Dlaczego w epoce smartfonów nudzimy się bardziej niż kiedykolwiek?
Smartfon miał być antidotum na nudę — szybkim, tanim i zawsze pod ręką. Problem w tym, że działa jak słona woda: im więcej pijesz, tym bardziej chce ci się pić.
Gorliwi prorocy wielkiej zmiany technologicznej przez jakiś czas trwali w przekonaniu, że era nudy w życiu człowieka dobiegła do końca. Najpierw przemysł rozrywki, a potem internet w połączeniu z urządzeniami mobilnymi sprawiły, że pigułki na nudę stały się dostępne bez recepty i mogły być dozowane jak miętowe Tic Taki.
Tu jednak pojawiają się naukowcy — marudy, niszczyciele dobrej zabawy, pogromcy głupawych uśmiechów z Instagrama. W kolejnych badaniach pokazują, że treści dostępne po jednym ruchu palcem, nie sprawiły, że nuda zniknęła. Gorzej. One ją przywołują i utrwalają. Dzięki nim ta potwora rozsiada się wygodnie i patrzy na nas z politowaniem:
„Wy pokraczne wymoczki z tymi waszymi smartfonami… chcecie się mnie pozbyć? Naprawdę sądzicie, że pokona mnie filmik z jednorożcem biegnącym po tęczy albo bezmózgowe indywidua liżące toalety? No błagam. To doprawdy żałosne”.
Natychmiastowa stymulacja 24/7 a wzrost znudzenia
Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do stymulacji. Oddychamy powietrzem zagęszczonym bodźcami. W ciągu kilkunastu lat przeszliśmy od czekania tydzień na następną część Niewolnicy Isaury do przycisku „kolejny odcinek”.
Paradoksalnie okazuje się, że nieograniczony dostęp do natychmiastowej rozrywki prowadzi do wzrostu… znudzenia. Liczne badania sugerują, że ludzie, szczególnie ci młodzi, częściej niż kiedyś odczuwają nudę. A wzrost widać szczególnie w ostatnich 15 latach tj. w erze smartfonów.

źródło: https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC7007872/
Schnięcie farby, czyli czym właściwie jest nuda?
Czym właściwie jest nuda? Zwykle definiuje się ją jako niemiłe doświadczenie, w którym czas zdaje się wlec w nieskończoność, a my odczuwamy niepokój i poczucie utknięcia w miejscu. Brakuje nam wyzwań, nic nas nie porusza, a sytuacja, w której się znajdujemy, wydaje się pozbawiona sensu.
Jak pisał Lew Tołstoj, nuda to „pragnienie pragnienia”. Nie chodzi więc o zwykły brak zajęcia, które moglibyśmy wykonać. Nuda sięga znacznie głębiej — jej istota kryje się w tęsknocie za czymś, co nada naszemu życiu sens i wciągnie nas w działanie, dając poczucie celu. Nie chodzi jednak o konkretny cel, lecz o sam fakt jego istnienia — chodzi o to by coś poruszyło naszą wyobraźnię i przypomniało, że życie to coś więcej niż niekontrolowane procesy fizjologiczne wykonywane przez serce, wątrobę i jelita.
Nudzimy się, gdy nie dostrzegamy niczego, co mogłoby zaangażować naszą uwagę, albo gdy to, co robimy, nie ma dla nas większego sensu. Zauważcie, że między uwagą a sensem stoi „lub”, a nie „i”. A zatem by przestać się nudzić wystarczy spełnić jeden warunek: albo zrobić coś wciągającego, albo coś naprawdę ważnego.
Dam Wam przykład.
Rozwiązywanie sudoku może nas całkowicie pochłonąć, choć nie niesie ze sobą większego znaczenia. Setne czytanie dziecku jego ulubionej książeczki o Guciu może nie wciągać tak bardzo, ale oceniamy je jako wartościowe. Kwintesencją nudy jest przyglądanie się procesowi schnięcia farby — nie stwarza poczucia sensu i, zaryzykuję, nie jest wciągające.
Zbierzmy to, co na razie mamy: nuda to brak czegoś, co nas naprawdę wciąga, i poczucie, że to, co robimy, nie ma sensu. Jeśli więc korzystanie z mediów elektronicznych nie tylko nie ogranicza nudy, ale ją wręcz wzmacnia, to smartfony, tablety, laptopy i całe to elektroniczne ustrojstwo albo sprawia, że to co robimy coraz mniej nas wciąga, albo, że czynności przez nas wykonywane tracą na znaczeniu. Naukowcy pokazują, że dzieją się obie te rzeczy.
Nuda jako motywacja do korzystania z mediów cyfrowych
Przegląd 59 badań pokazuje, że nuda idzie w parze z korzystaniem z mediów cyfrowych — ale najsilniej nie z tym zwykłym, „normalnym”, lecz z tym problematycznym. Nuda nie tyle pcha nas do internetu, co uczy nas, że internet jest najszybszym sposobem, by od niej uciec. A to lekcja, którą mózg dobrze sobie przyswaja. Stajemy się uwarunkowani. Pojawia się nuda — klik — sięgamy po telefon — klik — nuda chwilowo znika - klik. Pies Pavlova. Problem w tym, że im częściej powtarzamy ten schemat, tym trudniej radzić sobie bez niego. Media cyfrowe stają się domyślną strategią radzenia sobie z dyskomfortem — aż w pewnym momencie to one zaczynają generować kolejne porcje nudy.
Weźmy doomscrolling — wzorcowy przykład aktywności, która ma wypełniać nudę, a jednocześnie jest jej czystą esencją. Fast food dla uwagi: szybko, dużo, bez wartości odżywczych. To daje chwilowe poczucie zaangażowania. Palec pracuje, oczy się ruszają, a mózg? No właśnie. Mózg siedzi z boku i pyta: „To już? To wszystko, na co cię stać?”
Błędne koło i podnoszenie poprzeczki
To dlatego badacze coraz częściej mówią więc o cyklu nudy cyfrowej. Nuda przyciąga nas do ekranu, ekran daje chwilową ulgę, ale długofalowo podnosi próg stymulacji. Błędne koło. Im częściej sięgamy po media elektroniczne po to, by pozbyć się nudy, tym szybciej nudzimy się bez nich.
Dlatego właśnie trudniej jest nam się skupić na czymś wolniejszym, cichszym, mniej „dopaminowym”, a pójście do toalety bez smartfona jest trudne jak wyprawa Hobbita.
Poczekajcie, to jeszcze nie koniec. Do tego dochodzą inne procesy, takie jak rozpraszanie uwagi, wzrost oczekiwanego poziomu stymulacji, serwowanie bezsensownych treści i w końcu paraliż decyzyjny w połączeniu z FOMO.
Nieustanne rozpraszanie i brak prawdziwego zanurzenia
Media cyfrowe zachęcają do ciągłego przeskakiwania między aplikacjami, przewijania treści i oglądania jedynie fragmentów filmów. Skaczemy między wykładem na TED-zie, kursem szydełkowania, zagadkami logicznymi ze szkoły gdzieś w Indiach a reklamą apki do ćwiczeń na krześle. Działamy jak wiewiórka na kofeinie, przez co trudno w pełni zanurzyć się w jednej czynności. W efekcie czujemy niedosyt i szukamy dalej.
Wzrost oczekiwań wobec stymulacji
Nasz „apetyt” na zaangażowanie nieustannie rośnie. Coś, co kiedyś wciągało, dziś wydaje się nudne. Nuda nie bierze się bowiem z braku bodźców, lecz z rozdźwięku między tym, ile uwagi coś faktycznie pochłania, a ile chcielibyśmy, żeby pochłaniało. Jednocześnie ekspozycja na ekstremalne lub niezwykle dynamiczne treści sprawia, że tradycyjne, offline’owe zajęcia zaczynają wydawać się nużące i mało atrakcyjne w porównaniu z cyfrowym światem. Po tym, jak obejrzymy gościa skaczącego między dachami domów, podróżującą po świecie rudowłosą piękność albo siedemdziesięciolatka, który ukończył Ironmana, pójście na spacer czy wykonywanie codziennych zadań wydaje się… cóż, nieco nudniejsze niż zazwyczaj.
Media cyfrowe serwują informacje bez znaczenia
Kolejny problem jest sens tego, co do nas dociera. I nie, nie chodzi mi o patostreamerów – chcę wierzyć, że większość z nas ich omija. Chodzi mi o to, jak media cyfrowe podają treści. Zwykle dzieje się to w formie chaotycznej mozaiki postów, filmików i reklam, które nie tworzą spójnej całości, co osłabia poczucie sensu i w ten sposób podkręca nudę. Tymczasem, sens rodzi się z opowieści; z poczucia, że rzeczy łączą logicznie się ze sobą łączą, że tworzą wzór i dają się zrozumieć. Jednakże zamiast uporządkowanych narracji znanych z książek, gazet czy telewizji dostajemy dziś cyfrowy pasztet bez rapoholinu: post o pizzy, obok tweet o kosmosie, potem reklama materaca — i weź tu człowieku zbuduj znaczenie. Taki informacyjny chaos utrudnia nadawanie sensu doświadczeniom, a nawet krótkie eksperymenty pokazują, że im większa fragmentacja treści, tym silniejsze poczucie bezcelowości i nudy.
Paraliż decyzyjny i koszt utraconych korzyści
Jest jeszcze coś, co ekonomiści nazywają kosztem utraconych korzyści. Ogrom dostępnych możliwości cyfrowych sprawia, że wybór jednej aktywności automatycznie rodzi poczucie utraty wszystkich pozostałych. W efekcie trudno w pełni cieszyć się tym, co robimy, bo gdzieś z tyłu głowy czai się myśl, że „może coś lepszego dzieje się właśnie teraz gdzie indziej”.
Badania pokazują, że sama świadomość istnienia alternatyw zwiększa ten koszt, a gdy dodatkowo nie możemy po nie sięgnąć, pojawia się nuda. Ludzie zamknięci w pokoju pełnym atrakcji, z których nie wolno im korzystać, nudzą się bardziej niż ci siedzący w pustym pomieszczeniu.
Smartfony wyjątkowo skutecznie wzmacniają ten mechanizm. Kiedyś alternatywą dla wykonywanego zadania było co najwyżej patrzenie przez okno, błądzenie myślami czy krótka refleksja. Dziś w kieszeni mamy rozmowy, filmy, memy, podcasty i całe życie towarzyskie — dostępne natychmiast. Aktywność offline przegrywa w konkurencji z atrakcyjniejszymi cyfrowymi opcjami.
Co gorsza, urządzenia same o nich przypominają, wysyłając powiadomienia dokładnie wtedy, gdy próbujemy się skupić. W pracy, szkole czy na spotkaniach koszt „niekorzystania z telefonu” rośnie tak bardzo, że nawet sensowne zajęcia zaczynają wydawać się nużące. W efekcie media cyfrowe nie tylko oferują rozrywkę, ale skutecznie podnoszą cenę wszystkiego, co nią nie jest — a nuda pojawia się niemal automatycznie.
Media cyfrowe nie chronią przed nudą
Zamiast chronić nas przed nudą, media cyfrowe często ją napędzają — oferują zajęcie, które wypełnia czas, ale nie daje ani poczucia sensu, ani spełnienia. Można to porównać do gaszenia pragnienia słoną wodą: przez chwilę mamy wrażenie, że coś pijemy, ale w rzeczywistości tylko pogłębiamy odwodnienie i potrzebę kolejnych łyków.
Smartfony nie zabiły nudy tylko ją pogłębiły. Tak, wiem, pewnie już to wiesz. Nuda.
To może challenge: dasz radę pójść do kibelka bez telefonu?