę z ziarnem pod wodę. Bawiły go te poranki spędzane w gospodarstwie, kiedy mógł zrugać tych osłów, braciaszków, którzy nie dopełniali swoich obowiązków w obejściu, leniąc się, ile wlezie. Zdybał paru na sianie leżących, odsypiających jutrznię z błogimi uśmiechami na pucołowatych twarzach. Jaki krzyk był, jaki przestrach, gdy huknął nad nimi gromkim głosem! Wszyscy dobrze wiedzieli, że ich nie wyda, także pracowali na tyle, by przełożeni nie dostrzegali uchybień – obie strony były zadowolone tym bardziej, że Adalbert spadł im jak gwiazdka z nieba, a jak anioł mógł pofrunąć. Nigdzie nie umieszczano go na dłużej, miał wiele dziwacznych i nieprzystających do siebie obowiązków, latał po klasztorze jak wszędobylski szpak wieloma językami gadający.

Et ecce vox de cælis dicens: Hic est Filius meus dilectus, in quo mihi complacui – wyjęczał brat Anzelm z ambony.

Miły syn? W nim nikt się nie kochał, w słabym dziecku niezbyt pewnego pochodzenia. Oczywiście, jego matka zaprzeczała oskarżeniom, lecz gdy Adalbert podrósł wbrew wszelkim oczekiwaniom coraz mniej przypominał ojca, a coraz bardziej jakieś pańskie dziecię. Wiotki, o delikatnych kościach, ładnych płowych włosach, przerósł matkę urodą, a ojca rozumem. Niezrażony niechęcią rodziców i rodzeństwa, zadowalał się tym, co mu zostawiano z obiadu, i szedł w pola i lasy, najadając się słońcem w jagodach i śpiewem flecika. Szybko nauczył się cieszenia życiem i unikania obowiązków, rychło stał się w tym mistrzem, pas i pałka rzadko sięgały jego grzbietu. Gdy pewnego razu zima była ciężka, a on stał się na tyle silny i sprytny, by wyjadać po kryjomu skąpe zapasy, rodzice postanowili oddać go do klasztoru. Adalbert ucieszył się z dużego siennika i z tego, że w końcu mógł zaspokajać głód przy stole. Wreszcie zdobył też kolegów.

– Adalbert, pst, skończyło się!

– Ach, tak, rzeczywiście.

Podniósł się razem z Barnabą.

– Dziś w skryptorium?

– Tak.

– Dużo roboty?

– Zależy, jak się uwiną. Ostatnio opieszali są jacyś.

– Adalbercie…!

– Wiem, jak powinni pisać, i jak tego nie robią.

– Pamiętaj – wśród nich są starsi od ciebie i bardziej doświadczeni…

– Chyba w pluciu do atramentu.

– Adalbert…

– Tak, tak, wiem.

Szybko nauczył się czytać, łacina stała się dla niego językiem ojczystym, zwłaszcza, że z domowym skojarzeń nie miał najlepszych. Myślał jednakże w jednym i drugim, klął tylko w domowym, w nim też miewał fantazje, myśli łacińskie oddawał Bogu i przyjaźni. Wcześnie nauczył się stawiania liter, jednakże jego ręka miała jakiś defekt, drżała dziwnie – jego pismo nie nadawało się do zapełniania ksiąg, pozostawała mu więc rola lektora. Sprawdzał się w niej bardzo dobrze, rozumiał wszystko, odczytywał każdy znak, kopiści lubili go za wyraźną dykcję i doskonałe tempo, dzięki któremu powstawało mało pomyłek. Na nieszczęście Adalberta, stanowisko owo nie pasowało jego wiekowi, pozycji – przełożeni woleli, by przy pulpicie stał ktoś o doświadczeniu większym, o umyśle bardziej, jak to ujmowali, dojrzałym ku sprawom światłym. Drżące, starcze głosy takich lektorów nie stanowiły dla nich przeszkody. Mimo to dwa dni w tygodniu Adalbertowi oddali i te dni właśnie przez skrybów witane były z wielkim entuzjazmem.

– Spotkamy się na wieczerzy?

– Mam robotę, wyznaczyli nam późniejszą godzinę.

– Czyli na nonie też nie?

– Niestety.

– Więc dopiero w celi?

– Na to wygląda. Jak będziesz przechodził koło iluminatorów, to spójrz, jak idzie bratu Ludwinowi. Może ci pokaże.

– On? – Adalbert zaniósł się śmiechem. – Tylko, jeśli go nie będzie przy pulpicie. Nikomu nie chce pokazać. Zresztą myślę, że on tam nic specjalnego nie robi.

– Tak sądzisz?

– Maluje tylko kilkoma barwami, nigdy nic ciekawego, uwierz mi. Brat Otton, o, to dopiero ma dar Boży! Tylko, że rzadko go teraz dopuszczają do większej roboty po tym smoku.

– Tym, co go narysował z…?

– Talent mu marnują, nie pozwoliłbym na to.

– Adalbert!

– Zawsze musisz być takim tchórzem?

– Idź już lepiej…

– Do zobaczenia.

Dzień był tak śliczny, że grzechem byłoby nie sięgnąć ku wspomnieniom. Znowu Duns Scotus, te utrapione meandry myśli, dobrze było pomarzyć, zamiast skupiać się na jego czczej gadaninie. Dyktował mechanicznie, poprzedni kopista miał wyraźne pismo.

Widział niedawno śliczne bordiury, takie stare, w zaczytanym kodeksie, który udało mu się swoim urokiem osobistym wyprosić od bibliotekarza. Ten staruch był naprawdę nieznośny, dobrze, że tylko raz w tygodniu przychodził mu pomagać. Bibliotekę jednak uwielbiał tak bardzo, że gdy tylko nikt nie patrzył, znikał między półkami i braciom pomocą żadną nie służył – szybko odcięto go więc od umiłowanej rozrywki. Płakał z tego powodu? Nie, miał swoje sposoby na czytanie tego, co chciał przeczytać, potrzebował tylko nieco ars diplomatica i argumentów rzeczowych. Na szczęście zniknięcie kilku jaj mogło przejść niezauważone, a powszechnie wiadomym było, że staruch ma gdzieś utrzymywanie ścisłych postów – sytość wiedzy i żołądka spotykała się wpół drogi.

W ten właśnie sposób Adalbert zdobył kodeks, który go interesował, tym razem nie ze względu na treść – to były tylko godzinki, nawet nie klasztorne, jakich czytał już wiele, nic ciekawego, oczywiście prócz ilustracji. Mówiono, że zrobione były we Francji, w takiej dalekiej, zachodniej Francji, o której mało kto słyszał oprócz paru, co ich na studia wysłano. On też by pojechał, gdyby miał tylko mniej serca dla swego kumpla z ławy, Witusa, któremu raz pomógł wielce, wielce też oberwał za szepty w sali, a on… Był zdolny, lubił go Adalbert, razem rozmawiali o rzeczach ważnych, o których nawet z Barnabą nie mógł pomówić. Ponoć we Francji powietrze pachnie kwieciem, więc gdy tylko dostał godzinki w swoje ręce, od razu wsadził nos między pierwsze karty. Tylko zapach skóry, na której osiadł pot, nic więcej. Może winny zapach w atramencie, słone morze w czerni sepii, to tak, to odnalazł na pocieszenie, to poprawiło mu humor. Czyli nic nie jest takie, jakie jawi się w fantastycznych opowieściach – podejrzewał to już wcześniej. Nigdy nie zazdrościł Witusowi jego wywyższenia, lecz w tym właśnie momencie stało się to dla niego już najzupełniej obojętne.

– Bracie Adalbercie!

Pomylił się. Przeprosił i zaczął dyktować od nowa. Zazwyczaj kopiści nie chowali do niego urazy, lecz dziś zastygł na ich twarzach taki sam grymas jak ten, którego świadkiem był przed mszą. Zrazu wylęgło się w nim podejrzenie, iż poczynił coś, czego nie powinien był zrobić i wszyscy wiedzą już, że zostanie przykładnie ukarany. Miał kilka przewinień na sumieniu, jednak nie były to uczynki, którymi zwierzchnictwo mogłoby się zainteresować. Zaczął więc szukać dalej, przesuwać spojrzeniem po skupionych obliczach pochylonych skrybów, śledzić ruchy ich skurczonych dłoni, chwytać mimowolne drgnienia ciał przykrytych letnimi jeszcze habitami. Nie, to nie on, wreszcie ujrzał kilka gestów, które mu powiedziały bez słów – to był strach. Przed czym? Czyżby coś pominął, o czymś nie wiedział, przecież wszystko było dobrze, w jak najlepszym porządku…

To były smoki, jeszcze piękniejsze od tego, którego namalował brat Otton, a on miał przecież dar Boży w ręce. Mówił, że się na nich wzorował, powiedział mu tytuł, jeszcze zanim go wsadzili do karceru. Dobrze, że już wyszedł, Otton zawsze był delikatny, każdej zimy zaziębiał się – to Adalbert zawsze nosił mu zupę do celi, gdy brat iluminator nie był w stanie udać się do refektarza. Smoki, tak, wspaniałe, smoki, smukłe jak łasice, wychylające się spomiędzy winnej latorośli okalającej miniatury, obejmującej tekst splotami swych pędów tak, jak robiły to w wirydarzu, złocąc się w słońcu – w kodeksie też się złociły, sporo płatków poszło na te dekoracje, jaśniał od nich świat, pulpit, promienie zdawały się wydostawać z okien, by spotkać się z tymi na zewnątrz, z tymi prawdziwymi. Smoki miały dwie łapy i wszystkie przeciągle ziewały – były czymś znudzone, ale nie chciały powiedzieć, czym. Zwrócił uwagę na ostro zakończone skrzydła, które złączone były z nogami jakby jednym stawem i popadł w zadumę nad wątpliwą użytecznością takiego zespolenia kończyn. Dzięki temu były piękne – lecz nieprawdziwe. Doszedł do wniosku, że dobrze byłoby, gdyby iluminatorom pokazywano prawdziwe smoki i inne zwierzęta, które uwieczniają, gdyż takie zabawne nieścisłości fałszują obraz Boskiego stworzenia. Kogoś bawi, a kogoś zmyli, na szczęście jego nie zmyli, widział wiele zwierząt i dlatego mógł oglądać takie smoki bez szkodliwych konsekwencji. Ze smutkiem wspomniał brata Ottona – przecież skoro jego smok był samcem, to musiał zostać w ten sposób odmalowany, nie można pomijać szczegółów. Rzucił jeszcze przelotnie okiem na miniatury i stwierdziwszy, że mistrzowie francuscy wcale ładnie odmalowują postaci, zamknął kodeks i zwrócił je staruchowi, który wymamrotał coś jak zwykle niepochlebnego i zniknął między półkami, kierując się w stronę ksiąg będących pod jego tylko wyłącznym władaniem. Tego można było zazdrościć. Były pono tam takie rzeczy, które nikomu się w głowie nie mieściły – zaglądać w nie mogli jedynie ci najstarsi, najmędrszy. Tym też zazdrościł, ale przez chwilę, tylko wtedy, kiedy o tym pomyślał. Znowu niedoświadczenie, brak nauk, brak brody, przywykł, nie oczekiwał zbyt wiele. Raz chcieli dać go na kucharza – to było jeszcze zanim okazał spore postępy w księgach. Nie okazał wtedy zniechęcenia, choć doskonale wiedział, że w ten sposób nigdy nie będzie mu dane… więcej. Jakie więcej? Nie wiedział do końca, czuł je tylko, coś skrobało mu pod skórą, gdy gotował polewkę. Wtedy wykipiała, jak zresztą i kilka innych. Smakowały wszystkim strawy, które warzył, lecz jego roztargnienie było przedmiotem najwspanialszych żartów i najwyższego oburzenia kuchmistrza. Wyrzucił go i zabronił wstępu do kuchni raz na zawsze.

– Bracie Adalbercie, ten fragment już nie dziś.

– Ach, rzeczywiście, przepraszam, zamyśliłem się.

– Pobożnie?

– Tak… Tak.

– To dobrze, bo złe czasy nadchodzą.

Z zaskoczeniem skierował wzrok ku braciom. Niemal wszyscy byli o wiele lat starsi od niego, smutek jak silny wół twarze im zaorał. Ujrzawszy zdziwienie Adalberta, unieśli brwi, jeden, czy drugi otworzył nawet usta, jakby rzec coś chciał, lecz koniec końców zapadła cisza. Zabrali się do porządkowania pulpitów, spuszczając wzrok. Zgodnie z obyczajem, stał cierpliwie i czekał na to, aż wszyscy opuszczą skryptorium – w jego obowiązku było zamknąć salę i przekazać klucze bratu klucznikowi. Żaden kopista nie patrzył w jego stronę, wymykali się chyłkiem, jak kuny. Odchował kiedyś jedną, opuszczone szczenię, które Barnaba przyniósł z wirydarza. Malutkie stworzenie nocą zażywało ciepła jego brzucha, skulone przy nim w sienniku, w dzień karmione było podkradanym mlekiem. Chciwie ssało wilgotną szmatkę, rosło jak chlebowe ciasto – brązowe i pachnące miękkim, czystym futerkiem. Później łapał dla niej myszy, a jeszcze później pokazał kuniakowi żywą. Wiedziała, co robić, mimo, że jej nie uczył. Dziwne to było dla niego, lecz cieszył się, tak samo zresztą jak wszyscy, którzy spali z nim w dormitorium. Cicha zmowa, chwalebna konspiracja przetrwała na tyle długo, by mógł wychowankę pewnego letniego dnia wypuścić na wolność.

Prawie zapomniał o ludziach, o braciach, otrząsnął się jak zbudzony z drzemki pies.

– Bracie Adalbercie…

W skryptorium został tylko brat Joachim – niemłody już kopista, powszechnym uznaniem otoczony. Uczył czasem Adalberta i innych w klasztornej szkole, gdy ich głównego nauczyciela wzywały pilne obowiązki. Łagodność miał w oczach, lecz stal w postawie, pamiętał jeszcze pierwszą lekcję, na której go poznał. Tylko on u Adalberta wzbudził szacunek natychmiastowy, tylko jego słowa dopuszczał do siebie bez oporu żadnego, wierzył mu, jak Bogu Ojcu, wierzył w jego głęboki głos, mądrość w słowach, prosty, serdeczny gest, wierzył w modlitwy, które odmawiali wspólnie, wierzył w jego radość i jego powagę, chciał uczestniczyć w nich, chciał najlepszym uczniem w jego szkole zostać. To wrażenie na tyle trwałe u niego było, iż z trudnością przychodziło mu początkowo dyktować, cokolwiek dyktować bratu Joachimowi, a co dopiero filozoficzne traktaty. Czuł jego spokojny wzrok na swoich ustach, słyszał skrobanie tylko jego pióra, każda chwila ciszy przyprawiała go o drgnienie. Przyzwyczaił się, oczywiście, jak do wszystkiego – nie sposób byłoby mu wytrzymać w takim napięciu.

– Widzę po twym obliczu, żeś z pewną wieścią niezaznajomiony – rzekł.

– Musi to być bardzo ważna wieść, nie wiem, czy godnym…

– I tak niedługo wszyscy się o niej dowiecie, lecz uznałem, że źle byłoby nie powiedzieć ci tego teraz. Troski zbyt długo chowane w sercu jątrzą się na kształt ran, duszę zatruwają.

– Jak od postrzału cały organizm gorączka potrafi strawić.

– Właśnie tak, myślisz dobrze, więc nie będę przedłużał. Za tydzień ogoniasta gwiazda, cometą zwana, wedle słów gwiazdomówców wieszczyć ma nieszczęście wielkie. W zasadzie przełożeni wiedzieli o tym od początku roku, poprzez prognostyk, lecz im bliżej termin, tym niepokój większy.

– Ale to tylko opada gwiazda, nic przecież…

– Nie uczyłeś się astronomii, prawda?

– Nie.

– Więc nie wiesz nic o złowrogich znakach, koniunkcjach. Mówią, że to najprościej – patrzeć w gwiazdy, wtedy widać księgę.

Umilkł i spojrzał na niego. W oczach miał troskę, pewną dozę niepewności, czy Adalbert zrozumiał, szukał potwierdzenia, głosem, gestem. Adalbert stał w bezruchu, mnąc mimowolnie brzeg kodeksu. Powiódł wzrokiem po skryptorium, zamrugał nieuważnie.

– Bracie Joachimie?

– Tak?

Adalbertowi głos w gardle uwiązł, bał się tego, co pętliło mu się na języku jak miłośnie złączone żmije.

– Ale przecie księgi są w bibliotece, a z natury czyta się to, co do natury należy.

Brat Joachim nie odparł od razu, spuścił wzrok i zakołysał się na stopach. Adalbert zastygł, nigdy z nim nie rozmawiał i od razu… Nie był wstydliwy, był śmiały, nie obawiał się kar, lecz teraz… Cofnąć te słowa, przecież tak naprawdę żadnych nauk nie imał się i…

– Przeczytałeś to gdzieś? – spytał nagle.

– Nie.

– Boś doszedł do wniosków, które niejednego zadziwiłyby, że z tak młodego umysłu wyszły.

– Ależ to tylko to, co widzę, ja bym nie wpadł na to sam, to widać przecież…

– Gdzie to widzisz?

Pytanie uderzyło go po twarzy, przestał i z przestrachem spojrzał na brata Joachima, oczekując reprymendy. Ów jednak patrzył na niego z zainteresowaniem.

– Na łące, gdy chodzę, gdy widzę chmury i po kształcie widzę, że jest w nich deszcz, gdy ryby są niemrawe w stawie… Ale to nie jest nauka, prawda?

– Bardziej uczona, niż ci się zdaje.

Brat Joachim spojrzał za okno.

– Horologium mundi mówi, że za chwilę się spóźnimy – rzekł. – Też ma tarczę, ziemia jest wskazówką.

***

Adalbert kolejnymi dniami, cieniami drzew odmierzał czas do następnego dyktowania. Czuł, jakby ktoś sążniste skrzydła mu doczepił, fruwał po całym klasztorze, wszędzie jeszcze więcej go było niż dotychczas, dowcipkował, mocował się z krowami, chował się w bibliotece, zakradał się do pracowni iluminatorów – wszystko garnęło mu się do rąk, we wszystkim uczestniczyć chciał, na przekór strachowi, który zamieszkał kąty klasztoru jak pająk grzeszny. Pająki też zbierał do drewnianego kubka i przyglądał się im w wolnym czasie. O comecie powiedziano całemu zgromadzeniu dwa dni później, podczas wieczerzy. Z trudem kryjąc śmiech, poglądał po twarzach zakonników, jakby gościem był jeno, gościem z innego świata. Miał najlepszy apetyt z nich wszystkich, zarobił na tym dolewkę zupy.

– Adalbert…?

– Co?

Barnaba miał usta w podkowę złożone, panikę w oczach. W zapadającym zmierzchu jego roztwarte szeroko powieki ukazywały łyskające gorączkowo białka.

– Ciebie to w ogóle nie obchodzi!

– Co, Barnabo?

– No, wiesz, co…

– Cometa?

Przytaknął, po czym skulił się na swoim sienniku. Adalbert nie mógł się powstrzymać – zaśmiał się cicho, rozciągnięty wygodnie na swoim posłaniu.

– I jeszcze się śmiejesz, a przecież z wyroku Boskiego się śmiejesz, niech ma cię w swej opiece, ty grzeszniku jeden!

– Naprawdę uważasz, że On pisze po niebie, jak ty na woskowej tabliczce?

Barnaba umilkł, poruszył się nerwowo, siano zaszeleściło.

– Tak, tak wszyscy…

– A może nie jest to tak proste, jak to się wydaje?

– Jak to?

– Lubisz, kiedy ktoś ci zagląda przez ramię, gdy piszesz?

– Nie…

– A więc myślisz, że Pan chciałby, żeby mu zaglądać przez ramię, kiedy sobie notuje losy świata?

– Adalbert…

– To tak samo! Nie bój się, twoje życie nie zmieni się wraz ze śmiercią jakiejś jednej tylko gwiazdy.

Obaj zamilkli. Adalbert zamknął oczy i zaczął zapadać w sen.

– Pomyśl tylko – mruknął sennie – pomyśl tylko, jak pięknie to będzie wyglądać.

Z siennika Barnaby odparło mu głośnie chrapnięcie.

***

Skrzypnięcie drzwi do skryptorium, w nos uderzył atrament, jego dziwaczny zapach, którego Adalbert nigdy nie potrafił ocenić, nigdy wydzielić poszczególnych ingrediencji samym tylko powonieniem – był to odór niepokojący, miał w sobie jakoweś nuty mierzące go. Lecz przecież wiedział, że nic lepszego człowiek nie mógł wymyślić, więc stulił nozdrza i wpuścił przez odrzwia kopistów. Brata Joachima brakło między nimi, Adalberta zasmuciło to, przygasł wraz z entuzjazmem swym wspaniałym, który tak radośnie niósł go przez ostatnie dni.

Otworzył kodeks na karcie, na której kopiści ostatnio zakończyli robotę i ku swemu rozgoryczeniu zdał sobie sprawę, iż jeszcze nie dotarli nawet do połowy rozprawy. Subtelność Scotusa doprowadzała go do prawdziwie chłopskiej pasji, tak niegodnej jego stanu, tak nieposkromionej, że z trudem powstrzymywał swe drżące ręce przed rozerwaniem księgi na strzępy. Dał skrybom czas na przygotowanie piór, sprawdzenie atramentu, udał, iż studiuje pilnie następne karty, lecz w istocie co chwila jego oko, niespokojne jak młody ptak, wędrowało ku przeraźliwie pustemu pulpitowi brata Joachima. Wiedział, że nie powinien, wiedział, że należy być cicho, ale mury zaczęły dyszeć tuż przy jego skórze, sklepienie wydymać się pospiesznie, jakiś kot wdrapał się na okno i zamiauczał przeciągle, uderzył ogonem w szybę, był wielki, czarny, ujrzał jego ślepia gorejące niezdrowym blaskiem jakiejś wewnętrznej gorączki, wewnętrznego ognia trawiącego od środka pokryte futrem ciało. Nikt nie zwrócił uwagi, nikt nie obejrzał się za okno, nie spojrzał na sufit, nie sięgnął wzrokiem ścian…

– Bardzo przepraszam za zakłócanie ciszy, proszę o wybaczenie – zaczął nagle.

Wzdrygnął się, jakby własne słowa przyprawiły go o zaskoczenie. Zakonnicy podnieśli głowy, niejeden otulił się odruchowo habitem, październik, mimo słońca, dokuczał już zimnymi porankami.

– Czy mamy zaczekać wspólnie na brata Joachima?

– Nie, brat ma sprawę niecierpiącą zwłoki do załatwienia, uzgodnił, iż przepisze swoją część poza godzinami dyktowania – odparł jeden z nich.

Adalbert zawalczył o nieruchomą twarz, o bezdrgnienie mięśni.

– Więc w takim razie przystoi nam teraz zacząć?

– Tak – odparli jak mąż jeden, z wielu rąk złożony.

Zaczął dyktować swym wprawionym, mocnym głosem mile wypełniającym ciche skryptorium Scotusem i jego wywodami. Adalbert nie chciał dzisiaj myśleć, wspominać, zbyt niedobrym stał mu się ten dzień, który miał być przecież… Rozmową? A może brat Joachim nie chciałby jej rozpocząć, może poszedłby jak inni, jego habit zamiótłby posadzkę przed stopami Adalberta, może patrzyłby na kurz na skraju szaty, idąc za nim ze spuszczoną głową?

Dyktował dalej, krągląc każde słowo na swym języku, wpatrując się w chybotanie piór, ich lot uwiązany do rąk kopistów. Gdy się zatrzymywały, można było dyktować następne zdania. Słońce przeskakiwało leniwie przez kolejne pulpity, jak rozbawiony ryś przez powalone pnie. Następna karta, niektórzy musieli napełnić pióra, trzeba zaczekać, nowy rozdział, pióro mocniej ścięte, nikt nie rozlał atramentu, można kontynuować. Koniec dnia nadszedł tak szybko, tak cicho.

Przy wieczerzy jeden z nowicjuszy, młody Jan, przestraszony chłopiec jeszcze, nie wytrzymał i rozpłakał się na cały refektarz. Zaciśnięte usta starszych zakonników odcięły się od tak niegodnego przejawu słabości, ktoś go wyprowadził, szepcząc mu do ucha.

– Proszę tej nocy nie wychodzić, taki widok nie jest dla naszych oczu przeznaczony – oznajmił jeden z przełożonych siedzących na krańcu stołu.

Barnaba spojrzał na Adalberta wzrokiem, który tym dobitniej potwierdzić miał rozkaz, lecz poszerzone nerwowo źrenice zepsuły efekt i jego przyjaciel z trudem powstrzymał się przed wybuchem śmiechu.

– Daruj sobie – zdołał tylko wyszeptać.

– Ciszej tam! – ryknął ktoś na niego.

Rzadko otrzymywał takie reprymendy, gęsto było w refektarzu jak w zupie, którą jedli, łyżka stała na baczność. Zwykłe ostre słowo, był przyzwyczajony przecież, a jednak zapiekło jak siarczysty policzek. Może ów zakonnik myśli jego posłyszał? Nie, przecież chował je dobrze, to nie mogło być to – tylko zdenerwowanie, oczekiwanie, to wszystko. Widział to kiedyś u rodziców, zobaczył u saren, które podszedł raz w lesie. Czuły jego obecność, lecz tak słabo, iż nie uciekły od razu, a zamarły w bezruchu, uszy skierowały w stronę krzaka, w którym się ukrył, chrapy roztwarte trzymały, futro drgało nerwowo, piękne, płowe futro. Jakże dawno nie był w lesie, jakże tęsknił do jego dróg cichych, niebrukowanych, do spokoju cienistej katedry, kolumnady żywicznej! Nie wysyłali go po chrust, nie mieli tam dla niego roboty.

Ktoś po jego lewicy zakaszlał nagle, więc odruchowo uniósł wzrok znad zupy – jeden z młodzików otarł kącik ust i wziął z powrotem do ręki źle wyrzezaną łyżkę. Adalbert spojrzał na swoją, starannie wyszlifowaną, wygodną i gładką. Kiedy był takim dzieckiem, kiedy po raz pierwszy Pater noster wypowiedział z dumą? Jeszcze niedawno tak dobrze to pamiętał, lubił grzebać w swej pamięci, a teraz nagle go zawodzi? Dyskretnie, by nie ujrzał tego nikt ze współbiesiadników, wychylił się tak, by niemal cała jego twarz znalazła się nad miską. Świece przy wieczerzy palili całkiem jasne – swe odbicie widział więc nawet wyraźnie, dobrze mógł się przypatrzyć swojej wąskiej twarzy. Gdy oddawali go do klasztoru, wiedział dobrze, dlaczego to robią – nie był podobny do ojca. Rzeczywiście, teraz jeszcze mniej widział w sobie rodziców, więcej kogoś dziwnego, kogoś o regularnych rysach, jasnych oczach, wąsko skrojonych wargach. Speszyły go te wargi, cofnął głowę i oblizał się nerwowo. Więc mieli rację, po tylu latach mógł to przyznać. Ale przecież i tak już nie był ich obojga – był Boga, to i tak nie ma już znaczenia. Przez chwilę przemknęło mu przez głowę wahanie, czy może jego anioł stróż wie, kto był jego ojcem, lecz pytanie się go o to zdało mu się głęboko niestosowne i paroma ruchami łyżki dokończył posiłek.

W dormitorium było cicho, bo wszyscy wiedzieli, że w taki dzień na pewno przyjdą sprawdzić porządek. Nie omylili się i pół godziny po zgaszeniu świec po twarzach zakonników prześlizgnęło się stłumione światełko oliwnej lampki. Pomieszczenie wypełniły kolegialne wzdychania tudzież idealnie nastrojone chrapnięcia mające przekonać ukrytego za płomyczkiem brata o szczerym i pobożnym śnie, o marzeniach niegrzesznych i o posłuszeństwie bezwarunkowym. Nikt nie miał śmiałości, by szepnąć li słowo, zwykłe wieczorne pogawędki ucięła nie tylko inspekcja – niepokój wiązał gardła, skracał dech. Razem byli, a każdy osobno swój strach przeżywał, niejeden w myślach się modlił, wszyscy skulili się króliczym sposobem. Po godzinie jednak spali wszyscy, zmęczeni oczekiwaniem na przybysza z nieba, którego i tak zobaczyć nie mogli.

Adalbert czuwał na rysie podobieństwo, z radością łapał w swe uszy każde nieudawane sapnięcie, bo z nim dusza wylatywała na nocne fruwanie, a kto nie ma duszy, nie może niczego podsłuchać. Poczekał chwilę po ostatnim westchnieniu, pozwalając wszystkim wylecieć przez szparę w drzwiach, po czym uniósł się na sienniku i przechylił swe ciało, by niemal samoistnie opaść na podłogę. Buty ułożył starannie, trafił na nie od razu, zresztą przyzwyczaił swe oczy do ciemności, nie pozwalając im się zamknąć. Przykucnął na posadzce i zawiązał rzemyki, każdy ruch ważył drogo, a najbardziej otwarcie drzwi. Wieczorem udało mu się sprawdzić, jaki dźwięk wydadzą – ktoś naoliwił je ostatnio, ucieszyło go to, to nie przypadek, musiały pozostać cicho, były mu sojusznikiem, zamknęły się wiernym bezszelestem. Korytarz nierówno wyłożono płytami, które w przymglonym miesięcznym świetle zdawały się klejnotami przedwiecznymi wytartymi przez zachłanne ręce czasu. Sunął po nich szybko, pochylony – tu groziło mu największe niebezpieczeństwo odkrycia, tu wszystko może się skończyć, nim się zacznie. Nagle maleńki cień przeciął mu drogę, wrył stopy w kamień, zgarbił się przy ścianie. Skrobanie pazurków, przeraźliwy pisk, chrupot łamanych kostek. Łasica dopadła mysz, można ruszyć dalej, ku bocznej furcie, niemal nieużywanej, kilka susów, muśnięcie wilgotnego muru i już – zimne powietrze wplątało się we włosy, oblepiło spocone ciało.

Spojrzał w niebo – gwiazdy paliły swej towarzyszce pożegnalne lampki. Wciąż był jeszcze zbyt blisko klasztoru, by być bezpieczny, musi odejść dalej od furty. Nie wybrał drogi, w trawie, choć jesiennie już suchej, jego ślady rano będą mniej widoczne. Stąpał więc śmielej, im dalej od murów, tym więcej swobody dawał swym stopom, wreszcie skakać począł, gdy znalazł się na granicy łąki, aż wreszcie puścił się biegiem aż pod las, podkasawszy habit, śmiejąc się bezgłośnie do każdego mrugnięcia niebieskiego.

Na granicy lasu znalazł pniak, usiadł więc na nim wygodnie.

– I teraz patrzę – szepnął gwiazdom, podparłszy głowę dłońmi.

I patrzył, czytał z konstelacji baśnie o początku świata, opowieści piękne i straszne, łączył świetlistości sznurkiem historii, one były jego, on był ich, to nieważne czyj był kto. Czasem przemykał mimo niego zwierz nocny, który nieraz zwracał pysk ku srebrzystemu poblaskowi na twarzy Adalberta. Może pomyślał przelotnie o dziwnym człowieku, na pewno znikał szybko. Godziny mijały, skrzyły się nieważne. Szyja mu ścierpła, ręce zgrabiały, podwinął nogi pod habit i czekał. Majaczące przed nim drzewa ożywały dziwnym złudzeniem, machały ku niemu łysiejącymi gałęziami, zdawały się wręcz podchodzić kilka kroków, po czym przystawały, jakby zawstydzone pętami swych korzeni. Nagle jedno z nich urwało się ze smyczy i pobiegło w noc, potrząsając porożem. Adalbert zamrugał i w tym momencie przez pole potoczył się huk, a światło rozbłysło jakby miał wstać świt. Poderwał się z pnia, zaplątał się w szaty i upadł, przez ziemię przegalopował tętent kopyt i wszystko ucichło. Swąd spalenizny był ledwie wyczuwalny, gwiazda upaść musiała dalej, niż wskazywały na to widome znaki. Adalbert pobiegł za zapachem, nie zważając na hałas, pędził i im bardziej zbliżał się do źródła woni, tym większego zawodu doznawał w sercu, gdyż zdał sobie sprawę, że gwiazda wpadła do stawu.

Wzburzone fale uspokajały się, w jego zapłakanych oczach spokój stawu był jak grzech. To wszystko? Tak kończy się wzniosłość, tak umiera gwiazda? Opadł na piasek, sił nagle pozbawiony, przemarznięty do szpiku kości, zdecydowany pozostać tak do rana, niech przyjdą, niech karzą, wystarczająco sam widok go ukarał, grzesznika nędznego. Wyciągnął dłoń i nabrał w nią odruchowo piachu, gdy nagle poczuł, iż rozgrzany jest on jak węgiel. Przysunął przedmiot do oczu, wysilał je do granic możliwości, obracał sporej wielkości kamień, nieregularny, pokryty dziurami jak stare sery. Był ciepły, był z nieba, był z nieba! Rzucił się na kolana i jął grabić zachłannie piasek, przeczesywać go roztwartymi palcami, znalazł drugi, tylko jeden jeszcze.

Porównywał je niemal po omacku, sprawdzał wielkość, kształt, wąchał zadziwiony metalicznym zapachem. Wstał, wziął je do jednej ręki i niemal upuścił, przerażony ruchem, które poczyniły oba okruchy gwiazdy. Przysunęły się do siebie jak dwie młode sowy w gnieździe czekające matki, przywarły silnie – musiał włożyć sporo wysiłku w to, by je od siebie oddzielić. Spróbował jeszcze raz, i jeszcze raz, śmiejąc się do siebie, bawiły go jeszcze zabawki dziecinne. Wyruszył z powrotem, trzymając swój skarb w zaciśniętej pięści. Gdy zbliżył się do furty, nabrał ostrożności jakże koniecznej i jakże utrapionej wtedy, gdy skakać z radości mu się chciało jak kozłowi młodemu!

Ta sama droga, tak inna, tak przedziwnie inna, tak przedziwnie inne drzwi do dormitorium, tak przedziwnie inny siennik, na który opadł, tak przedziwnie inne jego własne ręce, w których trzymał niebo!

***

Trzymał je w sakiewce, którą nosił przy pasku, dotykał jej co rusz, pragnąc uspokoić się obecnością okruchów. Nikt nie wspomniał ni słowem o jego wyprawie, musiała więc zostać ona niezauważona. Co prawda Barnaba spoglądał na niego przez jakiś czas podejrzliwie, lecz nie wyrzekł nic mogącego dać podstawy do niepokoju – to Adalbert się zmienił, milczący się stał, duchem jakby wirujący tam, gdzie zakonnicy nie śmieli poglądać.

Szeptali o nim, ten i ów palnął coś o uroku, o tym, że trzeba coś z nim zrobić, lecz po trzech dniach zdziwienie minęło i współbracia zaczęli przyzwyczajać się do nowego Adalberta, który w końcu od obowiązków żadnych się nie uchylał, a nawet z jakowymś większym staraniem je wypełniał.

Nikt nie mógł wiedzieć, że Adalbert odmierzał nimi czas do dyktowania, do spotkania z bratem Joachimem. Na własną zgubę, czy chwałę, tego nie wiedział, nie wiedział nawet, czy powie, czy się na odwagę zdobędzie. Podniecenie zakrywał powagą.

– Gdzie skończyliśmy?

Wreszcie stanął przed pulpitem, przed kopistami, przed ich naostrzonymi piórami. Po raz pierwszy poczuł się tak bezbronny przed ich wzrokiem, tak otwarty jak księga, którą im dyktował. Brat Joachim siedział razem z nimi.

– Na karcie siedemdziesiątej siódmej…

Po jednej stronie pulpitu stał głos Adalberta, po drugiej on sam. Widział jakby podwójnie – skryptorium i kodeks, czasem mrugał, by odegnać zdenerwowanie. Przecież zadecydował, niegodnie byłoby się wycofać. Tylko dzień zdawał stać po jego stronie, słońce bowiem szybko skończyło swą wędrówkę po sali i kopiści rychło zmuszeni byli uporządkować swe miejsca pracy.

Adalbert patrzył na ich ręce, niezdolny do najmniejszego ruchu śledził znużone twarze zakonników. Przyszło nagłe ochłodzenie, więc każdy myślał o ciepłej wieczerzy – szybko opuszczali skryptorium, a on nadal stał, nie zbliżywszy się do drzwi, wciąż z kodeksem w ręku, wyprostowany jak modrzew.

Nagle brat Joachim podniósł wzrok ku niemu i uśmiechnął się. Skok jeden, ledwie jeden, a lot tak długi.

– Bracie Joachimie…

– Tak?

– Czy mogę tylko… chwilę zająć, nie dłużej? Przysięgam…

– Oczywiście.

Zebrać myśli, uspokoić to nieznośne bicie w klatce piersiowej, tak głośne, że nie będzie nic słychać, gdy powie…

– Nie posłuchałem rozkazu i poszedłem na pole, żeby zobaczyć, jak spada gwiazda.

Oczekiwał reprymendy, przynajmniej brwi zmarszczenia. A on roześmiał się tylko łagodnie.

– I jak?

Adalbert nie odpowiedział, tylko drżącymi rękoma sięgnął do sakiewki. Nie mógł jej rozsupłać, pociły mu się dłonie, rzemyk ślizgał się jak młody wąż. W końcu wyszarpnął z niej dwa kamienie i wyciągnął je powoli w stronę brata Joachima. Ten ujął je delikatnie i zbliżył do twarzy.

– Jesteś pewien, że to one? – spytał po chwili.

– Tak, były jeszcze gorące, takie dziwne. Reszta utonęła w stawie.

Joachim oddał je, spróbowawszy sztuczki, która tak Adalbertem wstrząsnęła.

–Widzę, że mają w sobie siłę – rzekł. – Czytałem o tym wiele, lecz nigdy nie ujrzałem takich kamieni.

Zamilkł na chwilę, a Adalbertowi straszna myśl przemknęła przez głowę.

– Bracie Joachimie… Brat może… je wziąć ode mnie.

– Są twoje, twoje na zawsze. Powiedz tylko, dlaczego one się przyciągają.

– Bo… – przełknął ślinę.

Czuł, że to egzamin, że coś się stanie zaraz. Przypomniał sobie młode sowy.

– Bo każda część kocha całość i w swej miłości dąży do tego, by zabić tęsknotę zrodzoną przez podział.

Po policzku brata Joachima spłynęła łza.

– Bracie Adalbercie… Platon przez ciebie mówi, a przez Platona Boże prawo!

Nachylił się ku czołu Adalberta i pocałował tak, jak ojciec syna przed wyruszeniem w podróż.

***

Wiosna we Francji pachniała kwieciem, nauka pachniała mądrością. Wieczorami nad brzegiem rzeki widywano młodzieńca w prostym habicie, który siadywał tuż przy tafli i obserwował błyszczące pod powierzchnią ryby. Czasem wyciągał z sakiewki dwa kamienie i gładził z czułością przez dłuższą chwilę, by schować je na powrót w bezpieczne miejsce.

Mówił coś do siebie, coś do siebie szeptał. Niektórzy przysięgliby, że myślał o naturze, inni, że o szczęściu, wielu – o miłości.

A może po prostu wspominał chwilę, w której zobaczył śmierć gwiazdy, a w niej koniec świata i jego początek?