Ufam, chociaż wiem, że ludzie oszukują. Paradoks pomagania.
Nieufność męczy. W końcu trzeba komuś zaufać, żeby przy kimś odpocząć – pisał Ryszard Kapuściński.
W pomaganiu innym ten paradoks widać wyjątkowo wyraźnie: żeby wyciągnąć rękę z pomocą, trzeba wierzyć w ludzi, ale jednocześnie mieć świadomość, że niektórzy tę pomoc nadużywają. Najnowsze badania pokazują coś zaskakującego: najbardziej pomagają nie naiwni idealiści, ale osoby, które doskonale wiedzą, jak łatwo zostać wykorzystanym.
„Nie ufam – nie pomagam”. Brzmi logicznie.
W końcu kto odda swoje pieniądze komuś, kto oszukuje? Kto poświęci czas i energię komuś, kto ewidentnie kombinuje? W codziennych rozmowach ten argument wraca jak bumerang: „Pomagałbym, ale wiesz, jacy są ludzie”.
A jednak coś tu nie gra. Gdybyśmy czekali na świat złożony wyłącznie z uczciwych, wdzięcznych i bezinteresownych beneficjentów pomocy – nie pomagałby nikt. Świat nie jest przesłodzoną bajką Disneya, w której wielkie oczy pozytywnych bohaterów wypełniają się łzami, gdy ktoś wyciąga do nich rękę. A jednak pomaganie jest wszechobecne, a wolontariat i oddolne akcje działają od dekad tkając sieć milionów drobnych aktów zaufania. I tym się zajęliśmy w ostatnim badaniu.
Na początku stycznia 2026 roku, wspólnie ze Stowarzyszeniem Poranek, przeprowadziliśmy ogólnopolskie badanie dotyczące pomagania wśród Polek i Polaków. Próba 1000 osób, dobrana tak, by możliwie dobrze reprezentowała dorosłą populację. Pełny raport jest jeszcze w opracowaniu, ale jeden wątek był na tyle zaskakujący, że nie mogłem się powstrzymać, by nie podzielić się nim wcześniej.
Pomagamy – ale rzadziej niż inni
Zacznijmy od faktów. Polacy pomagają. W ostatnich sześciu miesiącach 55% badanych udzieliło komuś pomocy finansowej. W ciągu ostatnich trzech miesięcy 34% angażowało się w wolontariat lub inną formę pomocy niefinansowej na rzecz osób innych niż rodzina i przyjaciele. Krew oddaje 11% respondentów.
Czy to dużo? Nie wiem, sami oceńcie. Dla porównania dam Wam właśnie opublikowane dane Gallupa na temat Amerykanów. W poprzednim roku:
76% z nich udzieliło komuś pomocy finansowej,63% pomagało niefinansowo, 17% oddało krew.
Oczywiście te dane nie są idealnie porównywalne – w Polsce pytaliśmy o krótsze okresy niż rok – ale kierunek różnicy jest czytelny. Pomagamy rzadziej. Jednym z powodów może być niski poziom zaufania społecznego w Polsce. Tu, mówiąc delikatnie, nie jest najlepiej.
Ale ciekawsze od samego poziomu zaufania jest to, jak ono różnicuje pomagających i niepomagających.
Ufający pomagają częściej
Osoby, które deklarują, że pomagają innym znacznie częściej zgadzają się ze stwierdzeniem, że „większości ludzi można ufać” (50%). Prawie połowa z nich mówi też, że zaufanie do innych przychodzi im stosunkowo łatwo.
Wśród osób, które nie angażują się w pomaganie, takie odpowiedzi pojawiają się wyraźnie rzadziej. Ufający stanowią tam zaledwie około 30%.
Przyznacie, że to dość intuicyjne: bez wiary w ludzi trudno wyciągnąć rękę z pomocą. Trudno wesprzeć kogoś, kogo z góry podejrzewamy o najgorsze intencje.
I tu wszystko wydaje się proste.
Zaufanie prowadzi do pomagania.
Brak zaufania prowadzi do braku pomagania. Kropka.
Tyle że… to dopiero połowa historii.

Paradoks: ufają, ale widzą ryzyko
Gdy przyjrzałem się świadomości nadużyć, wyszło coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak sprzeczność. Osoby pomagające równie często – a czasem nawet częściej – dostrzegają ryzyko bycia wykorzystanym. Mówiąc wprost: oni wiedzą, że wśród tych, którzy domagają się pomocy, i którzy korzystają z pomocy innych są tacy, którzy oszukują, nadużywają, kombinują.
Pomagający częściej niż niepomagający zgadzają się z tym, że:
– zdarza się „jazda na gapę”,
– niektórzy ludzie nadużywają wsparcia,
– w kontaktach z innymi trzeba zachować ostrożność.
Co więcej:
- silniej przeżyliby fakt, że ktoś, komu pomogli, ich oszukał;
- częściej uważają, że potrafią rozpoznać, kiedy ktoś próbuje ich wykorzystać:
- rzadziej mają złudzenia, że świat składa się wyłącznie z uczciwych ludzi.
Krótko mówiąc: pomaganie nie wynika z naiwności. Pomagający nie są dziećmi we mgle. Wręcz przeciwnie – często są bardziej świadomi zagrożeń niż ci, którzy nie pomagają wcale.
I teraz uwaga: to jest dokładnie odwrotnie niż podpowiadałby zdrowy rozsądek. Skoro lepiej widzę nadużycia, bardziej boję się bycia wykorzystanym i mocniej przeżywam oszustwo – to teoretycznie powinienem pomagać rzadziej. A jednak… pomagam częściej.
Dlaczego?
Zaufanie i czujność mogą iść w parze
Myślenie o pomaganiu często upraszczamy do zero-jedynkowego podziału: są „ufni idealiści” i „rozsądni sceptycy”. Nasze badania sugerują, że rzeczywistość jest bardziej zniuansowana. Jeśli spojrzeć na postawy wobec pomagania przez pryzmat lęku przed wykorzystaniem, można wyróżnić co najmniej trzy grupy:
1. Cynicy społeczni
To osoby, które kierują się przede wszystkim strachem przed byciem oszukanym. Nie wierzą ludziom, nie wierzą instytucjom, a świat widzą raczej w odcieniach ciemnej szarości. Kilka głośnych historii o nadużyciach, dwa memy i trzy filmiki na YouTubie wystarczą im, by uznać, że „wszyscy kombinują”. Skoro nie da się odróżnić „prawdziwie potrzebujących” od „kombinatorów”, to najbezpieczniej… nie pomagać wcale. Badania pokazują na przykład, że cynicy nie wierzą i nie angażują się np. w proekologiczne działania firm czy sens pomocy społecznej.
2. Ostrożni pragmatycy
Druga grupa to ostrożni pragmatycy. Reprezentują oni postawę, którą można opisać słowami „Pomagam, ale z głową”. Tacy ludzie nie odrzucają idei pomagania, ale stawiają granice. Gdy widzą ewidentne nadużycie – mówią „stop”. Pomoc tak, ale nie w sytuacjach, które pachną zwykłym wykorzystywaniem systemu. To nie brak serca, raczej próba zachowania poczucia sprawiedliwości.
3. Doświadczeni pomagacze
Trzecia grupa do doświadczeni pomagacze. Grupa najbardziej intrygująca. Często są to osoby realnie zaangażowane: wolontariusze, ludzie działający w organizacjach, uczestnicy zbiórek. Doskonale wiedzą, że pomoc bywa nadużywana – czasem widzieli to na własne oczy. Ale zamiast się wycofać, uczą się pomagać mądrzej. Wybierają sprawdzone organizacje, konkretne formy wsparcia, wolą pomagać „przez instytucje”. Działając w ten sposób w dużej mierze które biorą na siebie ciężar weryfikacji potrzeb.
To tłumaczy, dlaczego tak chętnie angażujemy się w działania namacalne i znane: WOŚP, przekazanie 1,5% podatku, oddawanie ubrań. W takich formach pomocy czujemy się bezpieczniej – bo odpowiedzialność za selekcję beneficjentów nie spada wyłącznie na nas.
Co z tego wynika?
Najważniejszy wniosek jest prosty, choć niewiarygodny: zaufanie i lęk przed wykorzystaniem nie wykluczają się. Można jednocześnie wierzyć w sens pomagania i wiedzieć, że świat pełen jest nadużyć. Pomaganie nie oznacza bycia naiwnym. Często oznacza raczej: „Wiem, że mogę zostać oszukany. Mimo to decyduję się pomóc”.
To dobra wiadomość. Najbardziej zaangażowani w pomaganie wcale nie są „łatwowiernymi idealistami” nie unoszą się trzy metry nad ziemią obsypując świat kwiatkami. Często to osoby, które najlepiej znają pułapki – i właśnie dlatego potrafią pomagać mądrzej, a nie mniej.
Na koniec zostawię myśl trochę prowokacyjną. Jakkolwiek to zabrzmi: nie czytalibyście dziaj moich tekstów, gdyby nasi przodkowie nie nauczyli się pomagać innym mimo ryzyka. Gdyby wszyscy byli wyłącznie cynikami, nie byłoby wspólnot, instytucji, społeczeństw. Byłaby samotna wyspa każdego z nas.
A cynizm, choć często uchodzi za „mądrość życiową”, i jest intelektualnie pociągający, nie czyni ludzi ani mądrzejszymi, ani szczęśliwszymi. Wręcz przeciwnie i na to też mamy badania.