Ludzie coraz częściej unikają wiadomości ze świata – ale czy to dobry sposób na chronienie dobrostanu?

Najpierw klikamy złe wiadomości, bo mózg traktuje je jak sygnał alarmowy. Potem zaczynamy ich unikać, bo alarm, który wyje bez przerwy, przestaje mobilizować — zaczyna wykańczać.

Ludzie coraz częściej unikają wiadomości ze świata – 
ale czy to dobry sposób na chronienie dobrostanu?

Najpierw klikamy złe wiadomości, bo mózg traktuje je jak sygnał alarmowy. Potem zaczynamy ich unikać, bo alarm, który wyje bez przerwy, przestaje mobilizować — zaczyna wykańczać.

Mam czasami dość. Tak po ludzku, dość. Pisząc ten tekst, wszedłem na stronę główną portalu informacyjnego, który często odwiedzam, a tam: „5 milionów Polaków w grupie ryzyka”, „upały w Polsce”, „Nawrocki pominięty przez Tuska”, artykuł o wyłudzeniach, tragedia nad Bałtykiem, śmierć Alana Greenspana, dyrektor szpitala z milionowymi zarobkami i ludzie, którzy biorą urlop, żeby pracować.

Tego było więcej, ale nie chcę Was zamęczać. Zdałem sobie sprawę, że na tej stronie naprawdę optymistyczne były głównie reklamy i artykuły sponsorowane. Reszta mieściła się gdzieś na skali od „neutralne” do „kasandryczne”.

Dzień jak co dzień. Niezmiennie króluje zasada „If it bleeds, it leads” — co w wolnym tłumaczeniu można określić jako: „jest krew, jest czołówka”.

Teraz już wiecie, dlaczego mam dość. I wygląda na to, że nie ja jeden. Dane pokazują, że coraz więcej ludzi na świecie unika wiadomości. Coraz mniej osób chce codziennie słuchać o tym, co dzieje się ze światem.

Dlaczego? Główny powód wcale nie jest w mediach. Jest w naszym mózgu.

Ludzie coraz częściej unikają wiadomości ze świata – ale czy to dobry sposób na chronienie dobrostanu?
Najpierw klikamy złe wiadomości, bo mózg traktuje je jak sygnał alarmowy. Potem zaczynamy ich unikać, bo alarm, który wyje bez przerwy, przestaje mobilizować — zaczyna wykańczać.@ekonomiaszczescia

Zła wiadomość wygrywa na starcie

Nasza skłonność do zwracania uwagi na to, co złe, jest czymś bardzo fundamentalnym dla działania umysłu. Już jako niemowlęta szybko i automatycznie wyszukujemy objawy negatywnych emocji u dorosłych i na nie reagujemy. Negatywna informacja jest też bardziej lepka: łatwiej przykleja się do naszego mózgu i trudniej się jej pozbyć niż informacji pozytywnej.

Powód wydaje się prosty. Jeżeli przegapię okazję do rozmowy z ciekawą osobą, stracę co najwyżej szansę na wzbogacenie życia. Ale jeśli nie zauważę zbliżającego się niedźwiedzia grizzly, może to być ostatnia rzecz, jakiej w życiu nie zauważę.

Jesteśmy więc w pewnym sensie zaprogramowani tak, by negatywne informacje uruchamiały w nas reakcję na zagrożenie. W czasach, gdy żyliśmy w grupach zbieracko-łowieckich to się sprawdzało. Mieliśmy bowiem jedno proste zadanie: przetrwać wystarczająco długo, by się rozmnożyć. Ci, którzy wsłuchiwali się w szelest traw i z zachwytem kontemplowali przewalające się po niebie obłoki, prawdopodobnie pozostawili po sobie mniej potomków niż ci, którzy w reakcji na nieznany dźwięk zastygali w bezruchu, gotowi do ucieczki albo walki.

To co kiedyś decydowało o przeżyciu dziś stało się naszym przekleństwem. W  porównaniu do dobrych złe wieści silniej pobudzają nas fizjologicznie i mają większą szansę zostać zapamiętane.  Widać do choćby w liczbach reakcji w mediach społecznościowych i reakcjach na nagłówki prasowe.  Negatywne zwiększają klikalność.

Pozytywna informacja mówi: „jest dobrze”.

Negatywna: „sprawdź, bo to może być ważne”.

A zatem czytajcie dalej; będzie krew, wojna, zdrada i oszustwo.

Sawanna w smartfonie

Krótko: tak, jesteśmy skrzywieni. Mózg i ciało silniej reagują na to, co złe, niż na to, co dobre. Tyle że kiedyś to działało całkiem nieźle. Zagrożeń było mniej, a większość z nich dotyczyła nas bezpośrednio: powódź, lew, choroba dziecka, głód, wrogi człowiek za krzakiem.

Współcześnie trochę się pozmieniało. Ten sam umysł musi sobie radzić z wojną, cenami paliw, wypadkiem samochodowym gdzieś na A2, skandalem w rodzinie królewskiej, epidemią otyłości dzieci, rosnącym bezrobociem, pożarem fabryki plastiku i strajkiem pilotów Lufthansy — a to wszystko tylko przed drugim śniadaniem.

Choć żyjemy w XXI wieku, nasz mózg w dużej mierze działa tak samo jak wtedy, gdy biegaliśmy po sawannie. Pozostajemy wyspecjalizowani w wyłapywaniu zagrożeń ze świata, który nas otacza, ale ich liczba nas przygniata. Alarm trwa nieprzerwanie. Syrena strażacka wyje przerwy. Z czasem hałas przestał mobilizować. Zaczął męczyć.

I tu dochodzimy do paradoksu. Skoro mózg tak chętnie wyłapuje zagrożenia, można by pomyśleć, że będziemy klikać złe wiadomości bez końca. I przez chwilę rzeczywiście tak robimy. Sprawdzamy, odświeżamy, scrollujemy: jeszcze jeden nagłówek, komentarz, analiza. Tylko że alarm, który dzwoni bez przerwy, po pewnym czasie przestaje mobilizować. Zaczyna męczyć.

Kiedy informacja zamienia się w hałas

Dlatego coraz więcej ludzi nie tyle przestaje interesować się światem, ile przestaje mieć siłę, żeby codziennie przyjmować kolejną porcję katastrof. Z negatywności, która miała nas chronić, zrobił się zamęt, przed którym trzeba chronić siebie.

Jak powiedziała cytowana w raporcie Reuters Institute 51-latka z Wielkiej Brytanii: „Wszędzie wokół dzieje się mnóstwo ogromnych, przytłaczających i przerażających rzeczy. To po prostu za dużo”.

Opublikowany w 2026  roku raportReuters Institute pokazuje, że 2 na 5 osób w badanych krajach przynajmniej czasami świadomie unika wiadomości. W 2017 roku było to 29%. Polska, z wynikiem 43%, znajduje się powyżej średniej. Najwięcej unikających wiadomości odnotowano w Bułgarii — 63% — a najmniej w Japonii — 11%.

Warto w tym miejscu zaznaczyć: unikanie newsów nie zawsze oznacza całkowite odcięcie się od świata. Czasem polega tylko na omijaniu konkretnych tematów, które nas męczą (np. gdzie zagra Lewandowski?); czasem na wyciszeniu powiadomień, porzuceniu aplikacji albo nawykowym przeskakiwaniu nagłówków. Są też tacy, którzy niby nadal „są na bieżąco”, bo widzą memy, krótkie filmiki i pojedyncze tytuły podsuwane przez algorytmy. Problem w tym, że takie przeglądanie daje poczucie orientacji, ale rzadko dostarcza kontekstu potrzebnego do zrozumienia, co naprawdę się dzieje.

Widać to także w badaniachnad tzw. problematyczną konsumpcją wiadomości. W jednym z amerykańskich badań 16,5% uczestników można było zaliczyć do grupy osób o silnie problematycznym stosunku do newsów: pochłoniętych wiadomościami, kompulsywnie je sprawdzających i doświadczających zakłóceń w codziennym funkcjonowaniu. Osoby te deklarowały też wyższy poziom psychicznego i fizycznego dyskomfortu. To nie znaczy, że każda osoba czytająca dużo newsów wpada w kłopoty. Jednak dla części odbiorców wiadomości przestają być oknem na świat, a zaczynają być maszyną do wywoływania mentalnych burz.

Najpierw złe wiadomości przyciągają naszą uwagę, bo wydają się ważne. Potem zaczynamy ich unikać, bo jest ich zbyt dużo, są zbyt ciężkie i zbyt często zostawiają nas z poczuciem, że świat płonie, a my możemy co najwyżej odświeżyć stronę.

Czy ucieczka od wiadomości poprawia dobrostan?

No dobrze: unikamy wiadomości, bo psują nastrój, męczą, jest w nich za dużo konfliktów, wojen, chorób, polityki i przyszłości kariery Roberta. Jakby tego było mało, często czujemy się bezsilni, bo i tak nie możemy wiele zrobić, by ograniczyć zło i jego konsekwencje. Unikamy też wiadomości, bo spada nasze zaufanie do mediów. Ponad połowa Polaków uważa media za stronnicze.  Jeżeli spodziewam się manipulacji, łatwiej usprawiedliwić odwrócenie wzroku. Bywa też, że unikamy newsów, bo zwyczajnie nie jesteśmy w stanie ich w pełni zrozumieć. Ktoś jeszcze wie, jak wygląda sytuacja w Trybunale Konstytucyjnym?

Jednak wróćmy do najważniejszego pytania: skoro unikamy wiadomości, by chronić dobrostan, to czy to działa?

Niekoniecznie.

Badania sugerują coś bardziej subtelnego: krótkie, świadome przerwy od newsów mogą pomagać, gdy jesteśmy przeciążeni — szczególnie w czasie kryzysów, pandemii, wojen czy innych okresów informacyjnego bombardowania. Ludzie ograniczają wtedy wiadomości nie dlatego, że świat przestał ich obchodzić, ale dlatego, że próbują odzyskać oddech. Wyłączają powiadomienia, sprawdzają informacje rzadziej, omijają najbardziej dramatyczne relacje. To może zmniejszyć napięcie, lęk i poczucie emocjonalnego zalania.

Ale badania nie pokazują, że ogólne albo długotrwałe odcięcie się od wiadomości niezawodnie poprawia dobrostan. W jednym z mocniejszych eksperymentów, przeprowadzonym w Polsce i w USA tygodniowe „wakacje od newsów” miały niemal zerowy wpływ na dobrostan emocjonalny i fizyczny.

Innymi słowy: czasem warto zamknąć okno, gdy do pokoju wpada dym. Ale jeśli zamkniemy je na stałe, możemy przestać wiedzieć, co naprawdę dzieje się za ścianą.

Tak wiem, gdzieś w połowie artykułu obiecałem krew, wojnę, zdradę. To prawda, ale obiecałem też oszustwo. Oszukałem. I to nie jest ostania zła wiadomość.

Mam jeszcze jedną.

To już jest koniec.