JOMO. Dlaczego coraz bardziej cieszy mnie to, że coś mnie omija?
Przez lata uczono nas, że dobre życie polega na maksymalnym wykorzystaniu możliwości. Tymczasem coraz bardziej przekonuję się, że źródłem spokoju może być coś dokładnie odwrotnego – radość z odpuszczania.
Pusty kalendarz
Coraz częściej łapię się na tym, że chciałbym po prostu … nic nie musieć. Zapomnieć o kalendarzu, wyłączyć powiadomienia, przez chwilę, raczej dłuższą niż krótszą, wyprząc się z kieratu codzienności. I to nie jest tak, że nie lubię tego co wypełnia mój czas. Lubię. Po prostu tęsknię za brakiem: planu, schematu, ustalonych terminów, tego na już i tego na jutro.
Żyjemy zachęcani do działania, do niemarnowania czasu, do bycia zajętym. Do robienia rzeczy, które – powiedzmy sobie szczerze – są ważne, rozwijające, potrzebne w drodze do jakiegoś celu a czasami nawet dobre. Zmotywowani i zajęci wpadamy w pułapkę niedoczasu. I wtedy pojawiają się marzenia o funkcjonowaniu bez terminarza, o luksusie niezaplanowania. Nie chodzi o lenistwo czy skrolowanie social mediów ale o moment, gdy nigdzie nie trzeba być o czternastej, dostarczyć raport czy odhaczyć coś na liście zadań.
Lubię swoje życie. Sądzę, że wiem co dla mnie naprawdę ważne i co daje mi satysfakcję. A jednak wciąż, wcale nierzadko, jestem bardziej zajęty niż bym chciał. Ochoczo i dobrowolnie wpadam w pułapkę ciągłego działania; planowania kolejnych projektów, pisania, występowania, recenzowania, współpracowania i żalu … za tym czego nie robię, a co jawi się jako dobre i ważne.
Syndrom Batmana: dlaczego tak trudno powiedzieć „nie”?
Dlaczego trudno nam zwolnić? Powodem może być nadmierne poczucie odpowiedzialności. Muszę, powinienem, to jest super ważne – macie tak? Ja mam. Ciągle. Tymczasem rzeczywistość zwykle jest mniej dramatyczna. Większość z nas przecenia swoją rolę, znacznie tego co robi, a tym samym niezastąpioność. Świat rzadko zatrzymuje się w zadziwieniu, gdy nie odbieramy telefonu czy odmawiamy bycia częścią kolejnego projektu. Wiemy to, no i co z tego… Ciągle próbujemy być dostępni, pomocni, na czas; gotowi by na pierwsze wezwanie ratować Gotham albo ruszyć do Mordoru.
W końcu trzeba będzie za to zapłacić. Zmęczeni i wypruci z autentyczności frustrujemy się tym, że to miało być inaczej. Odpowiedzią może być bardziej filozoficznie i duchowo: kenoza albo bardziej medialnie JOMO [wymowa „dżomo”].
Kenoza – sztuka robienia miejsca
Kenoza (od greckiego kenosis) to proces opróżniania się z tego, co nas przepełnia. Rezygnujemy z części przekonań na własny temat, z potrzeby ciągłej kontroli i z masek, które zakładamy, by wydawać się silni, kompetentni i odnoszący sukcesy. To momenty, gdy potrafimy powiedzieć: „Nie wiem”, „Nie mam siły”, „To, co robiłem przez lata, już do mnie nie pasuje”.
Czasami taka zmiana jest naszym wyborem. Częściej jednak przynoszą ją wydarzenia życiowe: utrata pracy, choroba, starzenie się czy żałoba. Choć bywają bolesne, mogą też otwierać przestrzeń na nowy sposób życia. Najgłębsze przemiany często zaczynają się wtedy, gdy tracimy część tego, na czym dotąd budowaliśmy swoją tożsamość.
Problem w tym, że wielu z nas panicznie boi się pustki. Gdy pojawia się wolny czas, samotność lub nuda, natychmiast próbujemy je czymś wypełnić. Kolejnym zadaniem. Kolejnym serialem. Kolejnym powiadomieniem. Kenoza proponuje coś odwrotnego — zgodę na pustą przestrzeń. Dopiero gdy opróżnimy naczynie, może pojawić się w nim coś nowego.
JOMO: radość z tego, że coś nas ominęło
I właśnie tutaj pojawia się JOMO, czyli Joy of Missing Out czyli radość z odpuszczania.
JOMO nie oznacza ucieczki od świata ani rezygnacji z ambicji. Nie chodzi o to, żeby rzucić pracę, wyprowadzić się do chatki w Bieszczadach i hodować kozy. Chodzi raczej o odzyskanie prawa do niewybierania. Do powiedzenia „nie” bez poczucia winy. Do pozostawienia części wiadomości bez natychmiastowej odpowiedzi, części zaproszeń bez akceptacji i części możliwości bez wykorzystania.
Jeśli kenozapolega na robieniu miejsca, to JOMO jest umiejętnością cieszenia się przestrzenią, która dzięki temu powstała. To syndrom czterdziestolatka, która cieszy się, że nie ma planów na weekend. To zgoda na to, że nie musimy uczestniczyć we wszystkim, wiedzieć wszystkiego i być wszędzie. Co więcej, nieobecność bywa czasem bardziej wartościowa niż obecność.
Paradoks polega na tym, że wielu z nas marzy o większym spokoju, a jednocześnie panicznie boi się go, gdy już się pojawi. Wolny wieczór szybko wypełniamy kolejnym zadaniem. Puste miejsce w kalendarzu traktujemy jak błąd systemu, który trzeba natychmiast naprawić. Tymczasem JOMO zachęca do czegoś odwrotnego: by nie traktować każdej niewykorzystanej okazji jako straty.
Zauważmy: JOMO samo w sobie jest paradoksem; to radość z tego, że coś nas ominęło. Zwykle jest przecież odwrotnie, cieszymy się, że coś się udało, przebiegło tak jak sobie zaplanowaliśmy albo lepiej. A tymczasem w JOMO chodzi o brak, o niewystępowanie, o wolny piątkowy wieczór a nie imprezę u znajomych, o popołudnie z książką pracy w dynamicznym zespole nad zmieniającym świat projektem wartym miliony.
Dlaczego FOMO tak skutecznie psuje nam humor?
JOMO to pod wieloma względami jest przeciwieństwem FOMO– lęku i innych negatywnych emocji wywołanych obawą, że inni bawią się lepiej, żyją lepiej, osiągają więcej etc. Już samo to zestawienie pokazuje jak trudno jest nam radzić sobie z porównaniami społecznymi. Patrzymy na ludzi, którzy wydają się bardziej utalentowani, bardziej spełnieni, więcej podróżują, więcej trenują, po prostu są szczęśliwi. Zdarza się, że jest to dla nas motywujące. Częściej jednak, zamiast inspirować, przypominają nam o tym, czego nie mamy i kim nie jesteśmy. A wtedy łatwiej o lęk coś ważnego nas omija niż o myśl: „a może by tak wyluzować”.
JOMO zaczyna się tam, gdzie kończy się obsesja porównywania. Kiedy akceptujemy to, kim jesteśmy i co już mamy, maleje potrzeba ciągłego sprawdzania, czy gdzieś indziej nie dzieje się coś lepszego. Zamiast skupiać się na alternatywnych wersjach życia, które moglibyśmy prowadzić, zaczynamy bardziej doceniać tę, którą prowadzimy naprawdę.
Awaria Facebooka i niespodziewana lekcja szczęścia
Co ciekawe, część dowodów na korzyści płynące z JOMO pojawiła się zupełnie przypadkiem. W październiku 2021 roku Facebook, Instagram i WhatsApp przestały działać na kilka godzin. Miliardy ludzi zostały nagle odcięte od mediów społecznościowych. Badacze, którzy przyglądali się reakcjom użytkowników, odkryli coś interesującego. Owszem, wiele osób odczuwało frustrację i niepokój. Jednak część badanych zgłaszała coś zupełnie przeciwnego – ulgę. Nagle nie trzeba było nic sprawdzać, niczego śledzić i niczego porównywać. Dla niektórych była to krótka, niespodziewana lekcja JOMO.
Podobne wnioski płyną z badańnad osobami, które świadomie ograniczają korzystanie z mediów społecznościowych. Wielu uczestników opisywało takie doświadczenie jako odzyskanie kontroli nad własnym czasem i uwagą. Po odłączeniu czuli się bardziej obecni, bardziej kreatywni i bardziej skupieni na tym, co dzieje się wokół nich. Jak stwierdził jeden z uczestników badań: „Nie muszę być wszędzie, nie muszę być z każdym i nie muszę wiedzieć wszystkiego”.
Nie muszę być wszędzie
Jest jeszcze jeden ważny element. FOMO sprawia, że trudno nam odmawiać. Mówimy „tak” kolejnym zaproszeniom, aktywnościom i zobowiązaniom, bo obawiamy się, że ominie nas coś wartościowego albo, że następnym razem nas nie zaproszą. Problem polega na tym, że czas jest zasobem ograniczonym. Każde „tak” oznacza jednocześnie „nie” dla czegoś innego.
JOMO przypomina o tej prostej prawdzie. Wieczór spędzony z książką, spokojny spacer, kurs językowy, gotowanie ulubionego posiłku czy po prostu odpoczynek nie są gorsze od kolejnej imprezy, kolejnego spotkania czy kolejnych godzin spędzonych na scrollowaniu. Czasami właśnie rezygnacja z części możliwości pozwala nam pełniej przeżyć te, które naprawdę wybraliśmy.
Być może najważniejszym źródłem JOMO jest wdzięczność. Kiedy skupiamy się na tym, co już mamy, a nie na tym, czego nam brakuje, łatwiej zauważyć, że nasze życie nie wymaga ciągłych ulepszeń. Wtedy to, co nas omija, przestaje wydawać się tak cenne. A to, co jest tu i teraz, zaczyna wystarczać.
Coraz częściej nachodzi mnie myśl, że dojrzałość polega na tym, by wiedzieć, czego nie robić. JOMO nie jest więc rezygnacją z życia. To rezygnacja z iluzji, że trzeba przeżyć wszystko. A kiedy porzucimy tę iluzję, zostaje coś zaskakującego: więcej czasu, więcej spokoju i więcej życia w życiu.