Cena szczęścia. Wyższy dochód prowadzi do wzrostu szczęścia?
Ile trzeba zarabiać, żeby pieniądze przestały zwiększać zadowolenie z życia? Odpowiedź zależy od kraju, miasta i kosztów życia. Najnowsze wyliczenia podają bardzo konkretne kwoty, ale warto pamiętać, że szczęście nie ma jednego cennika. Bardzo konkretną cenę może mieć natomiast brak pieniędzy.
Wielki Mur Chiński to jedyna budowla stworzona przez człowieka widoczna z kosmosu. Kameleon zmienia kolor po to by stopić się z otoczeniem. Lemingi rzucają się z klifu by popełnić zbiorowe samobójstwo. Guma do żucia jest trawiona w żołądku przez 7 lat. Wikingowie nosili rogate hełmy a my wykorzystujemy zaledwie 10% możliwości naszego mózgu. Żadne z tych przekonań nie jest prawdziwe ale wielu z nas w to wierzy.
Możliwe, że takim samym przekonaniem okaże się teza o nasyceniu, sprowadzająca się do stwierdzenia, że wzrost dochodów zwiększa szczęście, ale tylko do pewnego momentu. W przeciwieństwie do ślepych nietoperzy i rogatych wikingów, ta teza ma silne podstawy naukowe od paradoksu Easterlina, po prace laureatów ekonomicznego Nobla Daniela Kahnemana i Angusa Deatona. Idea zawarta w pismach tych autorów jest prosta i dobrze udokumentowana: wraz ze wzrostem dochodu szczęście rośnie ale tylko do pewnego momentu, po którym pojawia się wypłaszczenie; dalsze zwiększanie dochodu nie przekłada się na poziom szczęścia. To twierdzenie bywa krytykowane i podważane, ale do mnie przemawia. Gdyby było inaczej najbogatsi ludzie na świecie wg Forbesa Elon Musk czy Larry Page musieliby codziennie żyć w stanie po LSD bez LSD.
Załóżmy więc, że tak jest, że istnieje punkt nasycenia po osiągnięciu, którego podwyżka zarobków nie prowadzi do zwiększenia szczęścia. Co wtedy? Wtedy, naturalnym odruchem powinno być zadanie pytania: ile to jest? Ile muszę zarabiać by w pełni wykorzystać potencjał, jaki we wpływaniu na moje szczęście mają pieniądze? A kiedy zaczniemy się nad tym zastanawiać, wykorzystamy nasze mityczne 10% możliwości mózgu, to już za chwilę pojawi się pewnie uzasadniona wątpliwość: ale czy suma, którą uzyskamy będzie taka sama w różnych krajach? No bo czy mieszkaniec Wółki Wielkiej musi zarabiać tyle samo co Nowojorczyk albo Paryżanin.
Ile kosztuje szczęście? Globalny ranking nasycenia
Na szczęście dla nas; są na świecie ludzie, którzy postanowili wykonać robotę analityczną. W sieci pojawił się globalny raport na temat ceny szczęścia. Przenalizowano dane dla 123 krajów. No i już wiemy. To znaczy ja wiem. Wy jeszcze nie, ale za chwilę się dowiecie. Zanim to jednak nastąpi; spróbujcie sobie odpowiedzieć na pytanie: jak sądzicie w jakim kraju cena pełnego wykorzystania szczęścio-twórczego potencjału dochodu jest najwyższa? Mówiąc inaczej: w jakim kraju punkt nasycenia dochodem jest najwyżej? Gdzie trzeba zarabiać najwięcej by w pełni być zadowolonym ze swojego życia?

Okazuje się, że szczęście jest najdroższe w Islandii. Żeby w pełni korzystać z możliwości jakie w kreowaniu satysfakcji z życia daje dochód, Islandczyk musi zarabiać nieco ponad 163 i pół tysiąca dolarów rocznie. Nie wiem ilu osobom to się udaje, ale Islandczycy wiedzą jak być szczęśliwym narodem – w World Happiness Report (2026) byli na drugim miejscu na świecie. (Trochę mi się to kłóci z faktem, że jednocześnie są 1 miejscu na świecie wśród krajów dla których mamy dane na temat konsumpcji antydepresantów ale to już inny wątek).
W piątce krajów, w których szczęście jest najdroższe są jeszcze:
- Australia (161,3 tysiąca dolarów)
- Szwajcaria (154,5 tysiąca dolarów)
- Nowa Zelandia (137,3 tysiąca dolarów)
- USA (blisko 135 tysięcy dolarów)
A w Polsce? Cóż, wystarczy przekroczyć drugi próg podatkowy – obliczenia wskazują bowiem na 32 tysiące dolarów rocznie. Najtaniej szczęście można osiągnąć w Etiopii – wystarczy nieco ponad 10 tysięcy dolarów.
Cena a realne możliwości, czyli Polska na tle innych państw
Nie znaczy to jednak, że mieszkańcom Etiopii łatwiej zostać szczęśliwymi. Żeby mówić o szansach na szczęście trzeba jeszcze porównać punkty nasycenia z dochodami uzyskiwanymi w danym kraju. Może się przecież okazać, że ktoś mieszka w kraju, gdzie cena szczęścia jest wysoka, ale dochody ludności pozwalają na to by ją zapłacić; i może być tak, że w kraju gdzie cena jest niska, zarobki też są niskie, a w efekcie osiągnięcie progu nasycenia jest niemożliwe.
We wspomnianej Etiopii średnie roczne dochody są wielokrotnie niższe od wyliczonego progu. Niska „cena szczęścia” może więc pozostawać równie nieosiągalna jak mieszkanie z widokiem na Central Park.
Dlatego bardzo interesujące jest zestawienie dwóch wartości: progu nasycenia i średniego dochodu. W tym ujęciu szczególnie dobrze wypada Słowenia. To jedyny z pośród 123 krajów, w którym przeciętne wynagrodzenie przekracza wyliczony punkt nasycenia dochodem. Polska także znalazła się wysoko: przeciętna płaca ma odpowiadać około 74,5% „ceny szczęścia”. Nie jest źle. Choć przyznajmy, że informacja, iż do szczęścia brakuje nam średnio jednej czwartej wynagrodzenia, niekoniecznie poprawia nastrój. Nie zmienia to faktu, że wiedzie się nam lepiej niż uznawanym za bardzo bogatych Norwegom, Szwedom i Niemcom.

Szczęście drożeje wraz z adresem
Autorzy raportu pokazują również, że szczęście drożeje wraz z adresem. Nie tylko kraje różnią się między sobą, ale też miejscówki wewnątrz krajów.
| Miasto | Roczny koszt nasycenia |
| Nowy Jork | niemal 196 000 USD |
| Sydney | ponad 255 000 AUD |
| Londyn | ponad 116 000 GBP |
| Madryt | niemal 90 000 EUR |
Wniosek wydaje się prosty: im wyższe koszty życia, tym więcej pieniędzy potrzeba, aby dochód dawał poczucie bezpieczeństwa, swobody i kontroli.
Pieniądze nie kupują radości, lecz usuwają cierpienie
I tu pojawia się najważniejsza rzecz. Te wyniki, choć można mieć do nich wiele zastrzeżeń, sugerują, że pieniądze nie kupują szczęścia tak, jak kupuje się kawę, samochód czy bilet do teatru. One przede wszystkim pozwalają usuwać źródła nieszczęścia.
Dochód pomaga opłacić mieszkanie, leczenie, odpoczynek i edukację dzieci. Daje możliwość odmówienia pracy, która niszczy zdrowie. Pozwala naprawić samochód bez pożyczania od rodziny. Chroni przed lękiem, że jedna awaria, choroba albo utrata zatrudnienia rozsypie całe życie. Nie musi dostarczać euforii. Czasami wystarczy, że przestaje boleć.
Dlatego zależność między pieniędzmi a dobrostanem jest najsilniejsza tam, gdzie dodatkowy dochód oznacza przejście od „nie wystarcza” do „wystarcza”. Sto złotych ma inną wartość dla osoby, która zastanawia się, z czego zapłaci rachunek, niż dla kogoś, kto wybiera między dwoma hotelami na weekend.
Pułapka statystyki i adaptacja do luksusu
Czy zatem po przekroczeniu określonego dochodu pieniądze przestają mieć znaczenie? Niekoniecznie. Sam raport opiera się na kilku odważnych przeliczeniach. Wyniki wcześniejszego badania, wyznaczone dla regionów świata, zostały dostosowane do siły nabywczej, inflacji i kosztów życia. W przypadku miast użyto dodatkowo danych z indeksu Numbeo. Powstały bardzo precyzyjne liczby, ale ta precyzja może być zwodnicza.
Co więcej, badania porównują różne grupy ludzi. Nie pokazują wprost, co stanie się ze szczęściem konkretnej osoby, gdy dostanie podwyżkę. Bogatsi i biedniejsi różnią się przecież nie tylko dochodem, ale też zdrowiem, wykształceniem, miejscem zamieszkania, bezpieczeństwem pracy czy relacjami społecznymi.
Jest jeszcze adaptacja. Nowy poziom życia szybko staje się normą. Większe mieszkanie, lepszy samochód i wyższa pensja po pewnym czasie przestają zachwycać. Zaczynamy porównywać się z ludźmi, którzy mają jeszcze więcej, a „wystarczająco” ponownie przesuwa się kilka kroków dalej.
Dlatego nie traktowałbym raportu jako cennika. Raczej jako przypomnienie, że dochód ma ogromne znaczenie, dopóki daje bezpieczeństwo, niezależność i możliwość życia zgodnego z własnymi potrzebami. Powyżej tego poziomu nadal może pomagać, ale coraz więcej zależy od tego, co z pieniędzmi robimy, jak żyjemy i z kim dzielimy swoje życie.
Cena szczęścia nie jest jedną liczbą.
Ale brak pieniędzy potrafi mieć bardzo konkretną cenę.