Paradoks wygody. Czy żyjąc wygodnie stajemy się głupsi? (część 1)
Mamy wszystko: ciepło, wygodnie, bez wysiłku. A jednak coś jest nie tak. Czy możliwe, że im bardziej dbamy o komfort, tym mniej potrafimy myśleć, znosić trud i rozwijać się? To historia o tym, jak wygoda po cichu przejmuje kontrolę nad naszym mózgiem.
Jest rok 1893. Królowa Wiktoria pisze w swoim pamiętniku, że zabiera w podróż swoje małe łóżeczko. Brzmi słodko, przynajmniej do momentu, gdy nie uświadomimy sobie, że to „małe łóżeczko” to w rzeczywistości gigantyczne mahoniowe łoże. Każdego lata taszczono je na wybrzeże Kentu, by monarchini czuła się jak w domu. Fanaberia? Kaprys? A może wczesny przykład zjawiska, które dziś dotyczy niemal każdego z nas — pełzającej wygody, tego cichego uzależnienia od komfortu, które niepostrzeżenie, ale konsekwentnie wślizguje się w nasze życie.
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w ogóle człowiek tak bardzo pragnie wygody? Jakie mechanizmy w mózgu za tym stoją? Dla mnie to ciekawe pytania, Ale jeszcze ciekawsze jest inne: czy w pogoni za wygodą nie tracimy czegoś ważnego — czegoś, co kiedyś było dla człowieka naturalne?
Zacznijmy od przykładów podnoszących brew. Krążą plotki, że kiedy król Arabii Saudyjskiej miał się zatrzymać w hotelu na Malediwach, jego świta zażądała przemalowania całego obiektu, zamontowania złotych poręczy i- tak, to nie żart - wybudowania na miejscu w pełni wyposażonego szpitala. A najlepsze w tej historii jest to, że król ostatecznie i tak tam się nie pojawił. Przytaczam przykład Salmana jednak nie po to, by drwić z ekstrawagancji petrodolarów, ale by pokazać, na czym polega wygoda; na poczuciu pełnej kontroli nad otoczeniem. Ma być tak, jak ja chcę. Nie gorzej, nie trudniej, nie inaczej.
Podobne historie opowiada się w londyńskich hotelach: goście z Bliskiego Wschodu wynajmują całe piętra, przywożą własne meble, a nawet kozy, które osobisty rzeźnik ubija na miejscu, by mięso było świeże i halal. Wygoda w najczystszej postaci. Ale dlaczego to dla nas takie ważne?
Przetrwanie i oszczędzanie energii
Zacznijmy od tego, że nieprawdziwe jest twierdzenie, iż to świat, który nas otacza, jakoś szczególnie skłania nas do poszukiwania wygody. Nie! Prawda jest taka, że już dawno zostaliśmy zaprogramowani na to, by jej szukać. W czasie, gdy moment i objętość następnego posiłku były kwestią otwartą, a polowaniu towarzyszyło ryzyko pozostawienia dłoni w paszczy drapieżnika, oszczędzanie energii miało głęboki sens biologiczny. Życie wygodne oznaczało, że nie tylko zaoszczędziliśmy energię, ale też nie naraziliśmy się na utratę kończyny górnej.
Dopamina: przycisk „easy” w głowie
Wyobraź sobie, że w każdej sytuacji możesz nacisnąć przycisk „easy”. Bez wysiłku, bez frustracji, bez czekania. Tak działa nasz mózg — to maszyna do wyszukiwania skrótów. Nowoczesne udogodnienia tylko tę maszynę karmią. Jedzenie na dowóz, seriale dostępne od razu, media społecznościowe, wakacje all inclusive — wszystko to wywołuje szybkie wyrzuty dopaminy. Mózg uczy się, że komfort jest tani, łatwy i natychmiastowy. A skoro tak, to po co się męczyć?
Komfort jak ukojenie
Nie możemy funkcjonować w stanie ciągłego napięcia emocjonalnego. Tak jak nie da się chodzić z wiecznie napiętą łydką, tak nie da się funkcjonować z ciągle napiętym układem nerwowym. Potrzebujemy ukojenia, spokoju, odpoczynku i to z tym wygoda kojarzy się naszemu mózgowi. To stan wolny od ograniczeń, lęku i bólu.
Widać to choćby w wyszukiwarkach zdjęć. Wrzuć angielskie słowo „comfort”, a pojawią się miękkie kanapy, ludzie i zwierzęta owinięte miękkim kocykiem, ale też ciepłe światło, beże, brązy, insta-życie, gdy nikt nic od nas nie chce. A co zobaczymy po wpisaniu „discomfort”? Głównie twarze wykrzywione grymasem, gesty świadczące o napięciu i zmęczeniu, skrzyżowane ramiona, pot, ból, stres, szpital. Porównanie wyraźnie pokazuje, że komfort i dyskomfort nie są dla mózgu neutralne; uczymy się rozróżniać, co jest normalne, a co problematyczne. Komfort i wygoda to nagroda, cel domyślny; dyskomfort to błąd w matrixie, który trzeba naprawić lub ominąć. Więc gdy stajemy przed wyborem „wysiłek czy kanapa”, mebel jest opcją domyślną.

Maslow i codzienna logistyka życia
Innym powodem tego, że szukamy w pierwszej kolejności wygody, jest hierarchia naszych potrzeb. Wszyscy na pewno znacie model Abrahama Maslowa. Maslow zauważył, że człowiek owszem, bywa ambitny — tyle że po obiedzie. Zanim zabierzemy się za samorealizację i szukanie odpowiedzi o sens, najpierw musimy mieć ciepło stopy i żarcie w lodówce. Gdy ociera nas but, nie działa ogrzewanie albo boimy się kolesia spod czwórki, trudno skierować uwagę ku wzniosłym rozważaniom na temat celu życia. Z definicji nie jesteśmy ascetami cierpliwie znoszącymi albo wręcz intencjonalnie szukającymi trudności. Komfort stanowi więc pakiet startowy — minimum. Problem pojawia się wtedy, gdy na tym kończymy, gdy nalejemy paliwa do baku tylko po to, by stojąc na parkingu siedzieć w miłym, wygodnym i ciepłym wnętrzu samochodu.
Inflacja oczekiwań
Na koniec opisywania mechanizmów napędzających nas do poszukiwania wygody jest jeszcze jeden, o którym koniecznie trzeba wspomnieć — tzw. „inflacja komfortu”. Obowiązuje tu zasada: raz osiągnięty poziom wygody staje się normą.
Dam Wam przykład. Dziś nikt nawet nie myśli, jak wygodne jest wejść do domu i nacisnąć włącznik światła. Prąd w gniazdku? Oczywistość. Choć jeszcze sto lat temu był luksusem dostępnym dla nielicznych. W 1918 roku pracownik fizyczny mógł za swoją pensję kupić zaledwie 50 kWh energii a w 1939 roku elektryczność docierała do 3% polskich wsi. W 1932 roku dziennikarz gazety „Dobry Wieczór! i Kurjer Czerwony” pisał:
„Dojeżdżamy do Warszawy. W wielu oknach podmiejskich domostw chorowicie — blado połyskiwało światło naftowych lampek. Tylko gdzieniegdzie elektryczność”.
Dziś nawet nie zauważamy, że światło zapala się jednym kliknięciem.
Tak samo jest z materacami, fotelami czy ogrzewaną kierownicą — do lepszego przywykamy błyskawicznie, jakby zawsze nam się należało. Znacznie trudniej zaakceptować krok wstecz, kiedy standard nagle spada. Każdy to zna: luksus staje się normą w kilka dni, a jego utrata potrafi zaboleć jak realna strata.
Koniec części I