Kiedy praca staje się bogiem. O workismie i kulturze harowania.
Elle Mills spełniła marzenie i została topową YouTuberką, ale na szczycie wyznała, że jest „cholernie nieszczęśliwa”. Jej historia skłania do refleksji: co ma być celem pracy — kasa, pasja, sens, czy może wszystko naraz?
Elle Mills i cena spełnionego marzenia
Elle Mills zawsze chciała być YouTuberką. Zaczęła publikować filmy, mając zaledwie 14 lat. Jej treści były autentyczne, kreatywne i emocjonalne, a kanał ElleOfTheMills szybko rósł w siłę. W szczytowym momencie zgromadził ponad półtora miliona subskrybentów. Rekord popularności padł, gdy Elle publicznie wyjawiła swoją biseksualność.
Dla Elle pasja stała się jej pracą, a praca – tożsamością. Aż pewnego dnia opublikowała wideo, w którym zwykle radosna nastolatka wykrzyczała:
„To jest to, czego zawsze chciałam, to dlaczego, do cholery, jestem tak cholernie nieszczęśliwa?”
(Mam nadzieję, że mi wybaczycie, iż dla potrzeb tego artykułu popularne angielskie słowo zaczynające się na „f” przetłumaczyłem jako „do cholery”; w opcjach mam, że mogą tego słuchać dzieci).
Nie o wierność tłumaczenia jednak chodzi, ale o coś znacznie więcej: o odpowiedź na pytanie, czy powinniśmy nastawiać się na to, że praca ma być czymś więcej niż tylko źródłem dochodu? Czy powinna dawać coś więcej – cel, sens, znaczenie?
Workism – kiedy praca przejmuje ster
Zastanówmy się: kogo w pracy najczęściej się chwali? Tego, kto zawalił noc, by skończyć projekt? Czy tego, kto pracuje solidnie, ale kończy o 16:00?
Psychologia ma na to zjawisko nazwę. Derek Thompson na łamach The Atlantic określił je jako workism. To słowo trudno przetłumaczyć, ale jego sens sprowadza się do oddawania czci pracy. Stajemy się workistą w momencie, w którym praca przesiada się z tylnego siedzenia na fotel kierowcy i zaczyna kierować naszym życiem, staje się głównym źródłem tożsamości, a osiągnięcia zawodowe – najważniejszą miarą naszej wartości.
Wielu ludzi szuka dziś w pracy tego, czego dawniej szukano w religii: znaczenia, wspólnoty, spełnienia, poczucia misji. Dlatego Thompson twierdzi, że dla wielu praca stała się… bogiem.
W tym miejscu dwie ważne uwagi:
Po pierwsze: workism nie oznacza, że rezygnujemy z innych elementów naszej tożsamości – nawet w życiu pracoholika-ergomaniaka istnieją inne wymiary życia: rodzina, przyjaciele, społeczność. Chodzi o to, że w tym przypadku praca dominuje nad wszystkimi. Gdy trzeba wybierać: czas z dzieckiem a praca, dziecko zawsze dostanie szansę na to, by wykazać się kreatywnością w samodzielnym radzeniu sobie z nudą.
Po drugie: to, że praca jest dla nas ważna, nie czyni nas workistami. Można czerpać z niej sens i tożsamość, a mimo to prowadzić zrównoważone życie.
Dlaczego bogaci pracują dziś więcej niż kiedyś?
W Stanach Zjednoczonych workism zaczął się wśród elit. Standardowym tekstem wygłaszanym na wykładach inauguracyjnych w gmachach uniwersytetów było emfatyczne zawołanie o znajdowaniu swojego przeznaczenia. Młodym ludziom powtarzano, by „podążali za pasją” i „robili to, co kochają”. W oglądanych miliony razy wykładach Steve Jobs, Ellen DeGeneres i inni kaznodzieje nowej etyki pracy stworzyli narrację, w której praca miała być nie tylko zajęciem, ale powołaniem.
Wielu uwierzyło. Dziś najlepiej zarabiający pracują więcej niż przedstawiciele klas średnich i niższych.
Powody?
• Czysta ekonomia: każda godzina wolnego to realna strata potencjalnych zarobków. Koszt relaksu to więcej niż cena drinka nad basenem – to też korzyści, które moglibyśmy osiągnąć, pracując.
• Rywalizacja: żyjemy w świecie „zwycięzca bierze wszystko”, w którym niewielka przewaga na mecie może oznaczać potężną różnicę w zarobkach, sławie, możliwościach kariery.
• Charakter pracy: elity wykonują zadania dające większą kontrolę i satysfakcję.
Wszystko to sprawia, że obserwujemy odwrócenie historycznego trendu: kiedyś bogactwo oznaczało mniej pracy. Dziś – więcej.
Presja, która sączy się z każdego ekranu
Zmiana wśród elit szybko przeniknęła do kultury masowej. W komentarzach pod filmem o Elle Mills można przeczytać:
„Praca jest bardziej czasochłonna, a pracodawcy oczekują dostępności przez całą dobę, więc ludzi nie mają wyboru i muszą szukać sensu w swojej pracy. To nie jest uwielbienie pracy, to akceptacja, że nigdy nie będziesz mieć czasu na nic innego.” (@yesimemoin0935)
Do tego dochodzi presja mediów społecznościowych. Hashtagi #hustle, #hustlelife, #hustlehard tworzą cyfrową kulturę harowania i osiągnięć. Widać to świetnie na koniec roku. W socialach, które zawsze były ołtarzem, na którym nieobecnym bogom oddaje się cześć, błagając o przychylność i docenienie, pod koniec grudnia następuje kumulacja zwierzeń. Przesilenie ego. Żniwa chwały.
Na LinkedInie rusza coroczny festiwal samozachwytu: podsumowania, podkreślanie osiągnieć, deklaracje dumy. Platforma gęstnieje od opisów, w których ostatni rok był: „intensywny”, „przełomowy”, „wyjątkowy”. Autorzy sapią, jak po maratonie: „Nauczyłem się wychodzić ze strefy komfortu”, „Ostatni rok nauczył mnie więcej, niż się spodziewałem”, „Udało mi się”, „Zrealizowaliśmy”. A potem wjeżdżają buńczuczne zapowiedzi: „z niecierpliwością czekam na to, co przyniesie 2026”, „Już pracuję nad kilkoma ekscytującymi projektami”, „w nowy rok wchodzę z energią i planami”.
I niby fajnie, że ludziom się wiedzie, tylko dlaczego za każdym takim postem stoi delikatny przytyk, kwestionujące twoją wartość pytanie:
A ty? co zrobiłeś w tym roku, żeby zasłużyć na istnienie?
Wyznawcy hustle nieprzerwanie uświadamiają nam, jak dużo sami osiągnęli i jak mizerne są rezultaty naszych własnych wysiłków. No bo fakt, że w mijającym roku może nie zrobiłem za wiele, ale przynajmniej nie kupiłem Labubu, nie wystarczy do tego by poczuć się dobrze.
Co ciekawe, nikt nie chwali się, że w tym roku po prostu… odpoczął.
Nikt nie napisze:
„2025 był rokiem, w którym wreszcie spałem osiem godzin dziennie i wyszedłem na spacer bez podcastu o produktywności”.
Albo:
„Zwolniłem tempo. Poczułem spokój. Odkryłem, że moje życie nie jest mapą celów”.
Nie, to się nie klika. Gorzej — wygląda podejrzanie, jakbyśmy składali ofiary z krowy w świątyni bogini Parvati.
Elle Mills też była hustle-pozytywna. Publikowała regularnie, bo wiedziała, że każdy film to nowi subskrybenci. Gdy liczby rosły, celem stało się utrzymanie tempa. A tego nie da się robić w nieskończoność.
No ale:
Czy workism jest naprawdę zły?
Można spojrzeć na to filozoficznie. Jeśli jesteś hedonistą i praca daje ci przyjemność – dlaczego nie pracować? A jeżeli wolisz pracować niż odpoczywać to workism jest tylko wyrazem twoich preferencji. W takim ujęciu workism nie wydaje się być niczym złym. A równowaga – bądźmy szczerzy – bywa przeceniana. Nie każdy musi do niej dążyć. Matka Teresa, Maria Skłodowska-Curie czy Justyna Kowalczyk nie są znane z „balansu”; a dokonały rzeczy niezwykłych.
Tyle, że dla większości z nas praca za sterami oznacza:
• długie godziny w biurze,
• gloryfikację bycia zajętym,
• oczekiwanie, że kariera da nam pełnię szczęścia.
To budzi wątpliwości. W ten sposób pisał o tym Thompson. Autor łączył workism ze wzrostem lęku, depresji i wypalenia, zwłaszcza wśród młodych specjalistów. Sugerują to też badania dotyczące skutków stawiania pracy w centrum naszego życia. Okazuje się, że nadmierne zaangażowanie wypiera relacje, odpoczynek i życie rodzinne.
Trzeba jednak uczciwie dodać: nie ma twardych naukowych dowodów, że workism bezpośrednio wywołuje te problemy. Związek jest obserwowany, ale nie udowodniony.
Lekcja od Elle Mills: praca nie może być wszystkim
Historia Elle Mills to w gruncie rzeczy proste przypomnienie, że można osiągnąć wszystko, czego się pragnęło – popularność, sukces, wpływ – i odkryć, że to nie czyni nas szczęśliwymi. Jej krzyk do kamery był nie tylko wyrazem frustracji, lecz także ostrzeżeniem: jeśli praca staje się całym naszym światem, to nawet największe osiągnięcia mogą okazać się puste.