Requiem Albina Duxa

Gdy Albin Dux budzi się wcześniej niż zwykle, drobna rysa w rutynie otwiera w nim lawinę wspomnień, lęków i pytań. „Requiem Albina Duxa” to opowieść o samotności, która potrafi zagłuszyć nawet najpiękniejszą muzykę.

Requiem Albina Duxa

Posłuchaj na Spotify, YouTube, Podbean

Położył swe dłonie na pledzie – długie i delikatne, błękitno żyłkowane jak egzotyczny kwiat o krótkich płatkach paznokci liliowej barwy. Podkurczył nieco palce i przymknął oczy.

– One umilkną – rzekł cicho. – Kiedyś umilkną.

Odgarnął wzburzone kłęby pościeli i usiadł na łożu. Myśli o własnej śmiertelności nawiedzały Albina Duxa najczęściej o poranku, spał więc do późna, pragnąc uniknąć tego właśnie uczucia, które dziś jednak dopadło jego umysłu, korzystając z wyrwy, jaką poczyniły niezasłonięte dzień wcześniej nad łożem kotary. Promienie słońca uczyniły, co do nich należało i w ten właśnie sposób Albin Dux obudził się o ósmej rano miast o dziesiątej, jak to miał w zwyczaju. Próbował walczyć o swoje codzienne prawo, lecz ciało nie usłuchało jego woli i poczęło domagać się posiłku. Podniósł się i założył na piżamę jedwabny szlafrok. Odwiązał się paskiem dokładnie – uszka kokardy nie satysfakcjonowały go, jeśli nie były dokładnie równej wielkości, więc, by móc z przyjemnością zjeść śniadanie, musiał poświęcić na to trochę czasu.

– Piotrze! – zawołał i podniósł ze stoliczka srebrny dzwonek o mahoniowej rączce.

Czekał chwilę, po czym zadzwonił na próbę. Odpowiedziała mu cisza.

– Piotrze!

Zadzwonił raz jeszcze i odłożył dzwonek z powrotem. Choć mógłby teraz okazać swoje niezadowolenie, marszcząc brwi, czy mrucząc do siebie niepiękne słowa, nie czynił tego – to również nie było w zwyczaju Albina Duxa, który potrafił swój spokój zewnętrzny zachowywać w idealnej harmonii. Władztwo to nie sięgało jednak ku burzom przetaczającym się często w duszy, które pozostawały poza jego zasięgiem i dudniły nieraz z siłą tak wielką, że musiał odchodzić wówczas od fortepianu, co za każdym razem odbierał jako porażkę swej woli.

– Piotrze! – zawołał raz jeszcze, po czym otworzył drzwi swej sypialni i wszedł do salonu.

Story były jeszcze zaciągnięte, więc salon śnił jeszcze wraz ze swym stołem, obitymi skórą krzesłami, biblioteką za szkłem i gobelinami na ścianach. Śnił zapewne o przeszłości, bo Albin Dux od lat nie przyjął tu żadnego gościa – czy to zapowiedzianego, czy przygodnego. Jedynym, kto wydawał się czuwać w tym miejscu, był fortepian o karym fornirze połyskującym w półmroku aksamitnym poblaskiem. Stał na swych okrągłych, drobnych nóżkach z uniesioną lekko pokrywą górną, co upodabniało go do skarabeusza gotowego do lotu. Albin Dux otoczył spojrzeniem linię jego drewna, krawędzie niewydobytego jeszcze dźwięku i podszedł do okien, by wpuścić do salonu żywotne światło słońca. Przymknął na chwilę oczy, gdy ciepłe promienie minęły go po raz drugi tego poranka i pomyślał z życzliwością o wonnej, brzemiennej w aromat kawie, której moc wpłynie w niego na tarasie. Wrzesień był wciąż ciepły, więc Albin Dux mógł sobie jeszcze pozwolić na ową niewinną przyjemność, owinięty szlafrokiem, ginął codziennie w rattanowym fotelu wysłanym poduchami. Gdy miał po raz ostatni zawołać swego służącego, przypomniał sobie, że od miesiąca przychodzi on już tylko popołudniami, by przygotować mu obiad, zetrzeć kurze i dać zużyte ubrania do wyprania. Wymowne prośby Albina Duxa, by ów służący, pokojowy i kucharz w jednej osobie nie opuszczał go rano, spotkały się ze zdecydowanym sprzeciwem Piotra.

– Nadchodzą inne czasy, panie Albinie – odparł krótko, tnąc wyrazy swym ciągle jakby sztywnym językiem. – Mam już rodzinę, wie pan.

Pan Albin Dux nie wiedział, ale przytaknął Piotrowi z czystej uprzejmości. Ostatnia była matka. Kilka lat temu znalazł ją leżącą w trawie przy klombie róż, które kwitły wtedy królewską purpurą. Jej czoło marsowe od zgryzot wygładził poranny chłód i pewna ulga, której z pewnością musiała doznać, gdy zdała sobie sprawę, że opuszcza już to miejsce. Rozsypane wokół wąskiej twarzy siwe włosy mgła przystroiła rosą, więc Albin Dux przez chwilę miał wrażenie, że ogląda obraz prerafaelity, który został przez niego pozostawiony z nieuwagą na szmaragdowej trawie. Później oczywiście płakał, wykręcał sobie palce do bólu, stojąc w czerni salonu i mdłej woni białych lilii, i przyjmował kondolencje od osób, które przyjechały zza zachodniej granicy i były obce mu, nieznane. Jednak to pierwsze wrażenie powracało do niego po latach w momentach zawsze nieco nieodpowiednich tego rodzaju wspomnieniom. Wtedy to został sam, lecz i dziś nie zdawał sobie z tego sprawy – pamiętał tylko urywane akordy mol i ciemność salonu. Jego kompozycje przez jakiś czas nie napływały do wszystkich tych, którzy chcieliby zrobić z nich użytek, więc skrzynka listowa wypluwała codziennie pełne zniecierpliwienia papierowe głosy ignorowane przez Albina Duxa niezdolnego do zapisania choćby jednej nuty. Zmiany przyszły powoli, nie zauważył ich, więc gdy po raz pierwszy uderzył w dur, nie poderwał się z miejsca z przestrachem w oczach, lecz i tak wciąż był sam, bo dźwięk wesoły nie zmaterializował się w duszę, która mogłaby dać mu to, czego brak wzniecał w jego sercu nieukojone burze.

Musiał wejść do kuchni, wielkiego pomieszczenia z osobną spiżarnią, które onieśmielało Albina Duxa tym bardziej, że do niedawna wcale nie miał z nim bezpośredniego kontaktu. Miał dziś wielką ochotę na jajecznicę na maśle, lecz strach przed rozbiciem jajka paraliżował go – ów pierwotny lęk przed naruszeniem Całości, rodzaju Wszechświata zamkniętego w skorupce, był u niego przedziwnie silny i racjonalne zapewnienia, które sam sobie wygłaszał, trafiały na kamienny mur oporu. Musiał zadowolić się wczorajszym rogalikiem, do którego otworzył słoiczek z konfiturą figową przypominającą mu w sposób nieuchwytny beztroskę młodości i radosny wystrzał, z jakim maleńkie ziarenka trzaskały pod naciskiem mlecznych zębów. Nasypał kawy do mosiężnej kawiarki i postawił na jednym z nowszych kuchennych nabytków – gazowej kuchence, która oszczędzała Albinowi Duxowi męki podkładania do pieca od rana. Ułożył śniadanie na srebrnej tacy i oparty o drewnianą framugę czekał, aż donośny bulgot kawiarki powiadomi go o tym, że kawa jest już gotowa. Położył filiżankę na tacy i nalał do niej niespiesznie czarny płyn, po czym z niejaką ulgą opuścił kuchnię i wyszedł na taras tonący w złotych blaskach wrześniowego poranka. Postawił tacę na niskim stoliku, a sam zajął wyczekiwany od rana fotel, który powitał swego właściciela cichym trzaskiem wiernego rattanu. W tym miejscu, z którego widział cały ogród utrzymywany w konsekwentnym w swej nonszalancji stylu angielskim, czuł błogi spokój niezakłócany przez gnębiące go ostatnio złe myśli. Jego zmysły odpoczywały, gdy wzrok sunął po listowiu, którego bujna grzywa poczęła płonąć jesiennym ogniem, a miękki dotyk jedwabnego szlafroka łaskotał miło skórę. Dłonie, zwykle niespokojne, zwijające się w szpony, po czym prostujące się gwałtownie, spoczywały teraz na oparciu fotela i tylko ciche skrobanie paznokcia o rattan świadczyło o tym, że i teraz czuwają, choć w sposób niewspółmiernie bardziej leniwy.

Niespiesznie jego myśli popłynęły ku miłym wspomnieniom harców w ogrodzie, chowanek i innych radości, które bawiły małego Albina spędzającego wtedy jeszcze tylko trzy godziny dziennie przy fortepianie, a więc mającego wiele czasu na beztroską zabawę. Nie znał świata poza kutą, wysoką bramą, za którą znikali służący i powóz ojca – dowiadywał się o nim przelotnie, niejako mimo woli, poprzez guwernantkę, która uczyła go o historii zamorskich krajów zamieszkanych przez walecznych ludzi, opowiadała o pięknych zwierzętach i egzotycznych roślinach, objaśniała zasady dynamiki świata. Wszystko to Albin Dux chłonął łapczywie i zapamiętywał każde słowo z owych opowieści tak, że guwernantka chwaliła go przed rodzicami za jego niezwykłe zdolności, które w pełnej krasie uwidoczniły się jednak w innej dziedzinie. Pewnego bowiem dnia mały Albin, ledwie odrosły od ziemi, wdrapał się na stołek i sięgnął ku połyskującej klawiaturze fortepianu. Nikogo wtedy w salonie nie było, więc ośmielony nieco uderzył w kilka klawiszy. Rozległ się dźwięk, który wprawił go w zachwyt niemający porównania – jakby prawieczna dusza wpłynęła w ciało chłopca sparaliżowanego uniesieniem. Matka jego grała dzień wcześniej melodię, która podobała się Albinowi tak bardzo, że prosił ją gorąco, by powtarzała ją raz po raz i rozpłakał się, gdy oznajmiła mu, iż na dziś już starczy. Teraz jednak klawiatura leżała przed nim, nie przed matką – była gotowa, tak jak on.

Ojciec właśnie wrócił do domu i miał już skierować się ku swemu gabinetowi, gdy posłyszał dźwięki tak piękne, że znieruchomiał w korytarzu, wciąż z kapeluszem na głowie i paltem w ręku. Przeszedł na palcach przez korytarz, spodziewając się zobaczyć swoją żonę, choć ton fortepianu kłócił się z jego niedawnym wspomnieniem. Gdy stanął na progu i ujrzał małego Albina grającego w świętym skupieniu, z rozczochranymi ciemnymi włosami furkoczącymi wokół genialnych uszu, nie mógł powstrzymać się od krótkiego okrzyku zdumienia.

Od tamtej pory życie Albina Duxa zostało związane z fortepianem na życie i śmierć – to on stał się miejscem jego nauki, jego łez i uśmiechu, jego rozczarowań i nadziei. Rodzice spieszyli się, by ukazać talent swego syna światu, który mały Albin znał tylko z opowieści i który ukazać miał się mu całkowicie odmiennym. Wtedy jeszcze zachodnie pogranicze nie było pograniczem, które wzbudzić mogłoby w chłopcu uzasadniony wstręt – gdy mijał w powozie zaludnione wesołymi głosami ryneczki strojne w kwiaty i w kolorowe, lecz skromne szyldy, świat ten podobał mu się, choć grozę budziły w nim strzeliste wieże gotyckich kościołów i wąskie uliczki o pochylonych ku powozowi kamieniczkach. Ich okna zdawały się przebijać Albina Duxa zmęczonym spojrzeniem, nieprzyjaznym obcemu. Wpatrując się w siebie nawzajem, czekały zapewne nocy, podczas której ich cienie mogłyby zacząć żyć niezależnym od nich życiem pełzających po bruku ciemnych stworzeń. Chłopiec w takich momentach odwracał wzrok ku wnętrzu powozu, a nawet zasłaniał okno firanką, pragnąc, by te dziwne istoty nie przyglądały mu się i nie rzuciły na niego jakiegoś zgubnego uroku.

Teraz, gdy je wspominał, straszne ceglane zjawy zbudowane przez ludzi dla ludzi, nie mógł opędzić się od natrętnych myśli, monotematycznych aż do bólu skroni.

– Czy to wszystko już zapowiadało to, co się zdarzyć miało? – zapytywał sam siebie, a spokój poranka przełknięty został wraz z ostatnim łykiem kawy.

Niekończące się musztry, ukłony przed dziwacznymi indywiduami o krzaczastych bokobrodach, palce co dzień wyginane na klawiaturze, obco pachnące pokoje hotelowe, kwiaty w wazonach o niepokojących kształtach, strojne panie pochylające się nad nim tak, że ich perfumy odurzały go na równi z blaskami klejnotów wiszącymi z ich zwiędłych szyj, powódź świateł wieczorami, bezsenne noce, odjazdy zawsze za wczesne – te obrazy nie dawały mu spokoju w późniejszym życiu, życiu człowieka już dorosłego, który wyrzekł się zewnętrznych podniet kojarzących się mu tylko z udręką młodości. Niekiedy zrywał się ze snu nad ranem, pewny, że go budzą, zabierają dokądś, jego palce czepiały się kurczowo krawędzi kołdry, a on sam przyciskał swe ciało do materaca, oganiając się potrząsaniem długich już włosów od niewidzialnych rąk. Z tych koszmarów najtrudniej było mu się przebudzić, więc dlatego bał się ich panicznie i co wieczór przygotowywał sobie napar z liści melisy, chcąc tymi niewinnymi czarami oddalić od siebie widma, które pochwyciły jego dzieciństwo w nielitościwe szpony i trzymały jego udręczoną duszę do tej pory. Rodzice jego późno postrzegli zmianę w zachowaniu syna – zdążył już miewać ataki, dusił się przed koncertami tak mocno, że zawsze zaczynano je z kilkunastominutowym opóźnieniem, które Albin Dux spędzał, wdychając podsuwane mu woniejące ostro chusteczki. Gdy jednak pewnego razu omdlał zaraz po zejściu ze sceny, przedsięwzięto odpowiednie kroki i mały Albin dostarczony został do miejsca, które przeraziło go jeszcze bardziej od obcych spojrzeń. Rdzawocegłowa budowla ukazała się jego oczom na tle nieba zaciągniętego kurtynami deszczu, a jej korytarze – w sinym półmroku przesiąkniętym zapachem strachu. Na końcu jednego z nich znajdowały się wysokie, długie i jakby pochyłe drzwi, za którymi znajdować się miał lekarz Albina Duxa. Matka puściła go wtedy przodem – jakże chciałby znaleźć się za jej plecami! Na widok długobrodej istoty chowającej swe spojrzenie za rogowymi oprawami chłopiec stanął w progu i nie chciał postąpić ani kroku dalej, a gdyby nie przynaglający dotyk matczynej dłoni na ramieniu, uciekłby zapewne, gubiąc się na zawsze w plątaninie korytarzy.

Usłyszał raz jeszcze ten głos swego wspomnienia tak głośno, że zmuszony wręcz został, by obejrzeć się za siebie. Rattan zatrzeszczał zbyt cicho, żeby stłumić szeleszczący głos lekarza.

– Musi pani oszczędzać nerwy tego dziecka. Ubierz się chłopcze – mruknął mimochodem do dygoczącego z zimna Albina Duxa, który z radością wypełnił jego polecenie. – On jest bardzo przemęczony, co nie jest niezwykłe, biorąc pod uwagę intensywność życia, jakie prowadzi. Sugeruję przerwę w koncertowaniu…

– Ale…

– Jeśli dobrze panią zrozumiałem, to ten chłopiec obciążony jest ponad jego siły. Proszę mu dawać sole bromu, kiedy będzie nerwowy, powinno pomóc.

To spojrzenie zza okularów, te zimne palce dotykające jego skóry o podniesionych włoskach, te dziwne wyrazy, których wtedy nie rozumiał w pełni, przypominały mu się ostatnio coraz częściej, w miarę jak wspomnienie matki zacierało się zwolna w jego umyśle. Nie był świadomy wielu spraw, praktycznie wszystkich; żył pod kloszem z nut, odurzany bromem w momentach, które przerastały chłopięce odczuwanie, wożony z miasta do miasta, rzadko powracał do rodzinnego domu na zachodnim pograniczu nieznającym wtedy owej nazwy. Przełom nadszedł w wieku, w którym Albin Dux nie mógł być już uważany za dziecięcego geniusza – wyrósł na chudego, pochylonego od nadmiernej wybujałości młodzieńca o płochliwym spojrzeniu oczu szukających schronienia od tłumu i utrapionego natłoku myśli. Wtedy w cenie zaczęły być jego kompozycje – skupione na swym wnętrzu, o formie cudnie hermetycznej, tworzone podczas tych rzadkich chwil spokoju, jakich doświadczał. Na własną rękę jednak dowiedział się (i to może zostać nazwane jego odkryciem posiadającym najwyższe walory praktyczne), że ze sprzedaży kompozycji czerpać można całkiem wymierne zyski. Dzień tego odkrycia stał się powrotem do jego twierdzy. Zamknął się w swym pokoju z westchnieniem ulgi w wąskich piersiach i od tej pory świat zewnętrzny znał go tylko ze wspaniałych dzieł prezentowanych przez najświetniejsze domy koncertowe, jakie nosiła ziemia – on sam nie dbał o swe atramentowe dzieci, które żegnał bez smutku. Czasem w jego oku zatliła się iskierka dumy, to wszystko. W drodze wyjątku pojawił się kilka razy na niektórych premierach, co łączyło się jednak nieodmiennie z wielkim wysiłkiem przezwyciężenia lęku przed tłumem twarzy i ust, z których dobywały się niepowstrzymane rzeki słów skierowanych do niego, nazywających go najwybitniejszym kompozytorem nowego pokolenia. W tym okresie swego życia zaprzestał również chodzenia na koncerty nawet w charakterze publiczności – to, czego jeszcze jakowymś zbiegiem okoliczności nie usłyszał, słuchał, czytając nuty i rozkoszując się brzmieniem własnych, perfekcyjnie nastrojonych instrumentów na scenie własnego umysłu.

Te lata były jeszcze niewinne. Owszem, czasem służący plotkowali w kuchni, a na podwórzu pojawił się oddział żołnierzy, którzy jednak, dziwną koleją losu, nie żywili nieprzyjaznych zamiarów wobec mieszkańców rezydencji oddalonej od świata tak, jak od równika oddalony jest biegun północny. Z tego też powodu o końcu wojny dowiedzieli się późno i to za pośrednictwem jakiegoś nowego miejscowego władyki, który nakazał im opuścić rodzinny dom Albina Duxa. Matka, ojciec już bowiem wtedy nie żył, uniosła ku niemu wzrok i uprzejmymi słowy odmówiła tak nonsensownej prośbie, powołując się na szereg oczywistości, o których nie trzeba by było przypominać żadnemu cywilizowanemu człowiekowi. Jemu najwyraźniej było to potrzebne – swe wywody poparła więc sumą, za którą ów władyka mógł żyć sobie i długo, i dostatnio, co po latach ponurych i dzikich rozświetlić musiało serce największego nawet służbisty. Nigdy więcej Albin Dux nie zobaczył już tych zżółkłych od nikotyny wąsów i w ten sposób jego dom zniknął ostatecznie z mapy miejsc żywych – od tej pory stało się tylko cielesną emanacją sentymentalnego wspomnienia ziemi zachodniego pogranicza.

Albin Dux podniósł się z fotela i wszedł do środka, gdyż, mimo ciepłej pogody, poczuł konieczność założenia marynarki z grubszej nieco wełny niż ta, którą nosił przez ostatnie miesiące. Tak jak zwykle, moment ten wypełnił jego duszę melancholią kończących się letnich dni, uczuciem tyleż powszechnym, co pełnym podskórnego, niedopowiedzianego tragizmu. Albin Dux nie odczuwał tego jednak zapewne w sposób właściwy większości ludzi – lata samotności podobne są do siebie tak, że przerwa między jedną a drugą zmianą musiała być dla niego w istocie niewielka.

Równie niewielką dla Albina Duxa była zmiana w jego adresie, na który wciąż przysyłane były do niego zlecenia – na pierwszym, najwyższym i najważniejszym miejscu identyfikującym rodzinny dom widniało inne państwo. Zrazu Albin Dux zdziwił się tą zmianą i zaniepokoił się losem swoich prac, które nadawał wedle starych danych, lecz po wysłaniu kilku listów i otrzymaniu krzepiącej odpowiedzi, uspokoił się i zupełnie stracił zainteresowanie geopolitycznymi losami swego miejsca zamieszkania. Pozostałe konsekwencje zapukały do jego drzwi nieco później, wraz z odejściami kolejnych służących, którzy poczuli się oderwani od swej ojczyzny. Ojczyzny? Dla Albina Duxa była ona dziwacznym pojęciem z podręczników jego guwernantki, niczym więcej. Owszem, znał jej piękno wewnętrzne, muzykę, literaturę, zabrano go do kilku muzeów, w których godzinami stać potrafił przed jednym obrazem łaskoczącym w jakowyś sposób ukryty nerw jego duszy, ale nie potrafił zrozumieć przywiązania służby uciekającej z domu, by wrócić do nieznanej wcześniej, odległej krainy. Poprosił tylko ostatniego z nich, by znalazł mu w okolicy służącego godnego zaufania i znającego język, którym władał Albin Dux, w stopniu wystarczającym do nawiązania odpowiedniej relacji. Życzenie to zostało spełnione i takim właśnie sposobem w jego domu pojawił się Piotr, który – choć wymaganą mową posługiwał się w sposób bawiący absolutny słuch Albina Duxa – w swojej sumienności przewyższał niejednego z będących przed nim na tym stanowisku. Dlatego też tak stanowcze postawienie przez Piotra sprawy bardzo zafrapowało jego pracodawcę i wzbudziło w nim podejrzenia. Zrazu były one dość mgliste, rysujące się w jego umyśle cienką linią, której dukt rychło gubił się w podświadomości, lecz z biegiem dni Albin Dux poczuł, że zbliża się do rozwiązania tej sprawy, dziś zaś stała się dla niego całkiem jasna: to nie rodzina była powodem wycofania się Piotra ze swych obowiązków, tylko jakoweś czynniki zewnętrzne, rzec by można, ogólnokrajowe. Czytywał o komunistach, socjalistach, o ich rewolucyjnym podejściu do spraw, nad którymi ród Duxów nie musiał nigdy łamać sobie głowy, widział w podręczniku portret Marksa – teoretykiem procesów społecznych był znakomitym, więc stwierdził, że właśnie ugodzony został rykoszetem praktycznej realizacji owej idei.

– Gdy dziś przyjdzie – mruknął, układając sobie mankiety w rękawach marynarki – zapytam się go o to w sposób subtelny. Poczynię wywiad.

Postanowiwszy to sobie, poczuł się lżej, na tyle, by zasiąść do fortepianu i nie myśleć już więcej o przyziemnościach, jak je nazywał w swej niezachwianej surrealnej rzeczywistości.

Skończył dziś kolejne dzieło – niewielkie zamówienie, które odłożył sobie na bok, zajęty większymi projektami, o wiele bardziej absorbującymi, a posiadającymi terminy napięte i żelazne. Kilka dni temu ostatni raz włączył w swej domowej kinowej salce szpulę z filmem, do którego z pewną przyjemnością zagrał komponowaną przez ostatni miesiąc muzykę. Śledząc migoczące w półmroku obrazy i jakby od niechcenia uderzając w melancholijne, pełne tajonej rozpaczy dźwięki, czuł zadowolenie z dobrze wykonanej pracy. Film również był ładny i choć Albin Dux nie znał się na tym nowym, dziwnym nieco dla niego rodzaju sztuki, docenił smutek historii wpleciony w piękno zamknionego na wieki krajobrazu. Nie wiedział tylko tego, że ten film był w istocie o nim samym – brakło mu do tego obiektywizmu i pewnego myślenia symbolicznego, które pozwoliłoby mu przyłożyć obrazy ze szpuli do obrazu swojej własnej duszy. Był to film o samotności.

Piotr przyszedł tego dnia nieco później niż zwykle, milczący, nieco roztargniony, jeśli w ogóle można było Piotra o roztargnienie posądzić. Upiekł mu, wedle jego zaleceń, dynię faszerowaną grzybami, lecz oznajmił, iż dziś jego żona ciasta nie przygotowała, więc będzie musiał się pogodzić z brakiem deseru. Jako, że żona Piotra piekła ciasta o pozaziemskim wprost smaku, Albin Dux zirytował się tym faktem na tyle, by zagadnąć go wprost o sytuację w obecnie panującym kraju.

– Panie Albinie Dux – Piotr oparł się o zamknięte drzwi salonu i założył ręce na piersiach – trzeba panu wiedzieć, że sytuacja w kraju jest w jak najlepszym porządku. Nie musi się pan o nic martwić, ani niepokoić się o mnie, to by już w ogóle sensu nie miało.

Albin Dux śledził uważnie jego mowę ciała, jego mimowolne skurcze twarzy, skórę napinającą się na policzkach. Nie uwierzył mu, lecz podziękował uprzejmie i poprosił o czajnik uwielbianej przez niego indyjskiej czarnej herbaty, której cierpkość działała na jego zmysły odświeżająco i czyniła ciężkie grzyby łatwiejszymi do strawienia.

– Sporo jeszcze jej zostało, Piotrze? – zapytał, gdy służący przyniósł mu już filiżankę z japońskiej porcelany i postawił przed nim.

– Niewiele, panie Albinie Dux – odparł krótko.

– Wobec tego zamówię ją jutro, wyślesz list.

– Dobrze.

Albin Dux zauważył drgnięcie przebiegłe przez kręgosłup Piotra, co tylko utwierdziło go w jego podejrzeniach.

– Ile teraz kosztuje jeden list? – zapytał, pragnąc dotrzeć do Piotra podstępem.

– Podrożał teraz, zwłaszcza polecony, panie Albinie Dux – odpowiedział niechętnie, wymijająco.

– A cena?

– Nie pamiętam.

– To dowiedz się, proszę – Albin Dux postanowił nie ustąpić Piotrowi.

Jego nieśmiałość burzyła się przed takim postawieniem sprawy, ale poczuł nagle, że i do niego może dotrzeć ten dziw, który zmienił jego służącego nie do poznania. Nawet wojna nie wzbudziła w nim takiego przestrachu.

– Możesz już odejść, Piotrze, dziś nie będę cię już potrzebował – uśmiechnął się do niego pojednawczo. – Tylko pamiętaj proszę o tej cenie. Dużo koresponduję.

– Dobrze – skłonił się Piotr. – Życzę panu przyjemnego wieczoru.

Wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi.

Wojna od początku ukazała się im w rozmowach służących, którzy nie kryli jej przed swymi pracodawcami, a w pewnym momencie próbowali nawet skłonić ich do ucieczki gorączkowymi słowy. Pani Dux położyła w końcu temu kres, zabraniając mówić o tym w ich obecności, żywioł owych rozmów spłynął więc do kuchni i spiżarni, w których huczało jak w ulu, a Albin Dux niejednokrotnie przykładał ucho do kuchennych drzwi i w ten sposób dowiadywał się o przebiegu działań na odległych frontach, choć ich koniec umknął mu jakowymś sposobem. Teraz jednak pozbawiony został takich informacji, co sprawiło, że począł się bać.

Wieczór spędził z książką, jakimś niewymagającym powieścidłem, licząc na ukojenie myśli, które i tak odrywały się od fabuły ku nieznanym zdarzeniom odległego świata. Zdenerwowany zamknął ją z hukiem, po czym poszedł do kuchni zagotować sobie mleko na wieczorne kakao. Gdy mieszał trzepaczką pienisty płyn, starał zatracić się w jego wirze, wymyślając motyw następnego utworu, lecz po najdalej dziesiątym okrążeniu znów wracał do tej jedynej myśli.

– Zasługuję na ten dom – rzekł dobitnie, prostując głowę sposobem drapieżnego ptaka.

Nazajutrz Piotr się nie pojawił. Nie pojawił się przy śniadaniu – rzecz zwykła, Albin Dux nie potrafiłby teraz o tym zapomnieć, lecz gdy w dębowej szafie zegara wybrzmiały cztery uderzenia, a służący wciąż nie przybywał, niepokój Albina Duxa zabarwił się panicznym odcieniem.

Okrążał salon zamaszystymi krokami, pochylony, wykręcał sobie nerwowo palce. Od czasu do czasu podnosił głowę, by spojrzeć na tarczę zegara, a wtedy mdłe światło padało na jego zmierzwione brwi i drgające nerwowo nozdrza. Przystanął na chwilę przy fortepianie i musnął dłonią klawiaturę – błagalny to był dotyk, łaknący pokoju duszy zesłanego przez Muzy, twórczego eskapizmu, przywrócenia życia, które wysuwało mu się z dłoni jak bezwładne ciałko barwnego ptaszka. Klawisze zbyt zimne były dla niego, parzyły wyciągnięte ufnie palce, odmawiały mu obojętnie, wzgardziły resztką jego sił.

O piątej zdesperowany Albin Dux wyciągnął brulion z numerami telefonów, wśród których znajdował się i numer do lepiej sytuowanego bliskiego sąsiada Piotra. Albin Dux nigdy pod niego nie dzwonił, nie wiedział nawet, czy ów sąsiad będzie w stanie go zrozumieć, lecz teraz nie dbał o to i drżącymi, skostniałymi palcami wykręcał zapisany ciąg cyfr. Przytknął słuchawkę do ucha i zawisł nad rzeźbionym stoliczkiem, plącząc w dłoni owinięty miękką wstążką kabel. Odpowiedziała mu wibrująca oczekiwaniem cisza. O szyby zaczęły bić strugi deszczu.

Zadzwonił jeszcze raz, by posłyszeć ten sam bezdźwięk. Wyprostował się, wciąż ze słuchawką w ręku, uczuł, że zbliża się to, od czego uciekał przez te wszystkie lata. W płucach przestało mieścić się powietrze, którego tak bardzo w tej chwili potrzebował, zaczął się dusić, a jego serce ścisnęło się boleśnie, przyprawiając Albina o zawroty głowy. Salon ruszył w tan przed jego zamglonymi oczami.

– Lekarza! – wyszeptał z trudem i osunął się na krzesło stojące przy stoliczku z telefonem.

Wykręcił numer alarmowy, łapiąc z trudem powietrze, modląc się i klnąc na przemian, wyłamując sobie palce. Telefon i tym razem nie odpowiedział.

– Nie, nie możecie! – krzyknął i wstał w przypływie sił.

Duszności sprawiły, że czuł się w salonie jak w zamkniętej trumnie, więc wybiegł na dwór, zataczając się z bólu, schylając głowę pod naporem wiatru, dławiąc się łzami, które nikły wśród igieł jesiennego deszczu. Kuśtykał ku bramie, przerażony swym stanem, osaczony niemocą, ślizgał się po kamiennych płytach ścieżki, upadał i podnosił się z wysiłkiem, który po wielokroć przekraczał jego siły.

– Dojść do miasteczka, tylko dojść do miasteczka – szeptał gorączkowo, walcząc z wodą zalewającą mu usta.

Otwarcie kutych odrzwi wyczerpało go tak, że przez chwilę zawisł na secesyjnej konstrukcji, kurczowo trzymając się zimnych prętów. Wtedy do jego zamroczonego umysłu przebiła się iskra świadomości.

– Samochód – rzekł wolno, głoska po głosce. – Muszę… spróbować.

Cofnął się ku starej wozowni, w której – po rzadkich przejażdżkach – stawiano stary, do ojca jeszcze należący, samochód. Z trudem wspiął się na siedzenie i zapalił silnik, próbując przypomnieć sobie sekwencję ruchów wożącego go zawsze szofera.

– Tu… i tu… tak, to… Tak, tak!

Wehikuł wytoczył się powoli przed wozownię, a Albin Dux nacisnął pedał gazu, oddając swój los szczęściu i stalowej maszynie. Silnik zawył i samochód potoczył się w dół wzgórza, ku miasteczku, ku ludziom.

– Błagam, błagam, niech ktoś tam będzie, Boże, błagam!

Tak szlochał Albin Dux, tak wołał ze swych lat samotności, tak prosił o ratunek tego, kto obcy był mu, kto oglądał jego szlachetne potępienie, kto rozdzielić umiał każdy dzień jego samotności na tony twórczości wzniosłej i akordy ciszy, na szesnastki szczęścia i półnuty smutku. Na pasaże strachu przed spojrzeniem drugiego człowieka. Modlił się pierwszy raz w swym życiu, jechał błotnistą drogą odkupienia, przyjmując chrzest ponowny ze swych łez, deszczu i skruchy, mówił do siebie, dysząc i śmiejąc się jednocześnie, głos człowieczy, głos własny hołubiąc w nieludzkiej kakofonii żywiołu. Chciał uciec, uciec w tłum, w ciżbę, jednym z wielu się stać, pieśń radosną śpiewać, nie dusić się więcej w czterech ścianach swej wspaniałej klatki, sercem własnym objąć drugie istnienie, poczuć jak szczęśliwość w tętnicach tętni, jak rozlewa się ambrozja w kielichy wesela.

Przez zasłony deszczu przebiła się wieża kościelna, a po bokach drogi pojawiły się pierwsze domostwa. Albin Dux zwolnił i zaczął rozglądać się z uwagą tak napiętą, jak podczas pierwszej przejażdżki dziecinnej. Domy, pochylone mocniej jeszcze ku drodze niż we wspomnieniach, ślepe były, w ich oczach nie płonęły światła.

– Ludzie! Ludzie! Pomocy! – zakrzyknął słabo przez uchylone okienko. – Ja błagam, pomóżcie mi! Ja nie chciałem… Błagam, ja się… Ja będę…

W desperacji nacisnął klakson, którego wycie przebiegło przez opustoszałe uliczki, wzbudzane raz po raz rozpaczliwymi uderzeniami dłoni.

– Pomocy! – krzyknął i otworzywszy drzwi, wypadł z samochodu w gęstniejące z zimna błoto.

Próbował się podnieść, wpadał na powrót, czołgał się, a ciężar nasiąkłej marynarki ciągnął go w dół.

Nagle jego ręka natrafiła na miękki przedmiot. Wiedziony impulsem, schwycił go i przybliżył do oczu. Był to kawałek tkaniny z dwiema wstążkami przyszytymi po obu stronach, który przypominał mu to, co personel szpitalny zwykł nosić dla ochrony na twarzy. Podparł się obiema rękami i podniósł ciało, chwiejąc się na nogach. Stanął oparty o zanurzony w błocie samochód i uniósł znużone powieki.

Wokół niego leżały dziesiątki porzuconych maseczek, rękawiczek i chustek. Postąpił kilka kroków, by w świetle reflektorów dostrzec kolejne zwały śmieci kłębiących się na ulicy.

– Nie, to nie może… – szepnął i przetarł brudną twarz równie ubłoconą dłonią, by odegnać przywidzenie. – Nie, to przecież… Hop, hop! – krzyknął i natychmiast przestraszył się paniki grającej w swym głosie. – Niech ktoś przyjdzie, hej, ja tu jestem, Albin Dux tu jest… Niech ktoś wyjdzie, jestem niegroźny… Błagam, wyjdźcie, błagam was – pękła w nim ostatnia struna. – Bracia moi, bracia, ja do was… Ja do was! – wołał, przedzierając się przez wodę i kałuże błota, krwawiąc z ramienia skaleczonego przy upadku.

Dotarł do pierwszych drzwi. Załomotał w nie z ostatkiem zebranych sił, krzycząc i zachłystując się powietrzem. Drzwi były otwarte. Wszedł przez nie i zapalił światło. Stanął w pustym przedpokoju, pozbawionym ubrań i butów. Jedynie wieszak szydził w kącie z Albina Duxa, który powoli, trzymając się ściany, podążał ku salonowi, jęcząc mimo woli z bólu. Zapalił światło.

Na nagim łóżku majaczył podłużny kształt o miękkiej, zakrzywionej linii, przykryty białym prześcieradłem.

– To była…

Gdy po chwili wróciła mu przytomność, leżał na podłodze pod ścianą. Podniósł się i jego wzrok padł na stojące w kącie drewniane, rozeschłe pianino. Podszedł ku niemu, starając się omijać wzrokiem łóżko. Na pudle stała oprawiona w ramkę fotografia. Albin Dux wziął ją w swe błękitno żyłkowane dłonie, między te smukłe palce chwytające dźwięki. Spojrzał zmarłej w oczy.

Obok fotografii leżała partytura. Nie chciał jej dotknąć, wystarczył mu tytuł, znał ją bólem duszy, z którym wyrwała się lata temu, uchodząc z umysłu udręczonego samotnością.

Usiadł przy starym pianinie i począł grać. Było to requiem dla umarłego miasta.